czwartek, 30 grudnia 2010

Zdarzyć się mogło.

Może zacznę od tego, że bardzo nie lubię niespodzianek. Najbardziej to takich, przez które pękają ówcześniej podopinane ostatnie guziki. Ale dzisiaj nie o tym.

*

- Jestem już pod domem. Musimy porozmawiać. - powiedział Olo. Odłożyłam słuchawkę, a blue-oczy momentalnie się rozlały. Nie chciał mi powiedzieć o tym, że na drogach już nie jest tak ślisko, że dzisiaj w pracy pouzupełniał raty, że TAM jest już w porządku. Dobrze wiedziałam, że nie będzie mówił o rzeczach miłych, a nawet lekkich. Otworzyłam drzwi, stał już przed wejściem, trzymał czapkę w ręku. Już? Po wszystkim? Zmine powietrze wlało się do przedpokoju, miałam wrażenie, że nawet w nim może się ogrzać. Wszedł do środka, nie zdejmując butów i powiedział:
- Jedziemy TAM. Wszyscy już są.
Przecież wiedziałam, że w każdej chwili może tak się zdarzyć. Przygotowywałam się do tego już od pewnego czasu. Chwilo, nadeszłaś za szybko! Przylizałam włosy, włożyłam sweter, ponownie przylizałam włosy. Nie malowałam rzęs.

Wyrzucił do połowy spalonego papierosa w śnieg i wsiadł do samochodu. Pomogłam mu przygotować nawigację. "Lubin, Bema 5". Z początku jechaliśmy w milczeniu.
"Za 200 metrów skręć w prawo." zasugerował kobiecy głos.
- Super, po Kunicach tez nas będziesz prowadzić... - mruknął pod nosem Olo.
Jechałam TAM, właściwie nie wiedząc, czego mam się spodziewać. To pierwsza od dawien dawna sytuacja, w której zachowuję trzeźwość umysłu i nie wiem, co z takim fantem zrobić. Nie wiem co usłyszę, co zobaczę. Staram się nie spodziewać niczego. Chodzi tylko o to, by pobyć z nim przedostatni raz.
- Nie darowałbym sobie, gdyby mnie miało tam nie być. 10 lat temu, przy niej, powiedzieli, że jesteśmy za młodzi. - zaczął Olo.
- Miałam wtedy 7 lat. I wiesz... Nie pamiętam już jak to było przedtem. Nie pamiętam jej nim odeszła. A z każdym dniem te dalekie obrazy rozmazują się jeszcze bardziej. Dopiero po wszystkim Lucyna pozwoliła mi patrzeć.
- No właśnie. A ja chciałem przy niej być, nawet jeśli nie była już przytomna. -otarł mokry policzek rękawem płaszcza.- Żeby patrzeć na kardiograf i wiedzieć, że jej serce jeszcze bije.
"Za 100 metrów skręć w lewo, potem prosto."

Jeśli to miejsce miałoby mnie przywracać do dobrego stanu zdrowia, to wydaje mi się, że nigdy by mnie stamtąd nie wypisano. Stałam w drzwiach, opierając się o framugę, wpatrując się w długi korytarz. Idealny dla seryjnego mordercy. W prawym rogu do czerwonej miski kapały duże krople wody, która gromadziła się w uszkodzonym suficie. Wsunęłam papierek po wafelku do kieszeni płaszcza i wróciłam na korytarz, gdzie czekali wszyscy. Atmosfera nad wyraz jałowa. Artur, Andrzej i Olo wyszli na papierosa. Podobno to pomaga rozładować stres. Usiadłam obok Fredka, wtuliłam głowę w jego ramię. Przysłuchiwałam się rozmowie Grześka i Gabrysi, którzy cenzurowali przebieg choroby.
- Tato, powiedz mi, czy to dobry pomysł? - zapytałam bardzo konspiracyjnie.
- Nie przy inteligencji dziadka. - odpowiedział.
Nagle wszyscy się poderwali i stanęli po lewej stronie, pod ścianą. Ja stanęłam jak wryta. Pisk kółek rozległ się po korytarzu. Na łóżku wieziono nieodznaczające się pod pościelą, nienaturalnie ułożone ciało, przewiązane czerwonymi i przezroczystymi kablami.

