poniedziałek, 30 maja 2011

something inside me surrenders.

Earl Graya się nie słodzi. Nawet miodem. - pomyślałam, sięgając po żółty kubek z herbatą, stojący na kuchennym blacie obok cukierniczki. Przysunęłam go do ust, delikatnie dmuchnęłam weń, po czym wzięłam małego łyka. Przełknęłam. Językiem przetarłam po podniebieniu. W sam raz - pomyślałam. Skierowałam się w stronę drzwi prowadzących do przedpokoju. Pchnęłam je prawym biodrem. Niosąc kubek, ostrożnie stąpałam po świeżo umytym parkiecie. Nieprzyjemna woń detergentu, mieszała się z aromatem ulubionej herbaty. Zmarszczyłam nos, usta wygięłam w natychmiastowym grymasie, cichutko szepnęłam - fuj. Dreptając po malutku w stronę pokoju, studziłam herbatę dmuchając do kubka. Ja owszem, ale ona nie lubi gorącej. Położyłam dłoń na klamce, po czym zacisnęłam i rozluźniłam palce dwa razy, aż w końcu powoli otworzyłam drzwi. Promienie słoneczne przebijające okno na wprost niej, malowały na jej gładkim ciele jasne ścieżki. Skóra rozprężona, zaróżowiona, w niczym już nie przypominała wygniecionej, wytartej warstwy. Kości bioder zarysowywały się przy podbrzuszu, wypychały miednicę do tyłu. Miękkie uda były na wpół przykryte prześcieradłem. Stopy delikatnie sunęły po powierzchni prześcieradła. Ręce uniesione nad jej głową zasłaniały słońce, a na jej białą twarz cień rzucało dziesięć wąskich palców. Po przeoranym paznokciami ciele nie było już śladu. Odwróciła głowę w moją stronę. Tęczówki błysnęły dawnym błękitem.
- Dzień dobry. - powiedziała cicho.
- Przyniosłam ci herbatę. - odpowiedziałam niepewnie. Nie wiedziałam, czego się dzisiaj spodziewać.
- Dziękuję. To bardzo miłe z twojej strony. - rzuciła i znów skierowała wzrok ku dłoniom. Nic tu po mnie -pomyślałam.
- Opowiedz mi bajkę. - poprosiła, przymykając powieki, składając ręce na brzuchu.
- Bajkę? - zapytałam, trzymając już rękę na klamce.
- Tak. Opowiedz mi bajkę na dzień dobry.
- Przecież tak się nie robi. Bajki opowiada się na dobranoc. Żeby się dobrze spało... i może coś ładnego przyśniło. - odpowiedziałam nieskładnie.
- A ja chciałabym żeby dobrze mi się wstało i coś ładnego przeżyło. - zaśmiała się cicho. A ja stałam jak głupia przed drzwiami, którymi mogłam czmychnąć; przed Małgorzatą, od której nie mogłam odejść.
Podeszłam więc do niej i usiadłam na skraju łóżka.
- Ale wiesz, że nigdy nie stworzyłam szczęśliwego zakończenia?
- To się okaże.

Semilia jak każdego ranka, położyła obie dłonie na tafli owalnego lustra. Przesuwała długimi, białymi palcami po delikatnej powierzchni, niektóre miejsca naciskając mocniej opuszkami. Wbijając oczy w odbicie, rozchylała lekko różowe, pełne wargi. Jej skóra nie dawała oznak najmniejszego napięcia. Złote, pofalowane włosy opadały na jej gładkie ramiona. Sięgająca do ziemi, biała suknia z jedwabnego muślinu, prosto układała się na jej drobnym ciele. Rozpraszające się promienie porannej jutrzenki tworzyły wokół niej błyszczącą aureolę. Długie, ciemne rzęsy, niczym szczoteczki usuwały sprzed jej bladobłękitnych oczu unoszący się w małej komnacie kurz. Trwała w zachwycie. Jak każdego ranka.

