urżnęłam sobie język.
Właściwie to i tak nie mam nic ciekawego do powiedzenia.
Czy to, że mówię, coś zmienia NIE, nie, na pewno nie...
Tak, boję się, że odstawisz mnie na półkę.
To moja wina. Niepotrzebnie dałam się oswoić, przyzwyczaić do Twojej obecności. Czas zdjąć bardzo różowe okulary.
I wiersz H. Poświatowskiej:
oplotła mi ręce
i moje ręce związane miłością.
Pytają ludzie czyim jestem więźniem.
A do tego jeszcze (...)way down inside woman, you need love!
Wrzesień należy do najmniej przyjemnych miesięcy roku Pańskiego 2010.
Ja jestem owym szalonym, dla którego nieważny jest klucz, którym można otworzyć drzwi, a to, że ten klucz mogę wrzucić do studni, a drzwi rozbić głową.
czwartek, 30 września 2010
wtorek, 28 września 2010
auć.
- Dzisiaj jesteś coś strasznie rozkojarzona. - powiedziała stanowczo Małgorzata nalewając krupnik do płaskiego talerza.
niedziela, 26 września 2010
diy
Tchórz!!
Patrzę na ciebie z odrazą. Wstyd mi za Ciebie.
A mówią, że nasze podobieństwo jest udrzające. Ptfuu!
I to Ty śmiałaś mówić o szczęściu będącym w zasięgu spróbowania? Śmieszne. Plugawisz, kaleczysz, zarażasz te słowa. Nigdy nie powinny wyjść z Twoich brudnych warg. Słyszysz? Łżesz!
Tęskno ci do uniesień, które masz na wyciągnięcie ręki. Zaciśnij ją! Zdobądź to, czego Ci potrzeba! Pozbądź się tej nieznośnej wilgoci rozedrganych dłoni i sięgnij po ten owoc.
ZRÓB TO!
Anioł znienacka mówi:
Teraz chcę się dla pana rozebrać.
Patrzę na ciebie z odrazą. Wstyd mi za Ciebie.
A mówią, że nasze podobieństwo jest udrzające. Ptfuu!
I to Ty śmiałaś mówić o szczęściu będącym w zasięgu spróbowania? Śmieszne. Plugawisz, kaleczysz, zarażasz te słowa. Nigdy nie powinny wyjść z Twoich brudnych warg. Słyszysz? Łżesz!
Tęskno ci do uniesień, które masz na wyciągnięcie ręki. Zaciśnij ją! Zdobądź to, czego Ci potrzeba! Pozbądź się tej nieznośnej wilgoci rozedrganych dłoni i sięgnij po ten owoc.
ZRÓB TO!
- Odbicie.
Zaraz zimnym palcem jazda po gardle.
Zaraz zimnym miastem jazda.
Do Nikąd.
W Nikąd zamieszkawszy nigdy nie będę w Indziej.
I do kogo mówię?
Teraz chcę się dla pana rozebrać.
czwartek, 23 września 2010
Śmieszny bal miłości niewyznanych.
- Tak, tam. Ooo, o, o właśnie tamm... Umm cudownie... - mruczałam przez sen. Najgorszą rzeczą, która mogła mi się teraz przytrafić było obudzenie, które też nastąpiło chwilę po tym, jak Małgorzata wpadła do mojego pokoju.
- Widziałaś ładowarkę do mojego telefonu? - zapytała.
Otworzyłam leniwie oczy i ku mojemu rozczarowaniu ujrzałam przy moim łóżku Małgorzatę w powyciąganej koszulce, oliwkowych szortach, z włosami niedbale związanymi w kucyk. Dziwne, powinien być tam lekko rudawy facet o szarych oczach. Opierając się rękoma podciągnęłam się, i z mało inteligentnym wyrazem twarzy ziewnęłam. Tak, oczywiście to gra na czas, by móc zarejestrować w głowie odpływającą myśl o ostatnim nocnym towarzyszu. Gdy pogodziłam się z faktem, że moje lewe ramię grzeje, a właściwie to ziębi wytapetowana ściana, musiałam wrócić do rzeczywistości. Bardzo cienka linia dzieli te dwa światy. Praktycznie ma ona wysokość powieki.
- Tak. Jest w stołowym, w pierwszej, bocznej szafeczce tej z prawej strony, na górnej półeczce po lewej stronie, z tyłu za pomarańczowymi świeczkami, ale przed czadową wazą ciotki. Znajdziesz? - powiedziałam z głupim uśmieszkiem. To niewielka uszczypliwość za pobudkę w najmniej odpowiednim momencie. Właśnie masował mi kark...
- Super. Cieszę się niezmiernie, że tak martwisz się o moje rzeczy, że skrywasz je w totalnych odmętach mieszkania. - odburknęła.
- Ojejej, zaraz mi się poobraża... Już nie mogę znieść tego ciągłego nocnego wydzwaniania do niewiadomo kogo... - rzuciłam. Swoją twarz w poduszkę także.
- Ty też mogłabyś się za siebie wziąć, wiesz?
- A po cholerę? Naprawdę, dobrze mi tak, jak jest.
- W porządku, opieprzaj się dalej, Królewno. - powiedziała pretensjonalnie.
- Yyyy... Tak. Właśnie taki mam zamiar... - mruknęłam i ponownie nakryłam się kołdrą, ale tym razem po same uszy. - Wracaj, wracaj, wracaj... Zaklinam cię, śnie.
W godzinach popołudniowych zdecydowałam zwlec się z łóżka. Właściwie to miałam niewiele do gadania, moje płuca po prostu też domagały się czegoś speszyl. Po chwili już dziękowały lekkim kaszelkiem, kochane. Następnie zainteresowania zaczął domagać się żołądek. Nie chciałam go rozpieszczać z powodu czystej niechęci mięśni. Kawa i dwa biszkopty. Szału nie ma, ale przynajmniej nie podkreślał już tak głośno swojego niezadowolenia. Uchylone okno w kuchni zapraszało do środka strugi chłodnego powietrza, postanowiłam wrócić do pokoju i otulić się różowym kocykiem. Gdy przechodziłam przez przedpokój moje uszy zdrażnił dźwięk szorowania i ewidentnego nietrafiania kluczem do zamka. Nie wierzę, że znowu to zrobiła... Niepewnie przekręciłam gałkę i otworzyłam drzwi. Bardziej zdziwił mnie tamtejszy widok Małgorzaty, niż niebezpieczna myśl, że znowu mogłaby postrzępić moje nerwy. Obładowana czterema siatkami zakupów z czego jedna z nich przykrywała jej twarz na tyle skutecznie, by ograniczyć jej pole widzenia do minimum, z przyciśniętym do ucha telefonem, z którym czały czas wymieniała namętności, nawet nie zauważyła, że otworzyłam drzwi i nadal próbowała włożyć klucz. Zabawny widok. Wyciągnęłam z jej rąk dwie reklamówki.