- Dzieciaki, chcecie iść zobaczyć? - zapytała Marta.
- Oli? Pójdziesz ze mną? - poprosiłam brata. Uchylił drzwi, przepuścił mnie pierwszą.
Z każdej z sal dopadały mnie pełne nadziei spojrzenia. Kradłam je. Przepraszam, że nie byłam siostrzenicą, chrześniakiem, ciocią, synem, bratową. Kiedy stanęłam w drzwiach przedostatniej sali byłam tylko wnuczką. Wnuczką. Aż wnuczką.

Wyszliśmy wszyscy razem. Część szła w milczeniu, reszta rozprawiała o jego niezwykłej postawie. Że pomimo tego, co się wydarzyło przed kilkudziesięcioma minutami, on pamiętał, on rozmawiał, on żył.
- Do widzenia. - powiedziała na odchodne Marta w stronę rejestracji Izby Przyjęć. Oby nie.

środa, 22 grudnia 2010

coś się tu nie odbywa, jak powinno.

Do:
Mojej Drogiej Pani.

      Gdybym tylko mogła do Ciebie mówić, a nie pisać, z pewnością nasza rozmowa wyglądałaby inaczej. Inaczej też by się potoczyła. Mimo iż za każdym razem zbyt wiele zostaje we mnie i w Tobie, rzadko w nas. Ale to słowa niewypowiedziane ciążą bardziej, niż te nienapisane. Ty coś o tym wiesz. Bez względu na wszystko, to taki pierwszy raz, postaram się, by był wyjątkowy.
      Gdybym tylko mogła Ci powiedzieć, że czuję się już lepiej, z pewnością Tobie także lepiej by było. Choć to wcale nie jest tak, że nasze nastroje są od siebie zależne. A lepiej wcale nie znaczy dobrze. Dobrze jest wtedy, kiedy jest bez-czynnie i bez-myślnie. Dobra chwila pozwala na rozkoszowanie się nią, bez odrywania od niej uwagi. Bez prasowania spodni w kant, bez myślenia o tym, że za chwilę trzeba dolać wody destylowanej. Nigdy nie byłam w "Dobrze".
      Gdybym tylko mogła Ci powiedzieć, że tutaj wcale nie jest tak, jak sobie wyobrażałyśmy. W mroku kryje się pewne niejasne bezpieczeństwo. W ciemności, nikt nie zobaczy Ciebie zdejmującej maski, pod którą jesteś prawdziwą sobą. Teraz czuję się tak, jakbym stała nocą, w pełnym świetle latarni.
      Gdybym tylko mogła Ci powiedzieć, że nie miałaś racji. To, co się dzieje na scenie jest niepowtarzalne. Nie zdarzyło się nigdy wcześniej, nie zdarzy się już później. Dzieje się tylko teraz. I nawet jeśli to ten sam spektakl, ta sama postać, ta sama kwestia. Dzieje się tylko raz. "Klatka filmowa jest wieczna". Jest wiecznie martwa.
      Gdybym tylko mogła Ci powiedzieć, że uczę się mówić. Już niedługo będziemy mogły porozmawiać przy herbacie i papierosie o tym, czym jest normalność. Czy jest moralnością, czy tym, co zostaje przyjęte przez otoczenie, co jest czesto powielane. Będziemy mogły porozmawiać o tym, czy wiara bez religii jest możliwa. I o tym, że 'nic jakoś nam nie żal, a powinno być żal'.
      Gdybym tylko mogła Ci powiedzieć, że żyję w dziwnym czasie. Niespotykanym, bo gdy czekałam na narodziny Króla, król zmartychwstał. Gdybyś tylko mogła mnie teraz zobaczyć.

M.N.

