niedziela, 27 lutego 2011

Kołderka.

Nie mogę zasnąć. Leżę tak już dłuższy czas i czuję, jak puchatymi myślami duszę mą duszę. A zaczęło się od tego:

Moonlight and love songs never out of date.
Hearts full of passion,  jealousy and hate

Woman needs man  and man must have his mate
That no one can deny...
As time goes by.
 
Wzruszyłam się, po czym wyłączyłam teleodbiornik. To wysoce niepoprawne w czasach ideologii corpucentrycznej. Po wtórnym obejrzeniu klasycznego melodramatu doszłam do wniosku, że sama z siebie do Casablanci nie wrócę. Wstałam jakoś tak ciężko z fotela, kątem oka żegnałam na czarnym ekranie smugi odlatującego samolotu. A nie, to tylko gasnące piksele. Udałam się do kuchni w celu zaparzenia herbaty. Zimne, bose stopy delikatnie kładłam na kafelkach. Stanęłam przed szafką, wyciągnąwszy rękę końcami palców zahaczyłam o gałkę, pociągnęłam do siebie. Otwierające się drzwiczki lekko skrzypnęły i z przykrością ukazały ewidentny brak herbaty. Już się nie pieszcząc trąciłam je tak mocno, że zamykając się głośno trzasnęły. Podparłszy się lewą ręką, przyłożyłam prawą dłoń do czoła, przygładziłam kilka razy nierozczesane włosy niedbale związane w kucyk i pociągnęłam nosem. Wzięłam głeboki oddech, sięgnęłam po butelkę z wodą mineralną i pociągnęłam parę małych łyków. Przełknęłam dokładnie, zakręciłam butelkę i wraz z nią zwróciłam się w stronę drzwi. Poczłapałam do przedpokoju, ze smutkiem spojrzałam na dwuramienny wieszak, na którym wisiał mój płaszczyk - jak zwykle cały w sierści. Lenisz się pomyślałam, po czym podeszłam i zaczęłam ściągać z niego jeden po drugim, długie, brązowe, nieregularnie poskręcane włosy. Pogładziłam rękaw, westchnęłam lekko i pogapiłam się bezmyślnie na płaszcz jeszcze przez chwilę. Zwróciłam się w stronę drzwi do sypialni, po czym jakieś półtorej minuty poświęciłam na żmudne przedostanie i wgramolenie się do łóżka. Ugniotłam pięścią poduszkę, kołdrę ułożyłam nogami tak, by standardowo umiejscowiła się pomiędzy nimi. Odwrócona twarzą do ściany wpatrywałam się w dosyć kobiecy cień wymalowany na tle w kolorze ceglastym. Wzniesienie, stromy spad, pagórek, dolina, pagórek, długie, delikatne zbocze. No jasne... już wtedy wiedziałam. Zapomniałam zgasić światła. Popatrzyłam przymrużonymi oczami na sączącą dość jasne światło żarówkę, kilka razy mrugnęłam powiekami. Wstałam, beznamiętnie wypuszczając powietrze, które nabrały policzki. Tup, tup, tup, tup. Pstryk. Tup, tup, KUR... Pieprzona szafka... Auć, tup, auć, tup. Usiadłam na krawędzi łóżka delikatnie rozcierając dłonią mały palec u prawej stopy. To nawet ten sam co kiedyś... Historie lubią się powtarzać. Położyłam się, przykryłam i odwróciłam do ściany.
 