- O mój Boże, ale mnie wystraszyłaś! - krzyknęła.
- Zważaj na kogo się powołujesz. - odpowiedziałam z uśmieszkiem i zaniosłam zkaupy do kuchni. Zastanawiało mnie z kim Gocha prowadzi taką czułą konwersację. Nawet nie tyle mnie dziwiły "kochania i słoneczka", tylko przerysowana reakcja, ekstazująca mimika twarzy. Intrygujące, nawet jak na Małą Mi. No nic, włożę lepiej rybę do zamrażarki, zanim się... rozpuści? Pieprzona korporacja.
- Może być kominek, ale nie musi. Moglibyśmy być już po, albo i przed. Trzymając między palcami tlące się papierosy, albo cierpieć na ich brak. Będziemy leżeć koło siebie, a może lepiej będzie w dwóch przeciwległych kątach pokoju. Nieważne. Bylebyś był i nigdy nie chciał iść. - szepnęła do słuchawki telefonu Małgorzata.
Rozczuliło mnie to niesamowicie. Miałam ochotę wybiec na balkon i wykrzyczeć światu w parszywą twarz, że istnieje jeszcze miłość najczystsza, dziewicza, która się krzewi i rozrasta w jego zniszczonych i martwych tkankach! Kiedy tak patrzyłam na Niewielką skuloną w wielkim fotelu niczym w potężnych ramionach, przykrytą kocem po same uszy, z aparatem na kolanach i słuchawką przy twarzy, sam mój prawy przedsionek sycił się jej urokiem. Rozkosz. Uczta dla moich złaknionych szczęścia oczu. Nakarmiwszy się tym widokiem powróciłam do czytania.
Było to o zmierzchu. Ona odeszła. Położyłem się na kanapie i zasnąłem, nie zapalając światła. Obudziło mnie uczucie, że ośmiernica jest tuż. Kiedy się kładłem, po prostu czułem się źle, obudziłem się natomiast jako człowiek chory. Wydało mi się nagle, że ciemność wygniecie szyby, wleje się do pokoju i zatopi mnie jak atrament. Wrzasnąłem:
- Domyśl się, że jest ze mną źle... Przyjdź, przyjdź, przyjdź!...
Nikt jednak nie nadchodził.
Szlag. Zgasło światło, akurat w takim momencie. I choć dobrze wiem, że M. usłyszy za chwilkę jej kroki koło okienka, to i tak się martwię, że M. nie zdąży na czas. Wstałam z łososiowej kanapy, minęłam Małgorzatę, której usterka w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała, by postukać w żaróweczki i popstrykać włącznikami. Nawet nie mam jak zadzwonić na jakieś pogotowie energetyczne, by wyrazić moją dezaprobatę tym, że musiałam zostawić M. samego, bo Gocha cały czas wisiała na słuchawce... Poczułam się, jak to mówi Ofiara, jakby ktoś trzasnął mnie cegłą w czoło. Wplatając palce we włosy, trzymając się za głowę podbiegłam do fotela na któym siedziała.
- Z kim rozmawiasz. - powiedziałam nerwowo.
- Ciii... Nie teraz. - powiedziała cichutko przykładając palec do ust.
- Co Ty wyprawiasz do jasnej cholery?! Czemu mam być cicho skoro nie rozmawiasz nawet z sygnałem zajętości?! - wrzasnęłam. Ona nie zareagowała, ponownie przyłożyła słuchawkę do ucha. Wściekłość wzrosła we mnie i rozpaczliwie szukała upustu. Zaczęłam uderzać zaciśniętą pięścią w widełki aparatu.
- Widzisz?! Tam nikogo nie ma! Co ty sobie roisz idiotko!?
Odłożyła słuchawkę.
- Widzę. I wiem, że nikogo nie ma po drugiej stronie. Ale gdybym odważyła się zadzwonić, pewnie by tam był. - odpowiedziała ze stoickim spokojem. Łzy spływały mi po policzkach. Nie ze współczucia, nie z rozczarowania, tylko z bezsilności. Przylgnęłam do niej całym ciałem i pociągając nosem zapytałam:
- Czemu to robisz? To mamienie samego siebie, to nie prowadzi do szczęścia, ale do obłędu. Nie, nie, nie... Mała, NIE!
- Widzisz... Czasami nie sam cel satysfakcjonuje, ale drogi do jego zdobycia. Działanie. Nieustanna walka. Takie rozmowy są bardzo wygodne, mogę je sprowadzać na własne tory, prowadzić trening wyobraźni. - odrzekła z uśmiechem.
- Wiedz, że mi się to nie podoba. - powiedziałam i uklęknęłam przy fotelu kładąc głowę na jej kolanach.
Ona odsunęła mnie, wstała i wyszła z pokoju. Zaczęłam żałować tego, że mimo iż nieświadomie, zaczęłam grzebać w jej podświadomości. Wyrzuty sumienia. Kac moralny. Wtem Małgorzata wróciła do pokoju wręczając mi bardzo wygniecioną karteczkę.
- Poznałam go tamitam, nazywa się Takitak. Nawet nie wiesz, jak wiele czasu spędziłam przy aparacie z tą karteczką, nie wykręcając numeru. Boję się, że może nie być tak idealnie, jak tego bym chciała. To, co mam tutaj - dotknęła palcem skroni - nie może równać się niczemu w tej rzeczywistości. Nie chcę tego schańbić, próbując cokolwiek krzesać. - odpowiedziała, położyła moją głowę na swoich kolanach i zaczęła nucić piosenkę. Coś o milczeniu, o skryciu miłości największej, nabierającej wartości w myślach. Nie pamiętam, ale nie szkodzi.