- To ja jestem tą Semilią? - zapytała Małgorzata.
- Nie, cicho bądź. - mruknęłam.

Przed kilkunastometrową, kamienną wieżą stał Książę. Ręce miał skrzyżowane na piersiach i z nieprzyjemnym grymasem na twarzy spoglądał w górę, w małe strzeliste okno. Słońce wznosiło się coraz wyżej po nieboskłonie. Przymykał co rusz zmrużone powieki. Potrząsnął głową, po czym zacmokał dwa razy. Kłusem podbiegł do niego siwy, zaprzężony rumak. Dużym łbem zaczął szturchać jego ramię. Książę opuścił głowę i poklepał go mocno po szyi. Szybkim susem wskoczył nań, wykonał kilka mocnych uciśnień i skierował konia w przeciwną stronę. Podczas galopu zwierzę wierzgało radośnie łbem, starając się wyrwać wodze jeźdźcowi. Rżało co rusz, a jego czarne oczy iskrzyły, prosząc o zabawę. Jednak nasz Książę wcale nie był skory do rozrywek. I mimo iż dzisiejszy wieczór miał spędzić w towarzystwie pięknych dam z pobliskich posiadłości, jego myśli wciąż oplatały kamienną wieżę. Przemieszczał się wąską ścieżką wzdłuż zielonego uroczyska. Słońce przebijało się między gałęziami drzew, rzucając na drogę jasne refleksy. Powietrze już dawno przeszło zapachem świeżego, wilgotnego mchu. W oddali, między migającymi drzewami, stała drewniana, zniszczona chatka. Nieopodal niej płynął leniwie szemrzący strumyk z czystą wodą. Opuścił niewzruszony to piękne miejsce. Kłusował na rumaku do swojej letniskowej posiadłości.

- Teraz pojawi się Mędrzec?
- Słuchaj, bo się wkurzę.

- Co to za wieża, znajdująca się na skraju polany, za lasem? - zapytał Książę pazia, podając mu wodze.
- Och, panie, nie warto się interesować tą historią. - odpowiedział chłopiec.
- Skoro pytam, to znaczy, że warto. Nie tobie jest to oceniać. - warknął.
- Oczywiście, panie. - skinął posłusznie głową.
- Milcz.
- Jak sobie życzysz, panie.
- Mówże, głupcze! - krzyknął zirytowany.
- Ależ panie, kazałeś mi się nie... - jąkając, starał się odpowiedzieć. Książę trzepnął chłopaka po głowie.
- A podobno jest tu z ciebie jakiś pożytek. Opowiedz mi tę historię. - powiedział Książę, biorąc się pod boki.
- Przez jakiś czas okolice te zamieszkiwał bardzo mądry, stary, acz tajemniczy człowiek. Na imię mu było Nafael. Mówiono między sobą, że posiadł on wiedzę magiczną. Ale kto to tam teraz wierzy w jakieś czary-mary...
- Do rzeczy... - niecierpliwił się Książę.
- No właśnie. Jakiś czas temu do naszego lasu dotarły dwie wędrowniczki. Wycieńczone długą drogą w pełnym słońcu, w brudnych postrzępionych suknach. Po drugiej stronie strumienia, z którego piły, stał Nafael i przypatrywał im się cały czas. Tak jak podejrzewał, były to matka z córką. Odeszły z rodzinnego miasteczka, bo gdy umarł jedyny żywiciel rodziny, nie mogły wiązać końca z końcem. Wówczas Nafael przygarnął kobiety do swojej chatki. Po kilku dniach starsza kobieta zmarła. Na następny dzień na skraju polany pojawiła się ta wysoka, kamienna wieża i nie wiedzieć czemu, Nafael zamknął w niej tę młodszą. Po tym wszystkim sam zniknął, od tamtego momentu już myśmy go nie widzieli.
- Czemu stamtąd po prostu nie ucieknie? - zapytał Książę, marszcząc brwi.
- A przyglądałeś się uważnie tej wieży, panie? - odpowiedział pytaniem paź.
- Oczywiście, że tak.
- Panie, a czy spostrzegłeś, że do owej wieży nie prowadzą żadne drzwi?
- Ach, czyli tamto dziewczę imituje księżniczkę, zamkniętą we wieży? - zaśmiał się szyderczo Książę.
- Dziewczę? - zapytał wyraźnie zdziwiony paź. - Panie, jesteś w stanie sobie wyobrazić najpiękniejszą, najdelikatniejszą i najczystszą kobietę, która kiedykolwiek stąpała po ziemi? Przy dziewczynie, zamkniętej w tej wieży, może ona się wydawać jedynie wiejską pastereczką.