PS Gdybym tylko mogła wysłać ten list. Nie mogę. To może się wydawać niezrozumiałe, ale tu nie ma klamek. Śmieszne.

niedziela, 19 grudnia 2010

Tym bardziej, że i tak jestem zupełnie nie na miejscu.



Zwykłe kobiety nigdy nie działają na naszą wyobraźnię. Ograniczone są ramami wieku, w którym żyją. Nie przeistacza ich żaden blask. Dusze ich poznaje się tak łatwo jak ich kapelusze. I zawsze je można widywać. Nie otacza ich żadna tajemnica. Rano wyjeżdżają do parku, a po południu paplają przy herbacie. Mają swój stereotypowy uśmiech i eleganckie maniery. Takie są zrozumiałe. Ale aktorka! Aktorka to zupełnie coś innego. Harry, czemu mi nie powiedziałeś, że jedyną istotą godną miłości jest aktorka?


Przyłapałaś więc trupa na istnieniu, co dalej?
Nie pójdziemy przecież do łóżka.
Nie wypada aż tak mocnych akcentów kłaść na koniec.
Mrowi deszcz, dopij swoją kawę.

odprowadzę cię trochę.


Powiedz im, żeby następnym razem przysłali tu kogoś lepszego.


Strach, który już nie wyjdzie nie wyrazi się.
Nie można tego Strachu dzielić z byle kim.


Już nie ja, nie ze mną, nie w ten sposób, nie tutaj.


Niekochany nie zdradza.
Niekochany chodzi,
dzwoniąc w kieszeni
niepotrzebnym kluczem.


Wtedy istnieli mężczyźni i kobiety.
Teraz nie wiadomo, co istnieje.
Ona w pokoju dotyka rzeczy, które już nigdy nie będą jej.


Teraz chcę być Twoim psem.

niedziela, 12 grudnia 2010

W sam raz, akurat.

Nienawidzę szpitali. Sam fakt, że się tu znalazłam jest tak nieprawdopodobny, jak diagnoza:

*

- Będę uszczęśliwiać ludzi! - krzyknęła Małgorzata zawisnąłwszy na klamce kuchennych drzwi. Przewróciłam oczami i sięgnęłam po kubek z kawą. Nie to, żeby nie porwało mnie jej wręcz charytatywne przedsięwzięcie, sęk w tym, że to już jej czwarty pomysł na siebie w tym tygodniu. Czym prędzej zajęłam język przełykaniem, nigdy nie wiadomo, czego się po takim spodziewać.
- Jak chcesz to robić. - zapytałam z udawanym zainteresowaniem, na które o dziwo Niewielka dała się nabrać. Moja mała, biedna, naiwna...
- Po prostu. Będę robić wszystko, co miałoby ich uczynić szczęśliwszymi. - uśmiechnęła się i kontynuowała -Trzeba będzie umyć okna - zrobię to. Trzeba będzie wybudować dom - zrobię to. Trzeba będzie pokochać mężczyznę - zr...
- Stop - przerwałam jej. - Wszystko ładne i piękne, w dzisiejszych czasach altruizm jest na wymarciu - to się chwali. Natomiast mnie interesuje tylko jedno: po co to wszystko? - zapytałam lekko zirytowana.
- Jak to po co? Zobacz, sama szczęścia zbudować sobie nie jestem w stanie. Oj, już nie rób takiej miny, dobrze wiesz, jak to się zwykle kończyło. Więc może chociaż będę mogła się przyczynić do wymalowania uśmiechu na twarzach innych ludzi. Dobrze wiesz, że ja na to wszystko nie zasługuję, a że egoistką nie jestem, to dlaczegóż by nie pomóc reszcie? - odpowiedziała. Jej źrenice zaczęły krzesać błyszczące iskierki. Niedobrze.

