przechodzę na czerwonym
a miłość bije
płonie
i zwala z nóg
Osmalone słońce rwie się spod ziemi, a on nie pomaga i jak gdyby nigdy nic siada przy stole na białym kuchennym krześle. Kruszy czerwoną przestrzeń oddzielającą go od wyobrażanej od jakiegoś czasu Madonny. Splecione przy ustach nerwowe palce zaciska rytmicznie oddając wrażenie tłoku, który w tym ciele od dawna nie ma nic do roboty. Nic mu już nie pachnie. Nawet kawa zgubiła aromat, chociaż spodem grzeje stół. Odkąd przysiadł się do stołu, stół ma sześć nóg. Cały zdrewniały i zdrętwiały patrzy na ścianę, i nie ma odwagi, by przebić mur. Niebo za oknem jest błękitne i puchate. Niebo przed oknem straciło słońce pół roku temu. Wypłowiała strzecha niedbale służy za dach. Głowa cała płonie, ogień przeżera zdiagnozowaną samotność i jakoś tylko włosów szkoda. Ładne są, brązowe, ciut posrebrzane. Przymyka oczy i próbuje wyobrazić ją sobie, gdy otwiera okrągłą buzię, przy delikatnym malowaniu rzęs. Czemu nawet wtedy ma rumiane policzki?
Moja bezsenność snu twego strzeże. - pomyślał. Piękne - przytakuję. Nie wie o tym, że wartę pełni na darmo. Ona nie śpi, od ponad roku bawi się przekładnią torów. Ale ja z kolei wiem, że ma pojawić się dzisiaj w mieście, bez wiadomej przyczyny, ot tak.
I sama oto nadaję sobie boskie prawo pokierowania losem tych wybrańców bez krwi i kości, by uderzyć w twarz tę nieustannie wyczerpującą stagnację. Wszak nie ma nic bardziej męczącego nad bezczynność. I oto Ja, hiperhipokryta, iluzjonista trwającej chwili, w atramentowej zabudowie czterech ścian, wpatruję się w świecący prostokąt i skłonnam oddać obie dłonie, by stać się bohaterem własnych historii. Uwieszam się więc pod sufitem, koło lampy i mianuję mentalnym suflerem, by chociaż raz wszystko poszło tak, jak powinno. Nie występuję tu jako ich wróg, jestem trochę jak zezowaty anioł stróż z lekko postrzępionym palcem. Słyszę, jak nieśmiało stuka stopą o podłogę, widzę, jak powoli rozczłonkowuje tętniący zrost na dziesięć palców i czuję, jak całym trupim sobą lgnie do słońca. I tylko przestarzała tęsknota jest w nim żywa. Działam. Opluty. Oddziela grzecznie swoje dwie nogi od stołu i wstaje.
Żałobne usta przesycone spierzchniętymi źródłami, pozwalają by wiatr przeczesywał czarne wachlarze. Mokre, schną. Unosi je, zatrzymuje zbrukane motyle w bezruchu. Trawiastej rosie dudnią wnętrzności. Odgłosy przewiązują zakratkowane uszy przechodniów, tkają oliwną legendę o tej, co ma towarzysza w szklącej tafli. Niewiarygodność sięga zenitu sosnowego nieba, na słonecznej tarczy oczekuje cudu w środku miasta. Madonna stoi na przejściu dla pieszych. Ja w tym czasie wyprowadzam na sznurku od bielizny moją zmysłowość. Już się nie szarpie, już nie prosi, nie czuje, nie mruga. Dopinam sobie kaganiec. Staram nie rzucać się w oczy.
Chmurno nad głową, myśli rozbijają czaszczkę i mówią 'nie wychodź z domu'. Ale ja cię pchnę, posunę się dalej. Półszepcząc, nasilając, przymrużając, wznosząc, przychylając, wymieniając, zamierając, intymnie tracąc dech. Idź. Prowadź swoje ciało, duszę zamgloną, bladość, przeoraną skórę. Rozrywaj. Napieraj. Pokonaj. Mianuj grunt po którym stąpasz, niebem, po którym chcesz szybować. Pożeraj gwiazdy, szarp Mu szaty, drwij z płonących statków, zakryj idee, dotknij mnie. Prowadź za sobą sforę gnających tarcz, byś docierając do brzegu Rubikonu, poczuł dym upadłych miast. Rozczłonkuj, zagrzeb, przegnij, rzuć kości.
Byś nie odkrył tuż przed śmiercią, że nie umiałeś żyć.
Kryłaś pieczołowicie każdy pierwiastek niechcianej miłości. Wybierałaś z uczuciowego confetti tylko czerwone kawałki, jeszcze przed zaadresowaniem zaproszenia. Jesteś zamknięta na trzy spusty, nabierasz, oblizujesz, pęczniejesz, prosząc o kolejny łyk czerwonego wina. Chłonna Madonna. Miłości, które nagromadza chciwe serce, nie mające już nic wspólnego z wiązką promieni, gniją. Serce, które zbiera w sobie każdą z miłości, nie puszczając ich wolno, gnije. Przyprawiając o mdłości, dławiąc się własną ohydą, krztusząc pomyjami wczorajszych wieczorów, przenikając na wskroś. Widzisz go w kurtce nieokreślonego koloru, z wymiętą twarzą, ogrzewającego chude place w zimnych kieszeniach. Głodna, z zasznurowanymi ustami nie dajesz nic po sobie poznać. Zielenią trąciły tylko oczy wychodzące na wierzch.
I stanęłam przed wielkim problemem, jak ich skutecznie zderzyć ze sobą, hucznie, płciowo, tłusto, biało... Mało. To wszystko jest ekstrawaganckim gratisem, miłym, acz wciąż tylko dodatkiem do właściwej interakcji. Idąc ulicą ludzie nie patrzą sobie w oczy. Niech patrzą. Nie zwracają na siebie uwagi. Niech zwracają. Nie myślą o przechodniach i gdzie się śpieszyła kobieta, przed której nosem zamknęły się drzwi autobusu. Niech myślą. Ugięci pod ciężarem, choć na pierwszy rzut oka niczego nie dźwigają... Z osowiałych chmur zaczyna siąpić mdły deszczyk. Nigdy nie widzieli tyle ciepła na raz. Ruszaj!
Padało przez cały dzień. Nie widać dziś zachodzącego słońca. Można by przypuścić, że dziś nawet nie wstało. Wkłada do zlewu popielatą filiżankę, do połowy wypełnioną fusami. Wciąż jedną.
Wstyd nie przechodzi. Na nic mu był parasol w mieszkaniu, suchutki, śpiący w kącie przedpokoju. Uciekł i zostawił ją w deszczu. A przecież tak bardzo chciał ją ochronić, otulić to kruche ciało... Nie miał jak. Och, co za podłe niedopatrzenie! Dręczyły go wyrzuty sumienia. Jak mógł popełnić tak niewybaczalny błąd, który przekreślił aż trzy nowe wątki w jego życiu!? O dwóch nawet nie macie pojęcia... Nie wiem co z nią, nie chcę wiedzieć. Następnym razem nie zapominij tej cholernej parasolki, a najlepiej już wyrzuć ją na śmietnik. Moja zmysłowość odeszła pod pierwszym, żółtym Volkswagenem.
Plany moje kroki karłów, drobne lecz ciężkie, zmierzające do nikąd.