Spodziewam się pięknych snów.
- Widziałaś ładowarkę do mojego telefonu? - zapytała.
Otworzyłam leniwie oczy i ku mojemu rozczarowaniu ujrzałam przy moim łóżku Małgorzatę w powyciąganej koszulce, oliwkowych szortach, z włosami niedbale związanymi w kucyk. Dziwne, powinien być tam lekko rudawy facet o szarych oczach. Opierając się rękoma podciągnęłam się, i z mało inteligentnym wyrazem twarzy ziewnęłam. Tak, oczywiście to gra na czas, by móc zarejestrować w głowie odpływającą myśl o ostatnim nocnym towarzyszu. Gdy pogodziłam się z faktem, że moje lewe ramię grzeje, a właściwie to ziębi wytapetowana ściana, musiałam wrócić do rzeczywistości. Bardzo cienka linia dzieli te dwa światy. Praktycznie ma ona wysokość powieki.
- Tak. Jest w stołowym, w pierwszej, bocznej szafeczce tej z prawej strony, na górnej półeczce po lewej stronie, z tyłu za pomarańczowymi świeczkami, ale przed czadową wazą ciotki. Znajdziesz? - powiedziałam z głupim uśmieszkiem. To niewielka uszczypliwość za pobudkę w najmniej odpowiednim momencie. Właśnie masował mi kark...
- Super. Cieszę się niezmiernie, że tak martwisz się o moje rzeczy, że skrywasz je w totalnych odmętach mieszkania. - odburknęła.
- Ojejej, zaraz mi się poobraża... Już nie mogę znieść tego ciągłego nocnego wydzwaniania do niewiadomo kogo... - rzuciłam. Swoją twarz w poduszkę także.
- Ty też mogłabyś się za siebie wziąć, wiesz?
- A po cholerę? Naprawdę, dobrze mi tak, jak jest.
- W porządku, opieprzaj się dalej, Królewno. - powiedziała pretensjonalnie.
- Yyyy... Tak. Właśnie taki mam zamiar... - mruknęłam i ponownie nakryłam się kołdrą, ale tym razem po same uszy. - Wracaj, wracaj, wracaj... Zaklinam cię, śnie.
W godzinach popołudniowych zdecydowałam zwlec się z łóżka. Właściwie to miałam niewiele do gadania, moje płuca po prostu też domagały się czegoś speszyl. Po chwili już dziękowały lekkim kaszelkiem, kochane. Następnie zainteresowania zaczął domagać się żołądek. Nie chciałam go rozpieszczać z powodu czystej niechęci mięśni. Kawa i dwa biszkopty. Szału nie ma, ale przynajmniej nie podkreślał już tak głośno swojego niezadowolenia. Uchylone okno w kuchni zapraszało do środka strugi chłodnego powietrza, postanowiłam wrócić do pokoju i otulić się różowym kocykiem. Gdy przechodziłam przez przedpokój moje uszy zdrażnił dźwięk szorowania i ewidentnego nietrafiania kluczem do zamka. Nie wierzę, że znowu to zrobiła... Niepewnie przekręciłam gałkę i otworzyłam drzwi. Bardziej zdziwił mnie tamtejszy widok Małgorzaty, niż niebezpieczna myśl, że znowu mogłaby postrzępić moje nerwy. Obładowana czterema siatkami zakupów z czego jedna z nich przykrywała jej twarz na tyle skutecznie, by ograniczyć jej pole widzenia do minimum, z przyciśniętym do ucha telefonem, z którym czały czas wymieniała namętności, nawet nie zauważyła, że otworzyłam drzwi i nadal próbowała włożyć klucz. Zabawny widok. Wyciągnęłam z jej rąk dwie reklamówki.
- O mój Boże, ale mnie wystraszyłaś! - krzyknęła.
- Zważaj na kogo się powołujesz. - odpowiedziałam z uśmieszkiem i zaniosłam zkaupy do kuchni. Zastanawiało mnie z kim Gocha prowadzi taką czułą konwersację. Nawet nie tyle mnie dziwiły "kochania i słoneczka", tylko przerysowana reakcja, ekstazująca mimika twarzy. Intrygujące, nawet jak na Małą Mi. No nic, włożę lepiej rybę do zamrażarki, zanim się... rozpuści? Pieprzona korporacja.
*
- Może być kominek, ale nie musi. Moglibyśmy być już po, albo i przed. Trzymając między palcami tlące się papierosy, albo cierpieć na ich brak. Będziemy leżeć koło siebie, a może lepiej będzie w dwóch przeciwległych kątach pokoju. Nieważne. Bylebyś był i nigdy nie chciał iść. - szepnęła do słuchawki telefonu Małgorzata.
Rozczuliło mnie to niesamowicie. Miałam ochotę wybiec na balkon i wykrzyczeć światu w parszywą twarz, że istnieje jeszcze miłość najczystsza, dziewicza, która się krzewi i rozrasta w jego zniszczonych i martwych tkankach! Kiedy tak patrzyłam na Niewielką skuloną w wielkim fotelu niczym w potężnych ramionach, przykrytą kocem po same uszy, z aparatem na kolanach i słuchawką przy twarzy, sam mój prawy przedsionek sycił się jej urokiem. Rozkosz. Uczta dla moich złaknionych szczęścia oczu. Nakarmiwszy się tym widokiem powróciłam do czytania.
Było to o zmierzchu. Ona odeszła. Położyłem się na kanapie i zasnąłem, nie zapalając światła. Obudziło mnie uczucie, że ośmiernica jest tuż. Kiedy się kładłem, po prostu czułem się źle, obudziłem się natomiast jako człowiek chory. Wydało mi się nagle, że ciemność wygniecie szyby, wleje się do pokoju i zatopi mnie jak atrament. Wrzasnąłem:
- Domyśl się, że jest ze mną źle... Przyjdź, przyjdź, przyjdź!...
Nikt jednak nie nadchodził.
