Dane:
Mężczyzna A
i
Mężczyzna B
Mężczyzna A usiadł. Stanowczo, bo to chciał zrobić.
Mężczyzna B usiadł też. Ale lżej. Jakby się wahał, czy aby na pewno tego chce.
Mężczyzna A otworzył książkę, wyjął z niej zakładkę, docisnął dłonią kartki i zaczął czytać.
Mężczyzna B zawiesił oczy w martwym punkcie, trzymając książkę w ręku, delikatnie gładził kciukiem miękką okładkę.
Mężczyzna A po minucie zwilżył językiem wskazujący palec, przewrócił kartkę i z uwagą śledził dalsze losy bohatera.
Mężczyzna B ocknął się, jakby sam w duchu mówił do siebie "weź się w garść, zrób to wreszcie", otworzył książkę i zaczął ją wertować od przedniej, do tylnej części okładki. Wachlując się takowym wiatereczkiem, uniósł kąciki ust, najpierw nieznacznie, potem śmielej, aż w końcu szczerze uśmiechnął się prawdopodobnie do przewracających się kartek.
Mężczyzna A przygryzł lekko dolną wargę i zmarszczył brwi. Założył prawą nogę na lewą, na nich położył książkę i pochylił się nad nią tak, że wydawało się jakby miał chęć wskoczyć między linijki tekstu.
Mężczyzna B zatrzymał się w końcu przy rozdziale I i zaczął czytać. Pierwsza linijka z głowy. Druga też, ale do połowy. Czwarta linijka. I znowu pierwsza. Chrząknął lekko, wyprostował się i zaczął czytać od początku. Wbił oczy w pierwsze zdanie.
Może wróć już do niej, co? Zakochani nie mogą czytać książek.
A Tobie, Mężczyzno A, życzę, byś kiedykolwiek był w stanie stać się Mężczyzną B.
-Gdzie mam Cię szukać? Jak mam Cię odnaleźć? -zapytała.
-Odnajdziesz mnie nie przy pomocy oczu.
Taki oto dialog wyśnił się pewnej nocy, takiej jak wszystkie. Niczym podrzędna, zapomniana wymiana zdań Gwynplaine'a i Dei, którą autorzy wykreślili ze scenariusza.
Ja jestem owym szalonym, dla którego nieważny jest klucz, którym można otworzyć drzwi, a to, że ten klucz mogę wrzucić do studni, a drzwi rozbić głową.
piątek, 14 stycznia 2011
niedziela, 9 stycznia 2011
co się wcale nie wydarzyło, ale o tym piszę, bo a nuż widelec.
A co jeśli ja ciebie
po
- No nie przesadzajmy... I niech wygląda jak Marlon Brando za czasów "Tramwaju...", ale żeby miał oczy Conrada. O tak...
- Sięgasz po tych na wymarciu. - już miała otworzyć usta, ciekawe do czego tym razem chciała się przyczepić - Dosłownie i w przenośni. Ogranicz te bajki. Łudzisz się przesiąkniętą fikcją historią i liczysz na jej spełnienie. Może i się uda, ale tylko na ekranie.
- I kto to mówi...
- No chyba sobie żartujesz. - odpowiedziałam i wróciłam do czytania. Śmieszne, przecież i tak znam to na pamięć. Właściwie mogłabym ten fragment napisać lepiej, niż sam Bułhakow.

ko
"seks bez miłości to porno.
i teraz porno to właśnie miłość."
cham.
i Nikt więcej.
Naprawdę, to już ponad moje siły.
po
kroję w drobne kawałeczki?
