Ale kto chciałby ptaka ze złamanym skrzydłem?
Oto, jak w bezczelny sposób ustosunkowuję się do zniszczenia nieznanego, acz najbardziej udanego tworu literatury współczesnej.
(Może zupełnie mijam się z celem pisząc o tym... Hii... Przecież i tak nie ma już nic do stracenia.)
Przerażające jest to, jak łatwo przychodzi mi przełożenie tego na swój grunt. Zbyt osobiste podejście.
On nie żyje. Zabiłeś go swoim wyrzutem sumienia. A może (...)my? W chwili gdy powiedziałam o niej? To wtedy pomyślałeś "Dlaczegóż by nie". Odpowiedziałam tym samym. Co prawda spodziewałam się, że sprawy pójdą w zupełnie innym kierunku, co najwyżej dałbyś im po wszystkim zjeść razem śniadanie. Najwyżej. Ona i tak już nie była moja.
Ale nie, to raczej nie to.
On był idealnie nierealny. Metafizyczna materia. Ktoś, kto pochłaniał mnie od pierwszego zdania. Jemu nie potrzeba było nikogo innego. Wystarczałeś mu tylko Ty. To i tak nad to, co mógłby dostać gdzie indziej. A ja czułam się dobrze, mogąc z bezpiecznej odległości po prostu się przyglądać.
Nie wiem, dlaczego zabiłeś po raz pierwszy. Czemu nigdy o to nie zapytałam. Może to nie moja sprawa. To napewno nie moja sprawa... Ale znielubiłam Cię za to jeszcze bardziej, niż zwykle.
Czy zachwiałeś się, balansując na granicy siebie i niego. Czy to brak odpływu nagromadzonych emocji. Mi to sprawia trudność.
Zaraz, zaraz... Przecież nadal byłeś wielkim twórcą-stwórcą. Wszechmogący, który okazuje swoją potęgę, wskrzeszając bohatera. Ach, cóż za wszechmogąca niemoc! Kiedy to stwórca sam przyobleka się w swoje dzieło...
Wypatroszyłeś trupa, który czuł?
Ale... wygrałeś.
Będzie mi brakowało
Irusia.
Ireczka.
Irka.
Ireneusza Malutkiego.
Wyrzygawszy.
Ciekawe, jak by to wszystko ubrać w język...
A potem, to już tylko go urżnąć.