Szlag. Zgasło światło, akurat w takim momencie. I choć dobrze wiem, że M. usłyszy za chwilkę jej kroki koło okienka, to i tak się martwię, że M. nie zdąży na czas. Wstałam z łososiowej kanapy, minęłam Małgorzatę, której usterka w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała, by postukać w żaróweczki i popstrykać włącznikami. Nawet nie mam jak zadzwonić na jakieś pogotowie energetyczne, by wyrazić moją dezaprobatę tym, że musiałam zostawić M. samego, bo Gocha cały czas wisiała na słuchawce... Poczułam się, jak to mówi Ofiara, jakby ktoś trzasnął mnie cegłą w czoło. Wplatając palce we włosy, trzymając się za głowę podbiegłam do fotela na któym siedziała.
- Z kim rozmawiasz. - powiedziałam nerwowo.
- Ciii... Nie teraz. - powiedziała cichutko przykładając palec do ust.
- Co Ty wyprawiasz do jasnej cholery?! Czemu mam być cicho skoro nie rozmawiasz nawet z sygnałem zajętości?! - wrzasnęłam. Ona nie zareagowała, ponownie przyłożyła słuchawkę do ucha. Wściekłość wzrosła we mnie i rozpaczliwie szukała upustu. Zaczęłam uderzać zaciśniętą pięścią w widełki aparatu.
- Widzisz?! Tam nikogo nie ma! Co ty sobie roisz idiotko!?
Odłożyła słuchawkę.
- Widzę. I wiem, że nikogo nie ma po drugiej stronie. Ale gdybym odważyła się zadzwonić, pewnie by tam był. - odpowiedziała ze stoickim spokojem. Łzy spływały mi po policzkach. Nie ze współczucia, nie z rozczarowania, tylko z bezsilności. Przylgnęłam do niej całym ciałem i pociągając nosem zapytałam:
- Czemu to robisz? To mamienie samego siebie, to nie prowadzi do szczęścia, ale do obłędu. Nie, nie, nie... Mała, NIE!
- Widzisz... Czasami nie sam cel satysfakcjonuje, ale drogi do jego zdobycia. Działanie. Nieustanna walka. Takie rozmowy są bardzo wygodne, mogę je sprowadzać na własne tory, prowadzić trening wyobraźni. - odrzekła z uśmiechem.
- Wiedz, że mi się to nie podoba. - powiedziałam i uklęknęłam przy fotelu kładąc głowę na jej kolanach.
Ona odsunęła mnie, wstała i wyszła z pokoju. Zaczęłam żałować tego, że mimo iż nieświadomie, zaczęłam grzebać w jej podświadomości. Wyrzuty sumienia. Kac moralny. Wtem Małgorzata wróciła do pokoju wręczając mi bardzo wygniecioną karteczkę.
- Poznałam go tamitam, nazywa się Takitak. Nawet nie wiesz, jak wiele czasu spędziłam przy aparacie z tą karteczką, nie wykręcając numeru. Boję się, że może nie być tak idealnie, jak tego bym chciała. To, co mam tutaj - dotknęła palcem skroni - nie może równać się niczemu w tej rzeczywistości. Nie chcę tego schańbić, próbując cokolwiek krzesać. - odpowiedziała, położyła moją głowę na swoich kolanach i zaczęła nucić piosenkę. Coś o milczeniu, o skryciu miłości największej, nabierającej wartości w myślach. Nie pamiętam, ale nie szkodzi.
Spodziewam się pięknych snów.
poniedziałek, 20 września 2010
I'll never be good enough
Po raz kolejny dokonano zbiorowego, brutalnego gwałtu na moich myślach. Tak żałosnego portretu jeszcze nigdy mi nie wymalowano.
Wszystko przybiera zawrotnego tempa. Zbyt szybkiego.
Dezorientacja.
Spuszczam was (nie zasługujecie na W) z oczu na mikrochwilę, po niej już nie potrafię do was dobiec. Zwolniłam, bo wydawało mi się, że tak będzie najlepiej.
Bo tak trzeba. Tak wypada.
Gonić za wariatami, czy stąpać jak wariatka?
Powiedziałaś, że kłuje Cię serduszko, na co ja, że już serca nie masz. Odpowiedziałaś, że odczuwasz ból na odległość.
Zdradzę Ci sekret:
Zrobiłam z niego laleczkę voodoo.
Wszystko przybiera zawrotnego tempa. Zbyt szybkiego.
Dezorientacja.
Spuszczam was (nie zasługujecie na W) z oczu na mikrochwilę, po niej już nie potrafię do was dobiec. Zwolniłam, bo wydawało mi się, że tak będzie najlepiej.
Bo tak trzeba. Tak wypada.
Gonić za wariatami, czy stąpać jak wariatka?
Powiedziałaś, że kłuje Cię serduszko, na co ja, że już serca nie masz. Odpowiedziałaś, że odczuwasz ból na odległość.
Zdradzę Ci sekret:
Zrobiłam z niego laleczkę voodoo.
sobota, 18 września 2010
Odchodząc...
A więc stało się i odchodzisz.
Tu są twoje książki i płyty,
Możesz zabrać co chcesz.
Najlepiej zabierz mnie.
Ciężko jest mówić o początku końca historii, gdy się jest dopiero w połowie. Jednak świadomość, że drogi naszych bohaterów i tak prędzej czy później się rozejdą, powoduje natychmiastową chęć porzucenia takiej opowieści. Po co trwać do końca, skoro zakończenia wcale nie skrywa zasłona tajemnicy? Marnotrawienie czasu. Niepotrzebne trwanie w niepewności, trzymanie nadziei za rękaw podziurawionego swetra, kiedy wszystko i tak jest już przesądzone. Kiedy każde nasze działanie prędzej, czy później zostanie obrócone w niwecz. Bo nie jest napisane. Zapisane też nigdy nie będzie. Nic po tym nie zostanie, na nic jest wszystko. Startujemy tylko, by dobiec do końca. A koniec ma to do siebie, że po nim jest już tylko nic. Monstrualna, muślinowa, czarna nicość, chłonąca jestestwo. Dlaczego śmiem opisywać nicość, skoro zmysłami pojąć jej nie mogę? Chyba, by mimo swoich ułomności, tępymi receptorami spróbować rejestrować to, czego być może nigdy nie będę w stanie przyswoić. Naprawdę uproszczona wersja demo.
A co na to pan Stachura? Pan Stachura na to: Kto komu ma dać miłość, jeżeli każdy jej potrzebuje? A jeżeli potrzebuje, to przecież znaczy, że jej nie ma. A jeżeli jej nie ma, to jej nie może dać. Co może wlać próżne do pustego i odwrotnie?