Siedem łyżeczek Cappuccino, jedna tabletka słodziku i 1/4 mleczka niskosłodzonego do kawy - to stawia ją na nogi. A może po prostu budzi w niej małego cukrzyka, który dzień w dzień walczy o jeszcze więszke pokłady słodkości. W pokoju tego poranka zamieszkał bardzo miły zapach, niezmącony dymem, co mnie cieszy. Lubię woń tego przesłodzonego napoju, świeżego powietrza i jej, gdy bardzo wcześnie wstaje z łóżka i chodzi po mieszkaniu w rozpiętej koszuli swojej bladoróżowej, satynowej piżamki. Na początek rozgościła się przed monitorem, ponownie pozwalając na odbijanie się niby-mężczyzn na powierzchni jej źrenic. Głowy również. Typowe, jak dla niej. Siedząc na łososiowej kanapie z książką na kolanach, kątem oka przypatrywałam się nawet nie tyle jej samotności, co tęsknocie. Właściwie nie wiadomo za czym. To jak gra w ciuciubabkę, tylko nie wiesz co właściwie masz złapać i w ogóle nie wiadomo o co chodzi. Robi z siebie cierpiętnicę narodów, jak jej matka. Niedobrze. W ogóle jest niedobrze, ale również mi niedobrze na myśl, że mogłaby się stać taka jak ona.
No bo czego ona właściwie się spodziewa? Czego ona właściwie oczekuje?- Żeby miał cierpliwość jak Andrzej, mózg jak Wuj, wyobraźnię jak John z "9 i pół tygodnia", głos niczym T. Montana i serce jak Pan Prezes.
- O kochana, a cóż to za pomysł, żeby kochać mężczyznę, który szron na skroniach nosi o każdej porze roku? - odpowiedziałam wznosząc nieco karykaturalnie oczy ku górze. A niech wie, że głupoty opowiada.- No nie przesadzajmy... I niech wygląda jak Marlon Brando za czasów "Tramwaju...", ale żeby miał oczy Conrada. O tak...
- Sięgasz po tych na wymarciu. - już miała otworzyć usta, ciekawe do czego tym razem chciała się przyczepić - Dosłownie i w przenośni. Ogranicz te bajki. Łudzisz się przesiąkniętą fikcją historią i liczysz na jej spełnienie. Może i się uda, ale tylko na ekranie.
- I kto to mówi...
- No chyba sobie żartujesz. - odpowiedziałam i wróciłam do czytania. Śmieszne, przecież i tak znam to na pamięć. Właściwie mogłabym ten fragment napisać lepiej, niż sam Bułhakow.

ko
nwersacji nigdy dość. Zwłaszcza tych dobrych. Ciężko o takie, gdy jest się częścią generacji 'Lubię to".
"seks bez miłości to porno.
i teraz porno to właśnie miłość."
- Ciebie nie drażni ta częsta zmiana ról? - zapytała mnie mrużąc lekko oczy, wysuwając nieznacznie żuchwę do przodu. Czyli mówi poważnie.
Wyszła.
Zasłuchana w to, co miał jej do przekazania Czesław Mozil, który śpiewa:
Leć tam, gdzie miłość głaszcze cię dłonią
Nie płacz za tymi, co miłość twą trwonią
Leć z tym, co słów twoich słucha
SŁUCHAJ JAK MIŁOŚĆ WRZESZCZY DO UCHA
Uśmiechała się lekko, widok rzadki, więc może tylko mi się zdawało, może promienie świetlne padły inaczej niż zwykle, może wywołały złudzenie optyczne. A może wokół niej coraz śmielej zaczęły fruwać ciepłe, przyjemne myśli, które po chwili obszczekał pies. Tak czy siak wróciła do domu, zostawiając przed drzwiami ciągnący się za nią kondukt.
i Nikt więcej.
Naprawdę, to już ponad moje siły.
niedziela, 2 stycznia 2011
fuj.
Człowiek w swoim prostactwie jest obrzydliwy. W alkoholu, potem w dotyku nie zna umiaru. Bliskość jest nie do zniesienia, a myśli starają się wyrwać Cię jak najprędzej z tych czułości. Mężczyźni przyzwyczajeni do łatwych kobiet, nie widzą trudności w błądzeniu dłońmi pod pierwszą lepszą sukienką.
Straszydło, dziękuj Bogu, że Małgorzata nawet jak śpi, to i tak kontroluje 51% twojego umysłu. "Sznuruje usta, powtarza wielkie NIE". Że też musieliście trafić na taką felerną plastelinę, która nie chce się ugniatać w waszych dłoniach. Funkcjonuję bez kaca. Moralnego też.