- Książę potem już przez cały czas będzie myślał o Semilii, prawda?
- Słuchaj, Niewielka. Kto tu opowiada bajkę?
- No dobra.

Książę przez cały czas trwania spotkania wydanego na jego cześć, analizował pozyskane informacje. Gdzieś pomiędzy myślami umykały zalotne spojrzenia okolicznych panien, śmiałe gesty wytwornych dam. Książę dzisiaj tanga nie zatańczy. - pomyślałam. Przeprosił zgromadzonych gości, po czym udał się do swojej komnaty, by nie spać całą noc.
Następnego ranka, bardzo wcześnie, udał się tą samą trasą przez las na skraj polany, by bardziej przyjrzeć się niezwykłej dziewczynie. I zastał ją tak, jak poprzedniego dnia, w tej samej pozie, zastygłą przed lustrem. Zeskoczył z konia i otrzepał się z kurzu. Podniósł głowę wysoko. Dostrzegł, jak dziewczyna zrywa się z siedzenia i dotyka powierzchni lustra całymi dłońmi. Przywiera całym ciałem do tafli, usilnie gładząc krawędzie. Paznokcie ślizgają się po odbiciu.
Wariatka, nie księżniczka. Jak bardzo próżną trzeba być... - pomyślał. Domyślił się, dlaczego mag zamknął dziewczynę. Popatrzył na nią jeszcze przez moment. Zacmokał dwa razy. Koń z zieloną śliną na pysku zaraz pojawił się obok niego. On znów poklepał go mocno po szyi, splunął i wsiadł na jego grzbiet. Spojrzał jeszcze raz w stronę okna i jego oczom ukazał się zdumiewający widok. Oto i dziewczyna oderwała się od lustra i podbiegłszy do okna, wyjrzała na zewnątrz. Rozedrgane dłonie oparła o krawędź okna, rozchyliła mocno usta, nie wydobywając z siebie żadnego dźwięku. Nie patrzyła ani na Księcia, ani na rozległy las. Patrzyła w słońce. Dopiero wtedy Książę dostrzegł jej piękno. Dostrzegł jej smukłą sylwetkę, zwiewną białą suknię przylegającą do drobnego torsu, złociste loki oplatające jej delikatną, jasną twarzyczkę. Dostrzegł jej tęsknotę i ufność wobec światła. Wpatrywał się w nią w bezruchu. Tylko nagły wiatr zmierzwił grzywę jego rumaka.