Niepodważalny fakt, bo fakty mają to do siebie, że zaprzeczyć im nie można. W przeciwnym razie byłby tylko spekulacją, marnym prawdopodobieństwem.
Wbrew wszystkiemu co przed chwilą wyrzuciłam, dalej wierzę, że Ci się uda. Dlaczego? Bo wiedza wyklucza wiarę. Jeśli coś wiem, nie potrzebuję w to wierzyć. Jak wiara może posiadać filary, jak może się opierać na świecie rzeczywistym, skoro sama bazuje na swerze duchowej? (Więc czy wiara ulega destrukcji za pośrednictwem religii? Nie, to nie na teraz.) Dlatego właśnie intrygujące jest to, co nienamacalne, co może zostać nigdy niepoznane. Być może nie odczuwamy nieustannego obcowania z czymś jeszcze, z prostej przyczyny - nie mamy do tego predyspozycji.
I znowu odbiegłam od Ciebie. Przepraszam, już nie obiecuję, że to się nie powtórzy. Sama obniżam wartość swojego słowa. Wierzę, że już jesteś w drodze do wszechoobecnego LEPIEJ, LŻEJ, PRZYJEMNIEJ. Odciążysz swoją głowę z mojego portretu. Ja zostanę tutaj. I przez wzgląd na to, co nas spotkało, przez co razem przeszłyśmy uważam za stosowne prosić, byś nie wspominała mnie często. Z każdym razem mniej, z każdym razem krócej. Nie przywołuj mnie myślą, proszę. Serce by mi się potrzaskało na mikrokawałeczki-nie-do-sklejenia widząc twoje szczęście, które nie zawsze potrafiłam Ci dać. I tak zawsze będę na tyle blisko, by żywić się waszym śmiechem. Wyprzedź proszę i obiecaj, że nigdy się nie odwrócisz.
Możesz zabrać co chcesz.
Najlepiej zabierz mnie.
Ciężko jest mówić o początku końca historii, gdy się jest dopiero w połowie. Jednak świadomość, że drogi naszych bohaterów i tak prędzej czy później się rozejdą, powoduje natychmiastową chęć porzucenia takiej opowieści. Po co trwać do końca, skoro zakończenia wcale nie skrywa zasłona tajemnicy? Marnotrawienie czasu. Niepotrzebne trwanie w niepewności, trzymanie nadziei za rękaw podziurawionego swetra, kiedy wszystko i tak jest już przesądzone. Kiedy każde nasze działanie prędzej, czy później zostanie obrócone w niwecz. Bo nie jest napisane. Zapisane też nigdy nie będzie. Nic po tym nie zostanie, na nic jest wszystko. Startujemy tylko, by dobiec do końca. A koniec ma to do siebie, że po nim jest już tylko nic. Monstrualna, muślinowa, czarna nicość, chłonąca jestestwo. Dlaczego śmiem opisywać nicość, skoro zmysłami pojąć jej nie mogę? Chyba, by mimo swoich ułomności, tępymi receptorami spróbować rejestrować to, czego być może nigdy nie będę w stanie przyswoić. Naprawdę uproszczona wersja demo.
A co na to pan Stachura? Pan Stachura na to: Kto komu ma dać miłość, jeżeli każdy jej potrzebuje? A jeżeli potrzebuje, to przecież znaczy, że jej nie ma. A jeżeli jej nie ma, to jej nie może dać. Co może wlać próżne do pustego i odwrotnie?
Niepodważalny fakt, bo fakty mają to do siebie, że zaprzeczyć im nie można. W przeciwnym razie byłby tylko spekulacją, marnym prawdopodobieństwem.
Wbrew wszystkiemu co przed chwilą wyrzuciłam, dalej wierzę, że Ci się uda. Dlaczego? Bo wiedza wyklucza wiarę. Jeśli coś wiem, nie potrzebuję w to wierzyć. Jak wiara może posiadać filary, jak może się opierać na świecie rzeczywistym, skoro sama bazuje na swerze duchowej? (Więc czy wiara ulega destrukcji za pośrednictwem religii? Nie, to nie na teraz.) Dlatego właśnie intrygujące jest to, co nienamacalne, co może zostać nigdy niepoznane. Być może nie odczuwamy nieustannego obcowania z czymś jeszcze, z prostej przyczyny - nie mamy do tego predyspozycji.
I znowu odbiegłam od Ciebie. Przepraszam, już nie obiecuję, że to się nie powtórzy. Sama obniżam wartość swojego słowa. Wierzę, że już jesteś w drodze do wszechoobecnego LEPIEJ, LŻEJ, PRZYJEMNIEJ. Odciążysz swoją głowę z mojego portretu. Ja zostanę tutaj. I przez wzgląd na to, co nas spotkało, przez co razem przeszłyśmy uważam za stosowne prosić, byś nie wspominała mnie często. Z każdym razem mniej, z każdym razem krócej. Nie przywołuj mnie myślą, proszę. Serce by mi się potrzaskało na mikrokawałeczki-nie-do-sklejenia widząc twoje szczęście, które nie zawsze potrafiłam Ci dać. I tak zawsze będę na tyle blisko, by żywić się waszym śmiechem. Wyprzedź proszę i obiecaj, że nigdy się nie odwrócisz.
piątek, 17 września 2010
Na tę chwilę...
- Owinięta popielatym, pluszowym szalikiem. V
- Z zatkanym nosem nucąca psychohymn "Dogs day are over". V
- Bez makijażu z lekko zaczerwionymi powiekami wyglądająca niekorzystnie. V
- Wykaszlująca substancje, przez które od samego patrzenia można się zarazić. V
- Totalnie pozbawiona zmysłu węchu, cierpiąca z niemożności rozkoszowania się aromatem Magic Moments. V
- W poczuciu dyskomfortu przez tabletkę stojącą w gardle. V
- Spędzająca dziś czas w ramionach niezwykłej Kobiety. V
- Z przygłupim grymasem na kształt uśmiechu szczerząca się do ekranu monitora, na którym wyświetla sobie nad wyraz romantyczne filmy. V
- Z przygotowanymi paznokciami, by jutro położyć na nich obrazującą zazdrość czerwień. V
- Z monstrualną chęcią otulenia się "dymem siwo-mglistym". V
- Dzielnie czytająca po kartce na dzień "W księżycową jasną noc". V
- Winna bawić się teraz w doborowym towarzystwie, w wyzywającym stroju na tak długo wyczekiwanym monodramie. V
- Z brutalnie zlustrowanymi i rozkodowanymi myślami. V
- Nie mogąca znieść tak długiego zamknięcia. V
- Maksymalnie nie mogąca się odnaleźć z w nowej sytuacji. V
- Tak rozpaczliwie wzywająca pomocy. V
- Z uruchomioną funkcją autodestrukcji. V
- Tak bardzo pragnąca końca. V
- Tak bardzo nie mogąca się doczekać przyobiecanego spokoju. V
- Mająca go z kim dzielić. ...