'ach, panie, panowie,
czemu ciepła nie ma w nas?'
No ja do końca tego nie rozumiem. Naprawdę rozgrzewanie łóżka w istocie jest przyjemniejsze, niż ocieplanie myśli? No i proszę, pytanie-bumerang: jaki element nie pasuje? Jednostka, czy otoczka? Nasuwa się tylko jeden wniosek jasny i klarowny, a mianowicie potrzeba zmian. Ciężko być nieprzystosowanym, ciężko, kiedy ludzie są ciężkostrawni. Wygląda na to, że na kompromis się nie zanosi.
'Nie pokocham w tym miesiącu ani roku,
może nawet bez miłości minie wiek,
może serce się po prostu lęka tłoku.'
Nie ma miłości, nie ma naprzemiennego kołatania serc, nie ma magnetyzmu ciał, nie ma jedności myśli. JA nie widziałam miłości. JA widzę tylko marne rozgałęzienia, pozbawione trzonu. (A jechałaś kiedykolwiek tym tramwajem? Tak i na szczęście w miarę szybko wysiadłam, nim się roztrzaskał). Mistrzu, jeśli w jakiejkolwiek formie egzystujesz w jakiejś czasoprzestrzeni, to chcę żebyś wiedział, że ja w Ciebie nie wierzę.
Obudziłam się w swoim łóżku, rano, na w pół do życia, przygnieciona masą cegieł. Ciężko mi było je znad siebie zdejmować, zwłaszcza, że część z nich przygniatała moją głowę. Wyparłam kilka kończynami, potem poszło już z górki. Zjechałam po niej uderzając kością ogonową w twardą podłogę. Kurww... Chryste jak boli... Podpierając się prawą ręką, lewą zaś rozmasowując obolałe miejsce, wstałam i ruszyłam chwiejnym krokiem do łazienki, omijając po drodze porozrzucane cegły.
- Skąd ich się tyle nabrało... - zapytałam sama siebie pod nosem. Odkręciłam kurki i ochlapałam twarz wodą. Związałam niedbale włosy, oparłam się dłońmi o zlew i spojrzałam w lustro. Przybliżyłam się do jego tafli, zmarszczyłam czoło, podniosłam brwi, wydęłam usta.
"Dziwne, może to jeszcze nie ten wiek." - pomyślałam, doszukując się odbijającego się gdziekolwiek czasu. Prócz czerwonych odcisków cegieł nie dostrzegłam nic szczególnego. A co jeśli czasu tak naprawdę nie ma, tylko człowiek wpisał go w pory dnia i roku? Minęło kolejne 366 dni - i cóż to znaczy?
- Trzeba kupić nowy kalendarz. - powiedziała z uśmiechem Małgorzata, opierając się o framugę w drzwich łazienkowych.
- Niewielka, w końcu wstałaś! - krzyknęłam zaskoczona i bardzo szczęśliwa. Nareszcie moja Mała Mi znów jest w stanie patrzeć na mnie swoimi roziskrzonymi oczętami.
