Zrób coś,
abym rozebrać się mogła jeszcze bardziej
Ostatni listek wstydu już dawno odrzuciłam
I najcieńsze wspomnienie sukienki także zmyłam
I choć kogoś nagiego bardziej ode mnie nagiej
Na pewno mieć nie mogłeś, zrób coś, bym uwierzyła
Zrób coś, abym otworzyć się mogła jeszcze bardziej
Już w ostatni por skóry tak dawno mi wniknąłeś
Że nie wierzę, iż kiedyś jeszcze nie być tam mogłeś
I choć nie wierzę by mógł być ktoś bardziej otwarty
Dla ciebie niż ja jestem,
z r ó b c o ś o t w ó r z m n i e r o z b i e r z
Stoisz tam w pełni mojego wyobrażenia. Stań więc w realności najmniejszego elementu. Wierszy miłosnych nie mówi się do ściany.
Ja jestem owym szalonym, dla którego nieważny jest klucz, którym można otworzyć drzwi, a to, że ten klucz mogę wrzucić do studni, a drzwi rozbić głową.
piątek, 18 marca 2011
niedziela, 13 marca 2011
Przez wiosnę przeklęci...
- O tej porze dnia i roku przyjemnie jest czuć zmieniające się powietrze. Chyba nie zarejestrowałam nigdy przyjemniejszego zapachu, wiesz? - powiedziała z zamkniętymi oczami Małgorzata.
Siedząc na oparciu nieco obdrapanej ławki, z łokciami opartymi na udach, zza ciemnych okularów wpartywałam się w jej potarganą czuprynę, nie mogąc wyjść z podziwu dla pogody, która potrafi tak diametralnie na nią wpłynąć. Siedziała grzecznie, ze złączonymi kolanami, z dłońmi położonymi na kieszeniach kurtki, z twarzą zwróconą w stronę słońca. Nigdy nie nosi okularów. Szkoda jej utraty czerwonych obrazów spod powiek. Mówi wówczas, że promienie słońca zbierają krwawe żniwo jej czarnych myśli. Niech nazywa sobie to jak chce. Mnie zdecydowanie bardziej, niż zszczepione linijki, podobają się nawet niepewnie podnoszone kąciki ust. Nieco drżące. Muszą się jeszcze wiele nauczyć. Muszą sobie jeszcze wiele przypomnieć. Muszą zacząć wracać do formy.
- Wiem, moja droga, wiem. Niekiedy cieszysz mnie bardziej, niż wiosna, wiesz? - powiedziałam, nachylając się nad jej głową. Zwróciła twarz w moją stronę, ze ściągniętymi wargami nieustannie powstrzymującymi ucieczkę uwięzionych już jakiś czas temu ząbków. Podniosła powieki ukazujące blue, nieblue tęczówki. Uśmiechały się tak mocno jak zęby, jak usta, jak brwi, jak ręce, jak lakier na paznokciach, jak przepona, jak zawsze. Przechodzący ścieżką usypaną żwirem staruszkowie spojrzeli niepewnie, acz z zaciekawieniem w naszą stronę. Cóż za niecodzienny widok! Dziewczę siedzące na opaciu ławki z Uśmiechem! Dziadziuś popatrzył na babcię, cały jak piesek z kiwającą głową, po czym wziął starowinkę pod rękę i oboje przyśpieszyli kroku.
- Wiem, moja droga, wiem. - odpowiedziała chowając roześmiane usta w pofałdowanym materiale białego szalika.
Od zamarzniętego jeszcze jeziora powiał przyjemny wietrzyk; odgarnął kosmyki włosów z naszych twarzy. No, to wizytę u fryzjera mamy już za sobą.
Właśnie w taki sposób uprzyjemniamy sobie niedzielne przedpołudnie.
*
I oto zobaczyli oboje przyobiecany świt. Zaczęło świtać natychmiast, przy północnym księżyciu. mistrz przechodził ze swą umiłowaną w blasku pierwszych promieni poranka przez omszały, kamienny mostek. Przeszli przezeń. Strumień został za plecami wiernych kochanków, szli piaszczystą drogą...
- Chodź coś zobaczyć! - krzyknęła Małgorzata, bardzo podekscytowana.
Ach, czyj tupet roztrzaskał mnie w drobne cząsteczki? Za taką radość z życia powinno się zabijać. Proces detoksykacji został anulowany.