- Z zatkanym nosem nucąca psychohymn "Dogs day are over". V
- Bez makijażu z lekko zaczerwionymi powiekami wyglądająca niekorzystnie. V
- Wykaszlująca substancje, przez które od samego patrzenia można się zarazić. V
- Totalnie pozbawiona zmysłu węchu, cierpiąca z niemożności rozkoszowania się aromatem Magic Moments. V
- W poczuciu dyskomfortu przez tabletkę stojącą w gardle. V
- Spędzająca dziś czas w ramionach niezwykłej Kobiety. V
- Z przygłupim grymasem na kształt uśmiechu szczerząca się do ekranu monitora, na którym wyświetla sobie nad wyraz romantyczne filmy. V
- Z przygotowanymi paznokciami, by jutro położyć na nich obrazującą zazdrość czerwień. V
- Z monstrualną chęcią otulenia się "dymem siwo-mglistym". V
- Dzielnie czytająca po kartce na dzień "W księżycową jasną noc". V
- Winna bawić się teraz w doborowym towarzystwie, w wyzywającym stroju na tak długo wyczekiwanym monodramie. V
- Z brutalnie zlustrowanymi i rozkodowanymi myślami. V
- Nie mogąca znieść tak długiego zamknięcia. V
- Maksymalnie nie mogąca się odnaleźć z w nowej sytuacji. V
- Tak rozpaczliwie wzywająca pomocy. V
- Z uruchomioną funkcją autodestrukcji. V
- Tak bardzo pragnąca końca. V
- Tak bardzo nie mogąca się doczekać przyobiecanego spokoju. V
- Mająca go z kim dzielić. ...
wtorek, 14 września 2010
Ja wam pokażę...
"Nie przyjedzie. No i co ja mam do cholery teraz ze sobą zrobić?" zapytałam niezbyt dyskretnie samą siebie siedząc na 3 razy większym i cięższym ode mnie bagażu wypełnionym m. Przygryzając delikatnie dolną wargę wyobrażałam sobie daleką drogę do domu. Kto mi pomoże z yhh... tym? Szlag... i schowałam kolejną myśl do torby.
- Przepraszam bardzo, pani zwraca do mnie? - zapytał starszy mężczyzna w popielatym kapeluszu. Czy błędnym wzrokiem zaczepiłam go wypowiadając te słowa? Czy mógł moje problemy jakoklwiek odnieść do swojej osoby? Czy ja wyglądam na osobę niepoczytalną i odczytując miedzywiersze chciał dać mi do zrozumienia, że potrzebuję specjalistycznej pomocy?
NIE.
MOŻE.
NAJWIDOCZNIEJ.
Kiedy miałam wdać się w rozmowę, którą zamierzałam sprowadzić na nieprzyjemne tory, zza zakrętu wyjechał różowy autobus. Ludzie oniemieli z zachwytu, na mnie nie wywarł wielkiego wrażenia. Przecież zawsze jest różowy. Przecież zawsze jest.
Kiedy pojazd odsapnął i począł ładować podróżnych do środka, stwierdziłam, że będę miała duży problem. Większemu po trzykroć bagażowi nie spodobał się pomysł przepychania między podróżnymi, więc na znak protestu po prostu przywarł do podłoża i za nic nie mogłam go z tamtąd ruszyć. Popatrzyłam zmartwiona na autobus. On bez wahania wyjechał z zajezdni na chodnik, i ku mojemu przerażeniu przewałkował moj bagaż.
Naleśnik.
Naleśniczek.
Naleśniciuszek.
Naleśniczuniunio z moich m. poskładałam w kosteczkę i z łatwością włożyłam do kieszeni. Z różem odbijającym się w moich oczach podziękowałam i weszłam do środka. Pasażerowie malutcy jak nigdy dotąd skumulowani byli w lewej, tylnej części autobusu, patrzyli na mnie już zupełnie inaczej niż na przystanku. Ich oczy nadawały mi wartość, byłam cenna i nasycona wielkim wrażeniem. Usiadłam na wolnym miejscu i wbiłam oczy w szybę. Za nią szarawe miasto cherlawe, jak każdego dnia gniło przez tryskającą z każdej twarzy rutynę. Mimo iż przeżyte, to dynamiczne, mimo że znane, to niezwykłe. Mimo iż samochody stały się resorakami, a drzewa brokułami. Dziwne. Przecież wcale nie ma nas dużo, kto się tak ciśnie?
Szlag.
Czym napełniały mnie oczy pasażerów? Nie wiem. Podwójne, lśniące ładowareczki.
Nabieram.
Przybywam.
Rozrastam.
Trwałam w tej niewygodnej pozie, nienaturalnie wygięte plecy sprawiały mi nieprzyjemny, promieniujący ból. Czoło napierało na szyberdach, odbijający kwadracik na delikatnej skórze. Powieki drżały, ręce dygotały, gardło zamknęło dopływ powietrza. Obraz ciemniał, o wywracające źrenice otarły się już tylko wściekle żółte rurki.
- Przepraszam bardzo, pani zwraca do mnie? - zapytał starszy mężczyzna w popielatym kapeluszu. Czy błędnym wzrokiem zaczepiłam go wypowiadając te słowa? Czy mógł moje problemy jakoklwiek odnieść do swojej osoby? Czy ja wyglądam na osobę niepoczytalną i odczytując miedzywiersze chciał dać mi do zrozumienia, że potrzebuję specjalistycznej pomocy?
NIE.
MOŻE.
NAJWIDOCZNIEJ.