W czasie, gdy Małgorzata wyruszyła w miasto w poszukiwaniu odpowiedniego kalendarza na nowy rok, ja postanowiłam ogarnąć ten cały ceglany rozgardiasz. Tylko jak pozbyć się z mieszkania takiej ilości cegieł? Do głowy wpadały przeróżne rozwiązania, no ale przez okno ich nie mogłam wyrzucić, znieść takiej ilości z trzeciego piętra też nie byłabym w stanie, a takie papranie się z jedną po drugiej zajęłoby zbyt dużo jakże cennego czasu. Tik tak tik tak tik tak... Miałyby zostać w domu? Ale co ja z nich zrobię... Może nowatorskie doniczki? E, to głupie. Może... Tunel? No i po co to komu... FORTECĘ! A nie... Chociaż?... Zaczęłam przesuwać stopami cegły w kąt pokoju, potem ułożyłam z nich kwadrat. Dwa na dwa. Brzmi znajomo? Z rękoma włożonymi w kieszenie spodenek przyglądałam się fundamentom. Właściwie dlaczegóż by nie? Przecież i tak szukam jakiejś ciekawej alternatywy do rzeczywistości w której żyję. Wizja własnego, prywatnego świata wydawała się bardzo kusząca. Kucnęłam przy obramówce i zaczęłam układać kolejne cegłówki. Gdy zbudowałam murki do wysokości kolan, dokładanie kolejnych warstw zaczęło przysparzać mi wiele kłopotów. Robiło się coraz ciężej, bardziej samotnie, niekiedy wściekle. Dochodząc do wyższych poziomów, konstrukcja upodabniała się do mojego wyobrażenia, jednakże ja czułam się coraz gorzej. Czoło rozpalała gorączka, spod połamanych paznokci zaczęły płynąć cienkie strużki ciemnoczerwonej krwi. Wszystko pulsowało pod licznymi otarciami, co powodowało promieniowanie bólu. Coraz więcej cegieł wypadało mi z rąk, które spadając miażdżyły palce u stóp. Dysząc ze zmęczenia, rozpryskiwałam wokół krople mętnej śliny. Przekrwione oczy napłynęły łzami. Opadłam z sił. Runęłam na swoją budowlę, zniknęłam w jej ciężkich odmętach. Wszystko złe, co mnie spotyka uderzało o mnie z gwałtowną, niespotykaną siłą, powodując trwałe uszkodzenia głowy. Ból paraliżował neurony. Teraz on był przekaźnikiem informacji, między mózgiem, a ciałem. Wrzeszczał "OPRZYTOMNIJ W KOŃCU! PRZEJRZYJ NA OCZY!". Odchodziłam, wewnątrz coś zaczęło pękać, rwać mnie na pół.
Czarno.
Zacisnęłam mocno powieki, nie chciałam już nigdy ponownie ich otworzyć. Poczułam zimną falę, która delikatnie owinęła moje ciało. Ciepły gest przy mojej twarzy. "Obudź się. Ej, Piekna, wstawaj!". Wydarłam sie z tego stanu, zobaczyłam Małgorzatę siedzącą przy mnie, trzymającą mnie za ramiona.
- Co Ci sie stało? Przestraszyłaś mnie! Jesteś cała spocona i zdyszana. Majaczyłaś we śnie... - powiedziała rozedrganym głosem.
Rozejrzałam się dookoła. Ani śladu cegieł.
- Co zrobiłaś z cegłówkami? - zapytałam dotykając delikatnie piekącego czoła. Odkleiłam palce, rozsmarowując na nich czerwonawą maź.
- Jakimi znowu cegłówkami? - zapytała na w pół zdziwiona, na w pół przerażona.
- A nie... Musiało mi się przysnić... - odpowiedziałam sama nie wierząc własnym słowom. Gwałtownie poderwałam się z podłogi, obraz zawirował, przylgnęłam do ściany.
- Co się z Tobą dzieje? - krzykneła. - Przerażasz mnie! - podbiegła i mocno się we mnie wtuliła. Przełknęłam ślinę, wzięłam kilka głębokich wdechów. Po chwili stałam już mocno, stabilnie na podłodze. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam zaróżowione odciski na swoim czole. Zacisnęłam mocno powieki. Otworzyłam. Po urazach nie było śladu.
Przyjęłam.
Zrozumiałam.
Zapamiętam.
- Gosiu... Już. Już w porządku. Chwila słabości. - odsunęłam ją od siebie, mrużąc jeszcze oczy i próbując unieść kąciki ust.
- Zobacz. Zrobiłam Ci kalendarz. - powiedziała, wyciągając zza siebie zszyte białe, czyste kartki. Uniosłam nieznacznie brwi, ona dodała - Przecież czasu nie ma.