- KĄPIĘ SIĘ! - wrzasnęłam. Oczywiście dla pewności, by przez drzwi komunikat mógł być tak wyraźny, jak w zamierzeniu.
- No chodź! Proszę, proszę, proszę! Musisz to zobaczyć! - nalegała.
Zabiję.
Wyszłam z wanny, tym razem starając się nie zawieszać wzroku na odbicu w lustrze, chwyciłam swój błękitny ręcznik frotte i owinąwszy się nim, otworzyłam na oścież drzwi łazienki. Chłodniejsze powietrze dla pewności owinęło moje wilgotne ciało, bym na pewno nie zdołała wrócić do poprzedniego błogostanu.
Niewielka stała w przedpokoju z dłońmi włożonymi w kieszenie krótkich spodenek, z lewą nogą wysuniętą nazbyt do przodu.
- Zobacz. - powiedziała, wskazując palcem w okolice swojej stopy.
Czerwone skarpetki w prezenciki z elementami srebrnej nici. Moje ulubione.
- O. Znalazłaś. - odpowiedziałam smętnie. Niech żyje system wartości.
- E-e. - potrząsnęła głową. - Podejdź bliżej.
Zrobiłam cztery kroki i przystanęłam. Na podłodze obok jej stopy leżał kłaczek. Prawdopodobnie z moich włosów, kóre ostatnio ściągałam z płaszczyka.
- Nie miałam czasu zamieść. A tobie nic by się nie stało, gdybyś wyrzuciła ten kłaczek.
- E-e. To nie kłaczek.
Podeszłam jeszcze troszkę i kucnęłam nieopodal jej wysuniętej stopy. Kłaczek. No kłaczek ze splątanych włosów. Przymrużyłam oczy, uniosłam lekko brwi, przypatrzyłam się. Chude, splątane włoski okazały się cienkimi nóżkami, a paproch w środku ciemnym odwłokiem. Ponury urok wiosny.
Pieprzony nasosznik zaczął wchodzić jej na stopę. Ja momentalnie spionizowałam sylwetkę, gwałtownie przyparłam ciałem całym do ściany. Ręcznik na podłodze udawał, że nie żyje. Jedna nóżka, druga, trzecia, czwarta... Obserwowałam całe to zdarzenie, nie mogąc wypowiedzieć ani jednego słowa, łzy spływały mi po policzkach. Niech on ją zostawi!...
Kiedy umiejscowił się już całkowicie na wierzchu jej stopy, ona gwałtownie podniosła jej przednią część ku górze i strumień wydychanego powietrza skierowała ku niemu. Pająk skulił się dziko, po czym szybko zbiegł z jej nogi na podłogę. Przyczajony, nieruchomo stał kilka centymetrów od niej.
- Nadepnął mi na stopę osiem razy. - powiedziała zdziwiona Małgorzata. Przystawiła lewą nogę do prawej normalizując swoją postawę. Popatrzyła na mnie z zaciekawieniem.
- Trzeba było go zdeptać... - wycedziłam, uchylając prawą powiekę, patrząc na nią surowo.
- A co to za zatysfakcja z zabijania słabszego przeciwnika! - zaśmiała się i tupnęła nie spuszczając z oczu pająka. Przebiegł natychmiast w ciemny kąt przedpokoju. Więcej go nie widziałam. Przesuwam pomarszczonymi palcami po tafli chłodnej wody.
Tak oto spędzamy sobie niedzielne późne popołudnie.
*
Późny wieczór stał się mordercą uzbrojonym w ciężki karabin, z którego strzelał serią rozczarowań. Siedziałyśmy my sobie, oni sobie, a znad naszych głów ulatywała w metafiżerny eter muza pomyślności, złotostruna lutnia i marzenia, cośmy je włożyli kiedyś do dziurawej kieszeni. Tak, tak moi drodzy M. Tworzymy królestwo pór roku świata stron komór serca, tworzymy najwyższy wymiar hiperhipokryzji...
- Połóż się. Już późno. Jutro czeka cię Dzień. - powiedziała zawczasu Małgorzata. Ona wciąż mnie wyczuwa.
Zaglądaj we mnie częściej, proszę.
A gdy noc nadejdzie,
Taki sen im się śni :
On jest w nim wymarzonym księciem,
Ona królewną zaklętą.
I tak zasypiamy sobie w nocy z niedzieli na poniedziałek, ja w jednym, ona w drugim kącie mojej głowy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