Kiedy miałam wdać się w rozmowę, którą zamierzałam sprowadzić na nieprzyjemne tory, zza zakrętu wyjechał różowy autobus. Ludzie oniemieli z zachwytu, na mnie nie wywarł wielkiego wrażenia. Przecież zawsze jest różowy. Przecież zawsze jest.
Kiedy pojazd odsapnął i począł ładować podróżnych do środka, stwierdziłam, że będę miała duży problem. Większemu po trzykroć bagażowi nie spodobał się pomysł przepychania między podróżnymi, więc na znak protestu po prostu przywarł do podłoża i za nic nie mogłam go z tamtąd ruszyć. Popatrzyłam zmartwiona na autobus. On bez wahania wyjechał z zajezdni na chodnik, i ku mojemu przerażeniu przewałkował moj bagaż.
Naleśnik.
Naleśniczek.
Naleśniciuszek.
Naleśniczuniunio z moich m. poskładałam w kosteczkę i z łatwością włożyłam do kieszeni. Z różem odbijającym się w moich oczach podziękowałam i weszłam do środka. Pasażerowie malutcy jak nigdy dotąd skumulowani byli w lewej, tylnej części autobusu, patrzyli na mnie już zupełnie inaczej niż na przystanku. Ich oczy nadawały mi wartość, byłam cenna i nasycona wielkim wrażeniem. Usiadłam na wolnym miejscu i wbiłam oczy w szybę. Za nią szarawe miasto cherlawe, jak każdego dnia gniło przez tryskającą z każdej twarzy rutynę. Mimo iż przeżyte, to dynamiczne, mimo że znane, to niezwykłe. Mimo iż samochody stały się resorakami, a drzewa brokułami. Dziwne. Przecież wcale nie ma nas dużo, kto się tak ciśnie?
Szlag.
Czym napełniały mnie oczy pasażerów? Nie wiem. Podwójne, lśniące ładowareczki.
Nabieram.
Przybywam.
Rozrastam.
Trwałam w tej niewygodnej pozie, nienaturalnie wygięte plecy sprawiały mi nieprzyjemny, promieniujący ból. Czoło napierało na szyberdach, odbijający kwadracik na delikatnej skórze. Powieki drżały, ręce dygotały, gardło zamknęło dopływ powietrza. Obraz ciemniał, o wywracające źrenice otarły się już tylko wściekle żółte rurki.
*
Głośno, czarno. Duszę się. Pociągnęli mnie na dół?
A nie, to tylko bagaż leżał na mojej twarzy.
Myślę... Egzystuję.
Leżę na zimnym, mokrym chodniku. Oddać płaszcz do czyszczenia.
Zrzucam m. z głowy, podnoszę i rozglądam się. Hura! Nareszcie w domu! Chwytam za rączkę torby, całą sobą napieram na drzwi wejściowe, wylewam z siebie radość. Nie-ma-to-jak-w-do-mu! Nie-ma-to-jak-w-do-mu! Biegnę pod numer siódmy, przeskakując po trzy schodki. Dłuży się jakbym leniwie wchodziła na siódme piętro, pokonując w trzy minuty jeden schodek.
Jest.
Jest!
JEST!
Nerwowo wyciągam klucze z kieszeni płaszcza, co prawda wypadają dwa razy, po czym buntują się przeciwko włożeniu do zamka.
To z niedoczekania.
Przekręcam klucz, wręcz wyważam drzwi, wpadam do mieszkania. I nic. Czemu nikt na mnie nie czeka?... Stawiam bagaż obok pojemnika na parasole. Są dwa nowe. Jeden czerwony, a drugi w czarno-szarą pepitkę. Przechodzę przez przedpokój bez ściągania butów. Nigdy mi się to nie zdarza, jednak patrząc na stan czystości podłogi dochodzę do wniosku, że i tak go nie pogorszę. Staję we framudze drzwi do salonu i przecieram przerażone oczy. To nic nie dało. Na parapecie upstrzonym niedopałkami nadal siedzi światła osobistość, której twarz mignęła mi kilka razy bodajże podczas nocnych obserwacji nieba. Oparta o regał młoda aktorka zawstydzona swoimi myślami próbuje ukryć rozgrzane policzki pod ciemnymi kosmykami włosów, nieustannie jej poprawiając. Owalny, wzorzysty dywan brudzi ubłoconymi buciorami świeżo upieczony krawiec, który potyka się o zbyt długi centymetr owinięty kilka razy wokół szyi. Na okrągłym stoliku cierpi rozbity wazon, rozrzucone kwiaty - czerwone punkty podkreślające tragedię. Na łososiowej kanapie, będącą już jedynie okurzonym strzepkiem ukochanego mebla siedziała upita sytuacją Małgorzata, trzymająca na kolanach Kocura tego z przeciwka, co ma i rower.
- Co się tu dzieje... - dławiłam się słowami, które nie mogły przebić się przez gulę cisnącą gardło.
Nikt nie usłyszał. Całość trwała nadal.
- Kto pozwolił wam na przebywanie w moim mieszkaniu... Kim jesteście... - ciężkie słowa z hukiem upadały na podłogę. Zebrani spostrzegli na wpół przepuszczalną, zmęczoną postać.
- Małgorzato. Co tu robicie... - zapytałam odwracając wzrok od zniszczeń.
- Poznaj moich towarzyszy. -zaczęła ochoczo. - Opuściłaś mnie tak nagle, nie byłam pewna kiedy i czy wrócisz. Są naprawdę bardzo mili, nie zrobili mi krzywdy. Przeciwnie, opiekowali się mną. - odparła z malowniczym uśmiechem. - Bardzo się tu zadomowili, mieszkamy raze...
- Zgliszcza. Nazywasz je jeszcze mieszkaniem? Pobojowisko. W nim nie można się zadomowić! - wrzasnęłam na obecnych. Przeraziły mnie ich spojrzenia.
Jednorakie.
Jedne i te same.
Bezduszne.
Bez tchu.