(Naprawdę nie dzieje się nic.) x2
Straszydło, dziękuj Bogu, że Małgorzata nawet jak śpi, to i tak kontroluje 51% twojego umysłu. "Sznuruje usta, powtarza wielkie NIE". Że też musieliście trafić na taką felerną plastelinę, która nie chce się ugniatać w waszych dłoniach. Funkcjonuję bez kaca. Moralnego też.
'ach, panie, panowie,
czemu ciepła nie ma w nas?'
No ja do końca tego nie rozumiem. Naprawdę rozgrzewanie łóżka w istocie jest przyjemniejsze, niż ocieplanie myśli? No i proszę, pytanie-bumerang: jaki element nie pasuje? Jednostka, czy otoczka? Nasuwa się tylko jeden wniosek jasny i klarowny, a mianowicie potrzeba zmian. Ciężko być nieprzystosowanym, ciężko, kiedy ludzie są ciężkostrawni. Wygląda na to, że na kompromis się nie zanosi.
'Nie pokocham w tym miesiącu ani roku,
może nawet bez miłości minie wiek,
może serce się po prostu lęka tłoku.'
Nie ma miłości, nie ma naprzemiennego kołatania serc, nie ma magnetyzmu ciał, nie ma jedności myśli. JA nie widziałam miłości. JA widzę tylko marne rozgałęzienia, pozbawione trzonu. (A jechałaś kiedykolwiek tym tramwajem? Tak i na szczęście w miarę szybko wysiadłam, nim się roztrzaskał). Mistrzu, jeśli w jakiejkolwiek formie egzystujesz w jakiejś czasoprzestrzeni, to chcę żebyś wiedział, że ja w Ciebie nie wierzę.
*
Obudziłam się w swoim łóżku, rano, na w pół do życia, przygnieciona masą cegieł. Ciężko mi było je znad siebie zdejmować, zwłaszcza, że część z nich przygniatała moją głowę. Wyparłam kilka kończynami, potem poszło już z górki. Zjechałam po niej uderzając kością ogonową w twardą podłogę. Kurww... Chryste jak boli... Podpierając się prawą ręką, lewą zaś rozmasowując obolałe miejsce, wstałam i ruszyłam chwiejnym krokiem do łazienki, omijając po drodze porozrzucane cegły.
- Skąd ich się tyle nabrało... - zapytałam sama siebie pod nosem. Odkręciłam kurki i ochlapałam twarz wodą. Związałam niedbale włosy, oparłam się dłońmi o zlew i spojrzałam w lustro. Przybliżyłam się do jego tafli, zmarszczyłam czoło, podniosłam brwi, wydęłam usta.
"Dziwne, może to jeszcze nie ten wiek." - pomyślałam, doszukując się odbijającego się gdziekolwiek czasu. Prócz czerwonych odcisków cegieł nie dostrzegłam nic szczególnego. A co jeśli czasu tak naprawdę nie ma, tylko człowiek wpisał go w pory dnia i roku? Minęło kolejne 366 dni - i cóż to znaczy?
- Trzeba kupić nowy kalendarz. - powiedziała z uśmiechem Małgorzata, opierając się o framugę w drzwich łazienkowych.
- Niewielka, w końcu wstałaś! - krzyknęłam zaskoczona i bardzo szczęśliwa. Nareszcie moja Mała Mi znów jest w stanie patrzeć na mnie swoimi roziskrzonymi oczętami.