"Doris była wówczas czymś nieskończenie wyższym od Doris, była Kobietą-Wrogiem, który pragnie zagarnąć Jima na własność. Cóż da zniszczenie Doris albo dziesięciu tysięcy jej podobnych, póki Kobieta będzie tryumfowała. Kobietę można pokonać tylko przez ustępstwo, przez to że pozwoli się Jimowi pojechać z nią do Meksyku, że mu się każe zaspokoić ciekawość i połechtaną próżność, i żądzę w nadziei, że wróci (jak wrócił) i powie: "Ona jest odrażająca. Nigdy więcej."
A czy nie wydałaby ci się podwójnie odrażająca, Jimie, gdybyś ją mógł dziś zobaczyć? Czy nie poczułbyś dreszczu zgrozy na myśl o tym, że nawet wtedy jej ciało, które pieściłeś, całowałeś zachłannie, w które wchodziłeś w podnieceniu, miało już w sobie ziarna tej zgnilizny? Ja coś o tym wiem, Jimie. Jestem o tym przekonany. Na pewno z całą stanowczością odmówiłbyś złożenia jej tutaj wizyty. Nie byłbyś w stanie się do tego zmusić."
"Puk puk" - wyszeptały cichutko drzwi. Włożyłam zakładkę między strony, położyłam książkę obok czystej od prawie czterech tygodni (24 dni 21 godzin i 6 minut) popielniczki. Leniwie wstałam z łososiowej kanapy i przeciągnęłam się. Drzwi powtórzyły, tylko nieco głośniej. No idę przecież...
- Cześć. Trzymaj - powiedziała stojąca w drzwiach, zziajana Małgorzata i wcisnęła mi w ręce pognieciony pakunek. Zbiegając, a właściwie zeskakując po schodach, krzyczała na odchodne: "Tylko nie zaglądaj do środka!". Mała Mi, zadziwiasz mnie z każdym dniem coraz bardziej. Zamknęłam drzwi, z głupkowatym uśmieszkiem wróciłam do pokoju, gdzie przezroczystą reklamóweczkę z książką, szczoteczką i kamyczkami, przy popielniczce (24 dni 21 godzin i 8 minut) wymieniłam na książkę. Wróciłam do czytania.

Kilkazaległychfilmówtrzyrozdziałyitrochędobazgranychsłów potem, zaczęło się dziać coś dziwnego. Zaraz, zaraz... Ulubione skarpetki na stopach? Są. Czerwony lakier na paznokciach? No jest. Paczka papierosów? No nie ma. Czy to właśnie brak Dwudziestu tak obniża moje dzisiejsze samopoczucie? Nie wiem. Spokojnie, weź parę głębokich wdechów. Wdech, wydech, wdechwydech, wdechwydechniepomaga! Dobiegam do okna, gwałtownie je otwieram, po czym roztrzaskuję głowę o taflę świeżego powietrza. Jest lżej, ale dalej nie tak, jak trzeba. Oparłam się łokciami o parapet, głowę schowałam w rozedrganych dłoniach. "Nic niby tu nie zmienione, a jednak pozamieniane...". Próbuję się wyciszyć, znaleźć w sobie uniwersalną odpowiedź na każdą niewiadomą. Słyszę szczery, oddalony śmiech. Śmiech czysty, śmiech znajomy, śmiech-nie-mój. Małgorzata... Podekscytowana otwieram oczy, dostrzegam ich... Jak to 'ich'? No nie wierzę... Do drzwi klatki schodowej zbliża się Mała Mi z kimś tam jeszcze, oboje w radosnym uniesieniu. Ha! Dopięła swego! Przyjrzałam się im dokładniej... Niewielcy z natury, jeszcze bardziej malutcy przez odległość dzielącą czubek ich głów od parapetu mego okna, mniej pod rękę, bardziej ręka w rękę. Faktycznie, wygląda na szczęśliwego...

"Ale zarazem to jasno oświetlone miejsce nie jest wcale schronieniem. Bo między butelkami, kartonowymi opakowaniami i puszkami czyhają szokująco żywe wspomnienia posiłków, do których tu robił zakupy, które potem gotował i spożywał z Jimem. Przeszywają George'a jak nożem, kiedy mija półki, popychając wózek na zakupy. Czy może czuć się naprawdę samotny ktoś, kto nigdy nie jadł sam?"