 *
 
Teraz leżę przykryta kołdrą aż po sam podbródek, twarz mam skierowaną w sufit, ręce założone za głowę. Teraz jest mi już ciepło. To zabawne, że sama kołdra nie wytwarza ciepła, dopóki człowiek się nią nie nakryje. Jak już to zrobi, emanuje ciepłem, uruchamiając tym samym zdolności grzewcze kołdry. Wtedy już im obojgu ciepło. A sama kołdra? No jak kołdra, długa, szeroka, gruba. Cztery rogi ma. To chyba znaczy, że potrafi być dwukrotnie bardziej zła od diabła. Nie ma w sobie ni kszty ciepła. Ale we dwójkę, z człowiekiem, tworzą już całkiem niezły duet. Chyba każda kobieta ma w sobie coś z kołdry.
Wtem drzwi do sypialni otworzyły się z łoskotem. Nie musiało być zapalone światło, żebym rozpoznała Małgorzatę w postaci stojącej we framudze; nie było też potrzebne bym zobaczyła, jak wkracza po pokoju uśmiechając się po swojemu od ściany do ściany, rozstawiając po kątach swoją promienność. Od razu zrobiło się jaśniej, mimo ciemnych chmur przysłaniających księżyc.
- Jak zwykle, kołdrowata aż do szpiku kości. - powiedziała z przekąsem Małgorzata leżąc obok mnie na lewym boku, wpatrując się we mnie z zaciekawieniem. Nawet nie wiem, jak się tam znalazła. Nie lubię, gdy jest szybsza ode mnie. - Nie śpisz jeszcze. Co tym razem Cię trapi?
- Nic. Po prostu patrzę w gwiazdy. - mruknęłam. Ona uniosła brwi, marszcząc przy tym czoło, na którym w takich sytuacjach ze zmarszczek płynęło wymowne "Co ty nie powiesz...".
- Nie muszę ich widzieć, żeby wiedzieć, że tam są, prawda? - dodałam. Nie za bardzo wiedziałam jak jej powiedzieć, że strasznie tęskniłam. To tak, jakbym była zmuszona przez pewien czas chodzić z dziurą w głowie i klatce piersiowej. I jak tu powiedzieć, że jest mi do obłędu ciasno, szorstko, tęskno, rozdzierająco, drżąco, niepewnie, nieprzytomnie? Bąknęłam tylko niewyraźnie coś na wzór "Długo Cię nie było.". Chyba nie stać mnie w tej chwili na więcej...
- Nie muszę Cię widzieć, żeby wiedzieć, że coś jest nie tak. - szepnęła, delikatnie uśmiechając się. - Ale w końcu jestem.
- Wiesz... Zapaliłabym. - powiedziałam przygryzając usta, wpatrując się w jej smukłe palce.
Potrzeba mi otulenia. x2

poniedziałek, 14 lutego 2011

pstryczek w nos K.

Podnieta rośnie z kolejną klatką!

Nie ma przenaj-rzeczy. Mogą być tylko przerzeczy, albo najrzeczy. Kobieta może być przepiękna, najpiękniejsza, ale nie przenajpiękniejsza. Przenajświętszy sakrament to bujda. Nie to co nasza przenajmiłość, nieprawdaż?
Im więcej myślę, tym bardziej zaczynam wątpić. Można kochać malutko, bardzo, różowo, lekko, mądrze, dziko, miękko, na niby, nad życie, jak siebie samego? Miłość ma tylko jeden pułap. Miłość to krew. Wypływa silnym uderzeniem, rozsadza tętnicę, by wyżej, by więcej, by szybciej, by mocniej. Po przeminięciu napięcia płynie łagodnie w żyłach, nieco leniwie. Jeśli minie zastawkę, nie cofnie się. Jeśli jej nie dosięgnie - cyt, cyt, cyt... No to mamy problem. Kocha się raz, a dobrze. Z siłą sięgającą pewnego poziomu. Taką miłość trzeba gdzieś przelać, najlepiej na kogoś. Jeśli ktoś wleje w nas - jeszcze lepiej, mamy dwie pełne szklanki. Przelewając do pustego - mamy szklankę do połowy pełną i do połowy pustą. Satysfakcjonujące? Lepiej zostaw ją dla kogoś innego. Mając dwie szklanki puste... No niby nic takiego. Ale tak sucho jakoś. A co jeśli mamy tylko jedną pełną szklankę?