W czasie, gdy Małgorzata wyruszyła w miasto w poszukiwaniu odpowiedniego kalendarza na nowy rok, ja postanowiłam ogarnąć ten cały ceglany rozgardiasz. Tylko jak pozbyć się z mieszkania takiej ilości cegieł? Do głowy wpadały przeróżne rozwiązania, no ale przez okno ich nie mogłam wyrzucić, znieść takiej ilości z trzeciego piętra też nie byłabym w stanie, a takie papranie się z jedną po drugiej zajęłoby zbyt dużo jakże cennego czasu. Tik tak tik tak tik tak... Miałyby zostać w domu? Ale co ja z nich zrobię... Może nowatorskie doniczki? E, to głupie. Może... Tunel? No i po co to komu... FORTECĘ! A nie... Chociaż?... Zaczęłam przesuwać stopami cegły w kąt pokoju, potem ułożyłam z nich kwadrat. Dwa na dwa. Brzmi znajomo? Z rękoma włożonymi w kieszenie spodenek przyglądałam się fundamentom. Właściwie dlaczegóż by nie? Przecież i tak szukam jakiejś ciekawej alternatywy do rzeczywistości w której żyję. Wizja własnego, prywatnego świata wydawała się bardzo kusząca. Kucnęłam przy obramówce i zaczęłam układać kolejne cegłówki. Gdy zbudowałam murki do wysokości kolan, dokładanie kolejnych warstw zaczęło przysparzać mi wiele kłopotów. Robiło się coraz ciężej, bardziej samotnie, niekiedy wściekle. Dochodząc do wyższych poziomów, konstrukcja upodabniała się do mojego wyobrażenia, jednakże ja czułam się coraz gorzej. Czoło rozpalała gorączka, spod połamanych paznokci zaczęły płynąć cienkie strużki ciemnoczerwonej krwi. Wszystko pulsowało pod licznymi otarciami, co powodowało promieniowanie bólu. Coraz więcej cegieł wypadało mi z rąk, które spadając miażdżyły palce u stóp. Dysząc ze zmęczenia, rozpryskiwałam wokół krople mętnej śliny. Przekrwione oczy napłynęły łzami. Opadłam z sił. Runęłam na swoją budowlę, zniknęłam w jej ciężkich odmętach. Wszystko złe, co mnie spotyka uderzało o mnie z gwałtowną, niespotykaną siłą, powodując trwałe uszkodzenia głowy. Ból paraliżował neurony. Teraz on był przekaźnikiem informacji, między mózgiem, a ciałem. Wrzeszczał "OPRZYTOMNIJ W KOŃCU! PRZEJRZYJ NA OCZY!". Odchodziłam, wewnątrz coś zaczęło pękać, rwać mnie na pół.
Czarno.
Zacisnęłam mocno powieki, nie chciałam już nigdy ponownie ich otworzyć. Poczułam zimną falę, która delikatnie owinęła moje ciało. Ciepły gest przy mojej twarzy. "Obudź się. Ej, Piekna, wstawaj!". Wydarłam sie z tego stanu, zobaczyłam Małgorzatę siedzącą przy mnie, trzymającą mnie za ramiona.
- Co Ci sie stało? Przestraszyłaś mnie! Jesteś cała spocona i zdyszana. Majaczyłaś we śnie... - powiedziała rozedrganym głosem.
Rozejrzałam się dookoła. Ani śladu cegieł.
- Co zrobiłaś z cegłówkami? - zapytałam dotykając delikatnie piekącego czoła. Odkleiłam palce, rozsmarowując na nich czerwonawą maź.
- Jakimi znowu cegłówkami? - zapytała na w pół zdziwiona, na w pół przerażona.
- A nie... Musiało mi się przysnić... - odpowiedziałam sama nie wierząc własnym słowom. Gwałtownie poderwałam się z podłogi, obraz zawirował, przylgnęłam do ściany.
- Co się z Tobą dzieje? - krzykneła. - Przerażasz mnie! - podbiegła i mocno się we mnie wtuliła. Przełknęłam ślinę, wzięłam kilka głębokich wdechów. Po chwili stałam już mocno, stabilnie na podłodze. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam zaróżowione odciski na swoim czole. Zacisnęłam mocno powieki. Otworzyłam. Po urazach nie było śladu.
Przyjęłam.
Zrozumiałam.
Zapamiętam.
- Gosiu... Już. Już w porządku. Chwila słabości. - odsunęłam ją od siebie, mrużąc jeszcze oczy i próbując unieść kąciki ust.
- Zobacz. Zrobiłam Ci kalendarz. - powiedziała, wyciągając zza siebie zszyte białe, czyste kartki. Uniosłam nieznacznie brwi, ona dodała - Przecież czasu nie ma.
(Naprawdę nie dzieje się nic.) x2
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)