- Wynoście się... - sapnęłam, spuszczając głowę.
poniedziałek, 13 września 2010
CfMdjsk
Tam ciemność staje się moim sprzymierzeńcem. Wpadające gdzieniegdzie refleksy świetlne tworzą tor przeszkód, po którym leniwie sunie biały przyjaciel. Wraz z oparami gorącej herbaty otulają moją zagraconą niepotrzebnymi myślami głowę, porządkują sprawę po sprawie, problem po problemie, marzenie po. Nieskazitelne miejsce dla popieprzonej romantyczki. Mój prywatny przedsionek tego, do czego tak rozpaczliwie chciałabym dążyć. Żyję w błogiej nieświadomości, że dobrze mi taplać się w bagnie ekscytacji, beztroskiego hedonizmu.
"- Posłuchaj, jak cicho. - mówiła do mistrza Małgorzata, a piasek szeleścił pod jej bosymi stopami. - Słuchaj i napawaj się tym, czego nie dane ci było zaznać w życiu - spokojem. Popatrz, oto jest już przed tobą twój wieczysty dom, który otrzymałeś w nagrodę. Widzę już okno weneckie i dzikie wino, które wspina się aż pod sam dach. Oto twój dom, oto twój wieczysty dom. Wiem, że wieczorem odwiedzą cię ci, których kochasz, którzy cię interesują, ci, co nie zakłócą twojego spokoju. Będą ci grali, będą ci śpiewali, zobaczysz, jak jasno jest w pokoju, kiedy palą się świece. Będziesz zasypiał z uśmiechem na ustach. Sen cię wzmocni, przyjdą ci po nim do głowy mądre myśli. I już nie będziesz umiał mnie wypędzić. Ja zaś będę strzegła twojego snu." - przeczytałam na głos. - Piękne, co?
Nikt mi nie odpowiedział, Małgorzata odpłynęła daleko w bezpiecznej asekuracji stęsknionych ramion.
Mąci, oj mąci niespokojne me elektronowe myśli. Trzęsą się fundamenty mego jeszcze w stanie surowym świata dwa na dwa na dwa. Mówisz, rozbudować?
"- Posłuchaj, jak cicho. - mówiła do mistrza Małgorzata, a piasek szeleścił pod jej bosymi stopami. - Słuchaj i napawaj się tym, czego nie dane ci było zaznać w życiu - spokojem. Popatrz, oto jest już przed tobą twój wieczysty dom, który otrzymałeś w nagrodę. Widzę już okno weneckie i dzikie wino, które wspina się aż pod sam dach. Oto twój dom, oto twój wieczysty dom. Wiem, że wieczorem odwiedzą cię ci, których kochasz, którzy cię interesują, ci, co nie zakłócą twojego spokoju. Będą ci grali, będą ci śpiewali, zobaczysz, jak jasno jest w pokoju, kiedy palą się świece. Będziesz zasypiał z uśmiechem na ustach. Sen cię wzmocni, przyjdą ci po nim do głowy mądre myśli. I już nie będziesz umiał mnie wypędzić. Ja zaś będę strzegła twojego snu." - przeczytałam na głos. - Piękne, co?
Nikt mi nie odpowiedział, Małgorzata odpłynęła daleko w bezpiecznej asekuracji stęsknionych ramion.
Mąci, oj mąci niespokojne me elektronowe myśli. Trzęsą się fundamenty mego jeszcze w stanie surowym świata dwa na dwa na dwa. Mówisz, rozbudować?
piątek, 3 września 2010
Musisz mi pomóc.
Wschód Słońca jak codzień zabrał mgliste wspomnienie sennego marzenia, wymieniając je na strach, lęk przed nadchodzącą chwilą. Wszystkie wydarzenia mające miejsce już gdzieś w bliskiej, czy odległej przeszłości przewijały się przeze mnie z, czy bez mojego udziału. Zdałam sobie sprawę, że nie mam już wpływu na nic ani na to co mnie otacza, ani na to co mnie dotyczy. Chciało się rzec 'pierdolę to wszystko', rozebrać się do naga, zanużyć w gęstej zielonej trawie i zaprosić jednego z moich dwudziestu przyjaciół. Oni nigdy nie nachodzą mnie bez potrzeby, ale zawsze są na wyciągnięcie ręki, na jednorazową chęć, na prośbę złaknionych ust.
Ale tym razem przez niewielkie przestrzenie mojej biednej głowy przebłysnęła niebezpiecznie optymistyczna myśl, która faszerowała każdą tkankę wytrwałością w walce o swoje. Wstrząsnęło to moim światem dwa na dwa na dwa. Biegłam ile sił w nogach, wiatr oczyszczał moją głowę z przesytu myśli, jednak resztek po napadzie trwogi nie zdołał przepędzić PRECZ!
Leżała na wyraźnie wyklepanej już polance, jej oczy były szeroko otwarte, jakby dekodowały rozsyłane przeze mnie rozpaczliwe prośby o pomoc.
- Wstawaj Gocha. - powiedziałam rozkazującym tonem.
- Co tym razem?
- Pomoż mi proszę. Ja naprawdę nie potrafię już się tym cieszyć. Bądź przy mnie, kiedy to się będzie działo. Jesteś w tym lepsza, masz w sobie siłę, której mi brakuje. Proszę cię, Małgorzato. - wyrzuciłam, przy czym obficie nawilżyłam swoje oczy.
Ona po prostu przylgnęła do mnie.
Ale tym razem przez niewielkie przestrzenie mojej biednej głowy przebłysnęła niebezpiecznie optymistyczna myśl, która faszerowała każdą tkankę wytrwałością w walce o swoje. Wstrząsnęło to moim światem dwa na dwa na dwa. Biegłam ile sił w nogach, wiatr oczyszczał moją głowę z przesytu myśli, jednak resztek po napadzie trwogi nie zdołał przepędzić PRECZ!
Leżała na wyraźnie wyklepanej już polance, jej oczy były szeroko otwarte, jakby dekodowały rozsyłane przeze mnie rozpaczliwe prośby o pomoc.
- Wstawaj Gocha. - powiedziałam rozkazującym tonem.
- Co tym razem?
- Pomoż mi proszę. Ja naprawdę nie potrafię już się tym cieszyć. Bądź przy mnie, kiedy to się będzie działo. Jesteś w tym lepsza, masz w sobie siłę, której mi brakuje. Proszę cię, Małgorzato. - wyrzuciłam, przy czym obficie nawilżyłam swoje oczy.
Ona po prostu przylgnęła do mnie.
Coś niepokojącego było w tym poranku.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