Powtóreczka z dwutysysięcznego dziesiątego. Godzina grubo po 22, lampka przy biurku oświetla czerwone, popękane naczynie. Odbijają się na blacie ciemne pioruny przecinające zaróżowione niebo. I tak siedzę na krześle wyklejając ten pełen przenajmiłości prezent malutkimi, czerwonymi cekinami w kształcie serduszek, które ku wielkiej uciesze Niewielkiej, zbutntowane wystrzeliwują z pęsety przy każdej próbie mocowania ich na szkle. Opierała się o prawą stronę biurka, tuląc kubek z herbatą. Zwykłą, o dziwo. Zerkała co chwilę znad uniesionych wysoko, wysoko brwi.
- Uparta jesteś. - powiedziała.
- Dlaczego tak uważasz? - zapytałam, cały czas koncentrując wzrok na przyklejanym serduszku.
- Przecież Ci mówiłam... W ten sposób jej tego nie powiesz, ona i tak nie zrozumie. - powiedziała pretensjonalnie.
- Ajjj... Nie czepiaj się. Są kryzysy, są wniebowzięcia. A to doskonale symbolizuje nasze uczucie. - odpowiedziałam, chwytając pęsetą kolejne cekiny.
Małgorzata prychnęła tak mocno w kubek z herbatą, że rozchlapujące się krople o mały włos nie przemoczyły różowych ozdobniczków. Już zdenerwowana, huknęłam na Gośkę tak, że biedna wyszła z pokoju i pewna jestem, że podkuliłaby ogon, gdyby tylko go miała. Ale wracając do mojej walentynki pełnej przenajmiłości... Przy trzecim rządku serduszek szło już całkiem nieźle, jakoś to wszystko zaczeło estetycznie ze sobą współgrać. W międzyczasie skleiłam sobie palce dwa razy, przykleiłam się do kleju, a jedno serduszko przykleiło się do włosów. To i tak lepsze, niż zeszłoroczna wykałaczka wystrzeliwująca w kierunku mojego oka. Dochodzi 23, a ja dalej pieczołowicie pracuję nad kwiatuszkiem. Kwiatek w doniczce zakwita, rozkwita, ale zawsze jest. Taka moja prywatna alegoria miłości. Mała Mi lekko uchyliła drzwi, wetknęła swój rozczochrany łeb i szeroko rozwartymi oczkami poprosiła o zgodę na przekroczenie progu...
- Nie chciałam rozlać tej herbaty, naprawdę... - mówiła, prawie nie otwierając ust. Podchodziła coraz bliżej, trzymając ręce za plecami.
- Nie chciałam na Ciebie huknąć... Wiem, jak bardzo ta cała sytuacja Ci nie odpowiada... Ale to przechodzi. Mówię Ci. - powiedziałam i ucałowałam ją delikatnie w czoło. Przyklęknęła przy moim krześle i położyła mi na kolanach sznurek, tasiemkę i jakąś okurzoną zabawkę.
- To tak na wszelki wypadek, jakbyś zmieniła zdanie. - powiedziała patrząc spod brwi.
- O nie... Powiedziałam, nie będziesz robiła powtórki z Łatuńskiego, rozumiemy się? Nie na mojej zmianie. - powiedziałam stanowczo i sypnęłam w nią garścią cekinów, którymi miałam obsypać walentynkę.
- To Cię śmieszy, mieć na głowie tyle serc?

Wiesz, Małgorzato... Jeśli moje przemyślenia okażą się słuszne, to mamy przejebane.

niedziela, 6 lutego 2011

samba przed rozstaniem.