*

"Złamany kręgosłup".
Przecież tak się nie da.
I to tak z nienacka.
Nie wiem, jak to się dalej potoczy. Nawet nie wiem, co się z nią teraz dzieje. Przecież to się nie zrośnie. Nie po czymś takim.
"Chcesz mnie uszczęśliwić? Zniknij z mojego życia!"?
Palant.

środa, 8 grudnia 2010

Po wyjściu z autobusu.

Ostrożnie, po malutku pozwól mi upijać się sobą. Delikatnie, by nie uronić ani jednego słowa wypływajacego z rozchylonych ust, dźwięku wygranego z rozedrganych strun. Niech stracę kontrolę nad gestem, mową, wzrokiem. W Twoich ramionach zbudować nowy świat, bezpieczny, ciepły dom na krótki czas, byś potem mógł wrocić do swej samotności w zimnej pościeli, by kiedyś oddać Cię w lepsze ręce o bardziej czerwonych paznokciach. Ale dopóki możesz być jeszcze mój, zapomnij o limicie i zegarku. Ja wiem, przekraczanie granic też ma swoje granice. Wyłącz doświadczenia, a poczujesz ryzyko. Dreszcz. 
Wejdź, zapraszam. Rozgość się.
Zapomnij tylko zostawić głowę, dobrze? Nie, właśnie nie po to, żebyś mógł po nią wrócić, tylko dlatego by była przy mnie. Jeśli będę miała głowę, nie będzie mi potrzebny ani kominek, ani papieros, ani bliskość. Mając głowę, będę miała wieczność.

Prosto mnie kochaj! Za otwarte usta przy malowaniu rzęs!

sobota, 4 grudnia 2010

Ciebie i Ciebie. Naprawdę.

Jak na wolną osobę, czułam się wyjątkowo zniewolona. Przestawiałam mechanicznie nogi. Prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa do zwariowania. Kilkunastostopniowy mróz nie siał spustoszenia wokół zewnętrzenego ciepła w takim stopniu, jak wydarzenie, które wykarczowało mnie od środka. Zimne uczucia obijały się jeszcze, gdzieś między czaszką, a mostkiem w akcie agonii. Sklep. Przynajmniej wypełnię się mgłą. Weszłam, dzyń dzyń. Zachłanność tkanek była tak wielka, że bałam się, by moje organy nie wchłonęły tytoniu zza tektury i szybki. Kolory opakowań przyciągają wzrok skuteczniej, niż "PALENIE ZABIJA". Spazmatyczne skoki gałek z niebieskich lightów z na mocno-czerwone, potem na łagodną zieleń. Szlag. Stanęło na doładowaniu do Plusa. Uspokojenia, bardziej niż ciało, potrzebowało sumienie. Tylko Ty potrafisz mi powiedzieć, czy robię dobrze, czy źle. Powoli tracę świadomość konsekwencji swojego działania. Jakby tu zainstalować Ciebie w mojej głowie?... Wszyć, jak mechanizm przecież się nie da... A może się da? Wyglądałoby to przekomicznie - Kruszynka, z pszyszytym do głowy Kotem. Kruszynka, z przyszytym do serca Ukojeniem. Wiesz, że wykonałabym wszystko, zanim zdążyłabyś o tym pomyśleć? Masz przewagę, powiesz "skacz z mostu", ja z mostu skoczę. Utopienie mnie w łyżce wody nie stanowi najmniejszego problemu. Mało tego, wszystkie problemy chyba by rozwiązało. Ale na to jestem zbyt wielkim tchórzem. Albo jestem za bardzo odważna, by to zrobić. Czegokolwiek bym nie zrobiła... I tak jesteś.

*

Dyskretnej troski trzeba mi...
Nadwrażliwość to mój wróg, przerost duszy, nad rozumem.
W głowę kopcie mnie - może ozdrowieję.