Jest kilka rzeczy, które zdecydowanie warto.
Z pewnością warto wierzyć w Coś. Kiedy zawiedzie Cię Każdy, zostaje Ci zawsze Coś. Możesz się zwrócić do Coś. Coś wcale nie musi istnieć, być mógł na Coś liczyć. Nieistnienie Coś wcale nie wyklucza wiary w Coś. Ja doskonale kochałam i wierzyłam  w Coś, którego nie było, lub było i się zabiło.
Z pewnością warto być nieufnym. Gwarantuje to bezpieczeństwo. Postaram na nowo nauczyć się nieufności. Ty też spróbuj, na pewno się nie zawiedziesz x2
Z pewnością warto się nie odcinać. Czasami warto być podobnym. Na siłę wykrajając z siebie inny kształt, nigdy nie wpasujesz się w teraźniejszość. Lepiej nie być wyalienowanym.
Z pewnością warto mieć paczkę papierosów. Nawet będąc sam, nigdy nie będziesz samotny.
Czasami warto żyć. Nawet jeśli w głowie hula dekadentyzm.
Całej reszty nie warto.


mimo iż
niekiedy nazbyt należę do ciebie.
Ja odwrócę głowę,
byś przypadkiem
nie uchwyciła mego ostatniego spojrzenia.
Nie.
Rzęsy zakryją
niebo najbardziej niebieskie,
niebo najbardziej deszczowe.
Nikt
nie jest wart takiego krajobrazu.
Już nigdy
więcej nie pozwolę na siebie patrzeć.

środa, 2 lutego 2011

O historyjach, co się powtarzać lubią.

Miała być w mieszkaniu punktualnie o 22, lecz dłuższej wskazówce jeszcze trochę brakowało do dwunastki. Podobno rzuciła to śmierdzące cholerstwo, ale w takiej chwili naprawdę nic innego robić nie sposób. Wyjęła z bocznej kieszonki torby paczkę cienkich papierosów. Przez chwilę wpatrywała się w równo ułożony rządek, po czym włożyła jednego do ust. Na kilka sekund mała iskierka rozświetliła mrok, który zamienił się w szarą, brudną klatkę schodową, z obdrapanymi ścianami, z czerwonym napisem MATEUSZ TO HUJ na wewnętrznej stronie drzwi, przez szpary których przewiewał chłód nocnego wiatru. Mimo to w środku cuchnęło stęchlizną i moczem. Miejsce gwarantujące spełnienie wszystkich potrzeb okolicznych włóczęgów. Ohydne. Objęła się rękoma (z niedoczekania, czy z zimna - sama nie wiem), zaczęła stąpać małymi kroczkami, trzymając papieros w ustach wydmuchiwała białe smużki mentolowego dymu. W pewnej chwili wysoka szpilka jej obuwia zahaczyła o szklaną butelkę, która z przewróciła się z hukiem, po czym poturlała się pod ścianę, robiąc przy tym dużo hałasu. Ktoś na parterze zapalił światło, pozioma strużka pod drzwiami rzuciła się w jej modre oczy. Usłyszała kroki, które przecięły świetlistą linię. Uważnie nasłuchiwały odgłosów z korytarza, po dłuższej chwili zniecierpliwione odeszły. Pewnie czekały, by podskoczyć na czyjś widok. A może gotowe do ucieczki, obawiały się czyjegoś powrotu. Może to i lepiej, że ona miała złożyć wizytę na innym piętrze. Zaciągnęła się ostatni raz. Bardzo głęboko, do dolnych warstw płuc. Móc i mieć czym oddychać... Dogorywającą końcówkę rzuciła w mrok, stanęła na pierwszym stopniu schodów i chwyciła ręką poręczy. Było ciemno, ale to żadna przeszkoda, znała tę drogę na pamięć. Starała się nie stukać obcasami, przecież było późno. Pierwsze piętro. Drugie. Zatrzymała się przy szóstce. To tylko jeden numer przed. Przymknęła na chwilę oczy, wzięła głęboki oddech (jak bardzo żałowała, że nie może zapalić raz jeszcze). Liczyła, że to uspokoi jej żołądek, który wrzał już w momencie otrzymania mimowolnego zaproszenia.
- Chcesz wpaść wieczorem?
- Wieczorem... Chyba jestem już umówiona.
- Trudno.
- Chociaż właściwie mogłabym poprzesuwać...  Co w ogóle proponujesz?
- Chodźmy do mnie. 
Najprostsze i najczęstsze zaproszenie do łóżka. Nie lubiła, gdy pozbawiał magii tego wszystkiego. Nie, nie miał ciosanego sposobu myślenia, był konkretny. Wiedział czego chce. Ona także, ale dla niej między czarnym, a białym od zawsze było dużo odcieni szarości.
- O której mam być?
- 22. Nie lubię, gdy ktoś przychodzi zbyt wcześnie. Jest nachalny. Spóźnialski jest więc nieobowiązkowy. Bądź punktualna. A, i nie zapomnij szczoteczki. Ja Ci swojej nie użyczę.
Pokonała jeszcze kilka schodów. Stanęła przed drzwiami, przeczesała włosy ręką (naprawdę chcesz być właśnie tą kobietą?), ułożyła je na lewym ramieniu, jak miała w zwyczaju. Nacisnęła dzwonek. Dociskała go z dwie sekundy - tak w sam raz. Lewą ręką wyrównała czarną spódniczkę. Po chwili szybko wytarła palcami kąciki ust - jej maniera. I nic. Tym razem zapukała do drzwi. Wtedy usłyszała kroki. Ani nie wyczekujące, ani nie z niedoczekania. Ot, chód. A może i chłód? Przekręcająca się gałka wywróciła jej świat do góry nogami. Błysnął medalik, który zawsze nosił na szyi. Weszła do środka, on zamknął za nią drzwi, nie zapaliwszy światła w przedpokoju. Objął ją prawą ręką i przycisnął do siebie, przeciągnął dłonią po jej lędźwiach. Twarz trzymał blisko przy jej policzku tak, by mógł ją pokłuć dwunastogodzinny zarost. Bardzo to lubiła. Odsunął twarz, gładząc jej podbródek. Oddychał wydychanym przez nią powietrzem. Jego oczy - las iglasty. Jej - szkiełka, okryte zbyt mocno wytuszowanymi rzęsami, wzniecające pożar. Już za chwilę jego usta delikatnie musną jej czoło, potem nos, kolejno górną i dolną wargę. Zatopią się w namiętnym pocałunku. Już za chwilę ona upuści torbę na podłogę, z której wypadnie paczka papierosów. Będzie mogła przywrzeć do niego całą powierzchnią ciała. Choć to dwa puzzelki z różnych pudełek, które może i pasujące do siebie, nigdy nie zbudują jednego obrazka. Zaraz po tym, on rozepnie zamek jej kurtki, nie odrywając języka od jej szyi, już nieokręconej czarną chustką. Drań. Będzie ją rozbierał w drodze do łóżka. Moment po tym, ona będzie manewrować wprawnymi dłońmi przy jego podbrzuszu. Rozepnie pasek spodni prawą ręką, lewą pierwszy guziczek koszuli. On zwinnym ruchem podniesie ją, by mogła się opleść wokół niego długimi nogami, podciągając przy tym i tak krótką spódniczkę. Tak wygodniej. Po tym przez głowę ściągnie mu do połowy rozpiętą koszulę, odsłaniając bezczelnie prężący się tors. Szczęście ich i zegarka, że on z haftkami nigdy nie miał problemów. Już dotykając i całując jej piersi położy ją na ówcześnie starannie wygładzonej pościeli. Już za chwilę, już za ułamek sekundy, przedzierając wciąż za twarde powietrze, stworzą sobie prywatne niebo. Na te kilka godzin, na łączną wyłączność. Już za chwilę, już za moment, już...
- Na każdym kroku wspominała, że niekiedy postępujesz wręcz idiotycznie, ale żeby aż do tego stopnia? - zrugała mnie Regina. Uniosłam prawą brew znad pozaginanych kartek. - Nie czyta się po kilka razy takich książek. - rzuciła. Wstała z łososiowej kanapy, wychodząc z pokoju trzasnęła drzwiami.
Bo w kobiecie o pustym sercu, znajdzie się miejsce dla każdego człowieka. Faktycznie!


Należą Ci się przeprosiny, Najcenniejsza Igło w stogu siana.