- Gdzie mieszka ten Nafael?! - wykrzyknął chłopakowi prosto w twarz Książę.
- Panie, nie ściskaj tak mocno! - pisnął paź, próbując się oswobodzić z silnego uścisku.
- Na litość boską, mów, gdzie on jest. - powiedział stanowczo, puszczając ramiona chłopca.
- Jego tutaj nie ma, panie, mówiłem przecie! - wystękał ze łzami w oczach.
- Skrócę cię o głowę, zobaczysz! Gdzie jest ta jego chatka?!
- Na skraju uroczyska... - odpowiedział i opadł z sił.
- Hej, ty tam! - krzyknął do jednej z kobiet - Zajmij się nim! - i wskoczył na rumaka.
Na przestrzał przez las echo niosło głośny tętent kopyt. Cienkie gałęzie smagały go po twarzy, liście i owady wplątywały we włosy, a bryzgająca, wilgotna ściółka plamiła jego bogaty strój. Dla niego nie miało to żadnego znaczenia. Miał tylko jeden cel - znaleźć się przy dziewczynie z wieży. Zza drzew zaczęła się powoli wyłaniać malutka, zniszczona chatka, której drewniane deski były porośnięte mchem. Książę zeskoczył z konia, podbiegł do drzwi i mocno pchnął je do środka. Drewno było już tak bardzo spróchniałe, że część drzwi ułamała się. W środku panowała ciemność. Wszedł do środka i ujrzał tam wysokiego, chudego starca z orlim nosem i zielonymi, błyszczącymi oczami. Wstrzymał na chwilę oddech.
- Młodzieńcze, dlaczego zniszczyłeś mój dom? - zapytał ciepłym tonem, jak gdyby Książę prawie że nie wyważył całych drzwi wejściowych.
- Czy ty jesteś Nafael? - zapytał.
- Tak, oto ja. - odpowiedział, skinając głową.
- Wypuść dziewczynę z wieży. - rzekł stanowczo.
Staruszek spojrzał na niego podejrzliwie. Uśmiechnął się, przymknął powieki i zaczął gładzić swoją długą, siwą brodę.
- Mój Książę, nie rozumiesz, dlaczego zamknąłem tam Semilię.
- Chcę, żeby była wolna. Widziałem, jak tęskni do świata i wolności. - zaprotestował.
- Nie mogę jej stamtąd wypuścić. Jeśli to zrobię - ona zginie. To nie jest świat, w którym mogłaby czuć się bezpiecznie.
- Więc przyprowadź mnie do niej. Chcę być obok niej.
- Do takiego poświęcenia może być zdolny tylko ten, który pokochałby ją nade wszystko...
- Jestem nim.
- Albo ten, który nie jest w stanie nic zrozumieć. Godzisz się na wszelkie trudności byleby...
- Jest taka... Jasność bije z jej głowy, ciepło z serca. Jak można nie kochać piękna? Piękna w najczystszej postaci!

Semilia zwrócona w ciemny kąt, skrywała twarz w dłoniach. Nie stanowiło to różnicy. Wokół niej od samego początku była tylko czerń. Pustka, której pokonywanie nie ułatwiało nawet wyciąganie rąk po omacku. Odwróciła się i intuicyjnie skierowała w stronę lustra. I wówczas stało się coś dziwnego. Dotychczas, gdy spoglądała w nie, mogła zobaczyć każdy zakątek świata, który przez całe życie trwał przed nią w ukryciu. Ale teraz zamiast pustego siedzenia przed lustrem, w tafli odbijał się on. On, którego mogła oglądać przez swoje magiczne zwierciadło, gdy stał przed jej wieżą. Którego obserwowała nieustannie od chwili ich pierwszego spotkania. Którego dotykała, pieściła, obsypywała pocałunkami. W którego się wtulała, lecz w zamian otrzymywała tylko chłód twardej tafli lustra. Teraz i on uderzał pięściami w szklany mur. Obydwoje przyparli do niego, uderzając mocno zaciśniętymi pięściami gdzie popadnie, w taflę, w ramę, rozdrapując i wgryzając się w niewidoczną granicę. Semilia powoli zaczęła opadać z sił. Osunęła się, padając na kolana, spuściła głowę i oparła brodę o krawędź ramy. Jej dłonie dotykały miejsca, o które po drugiej stronie lustra Książę oparł spocone czoło. Wpatrzony w jej blado-niebieskie tęczówki zrozumiał, że starzec zamknął ją przed światem, tworząc tym samym bezpieczny azyl, z którego mogła poznawać życie choć w części. Tutaj nic nie mogło skrzywdzić tak bardzo nieświadomego siebie piękna. Z oczu Księcia zaczęły płynąć wąskim strumieniem łzy. Semilia poniósłszy swoje zapłakane oczy, zaczęła ocierać jego odbicie. On muskał ustami jej wilgotne policzki. Książę otarł swoje wargi i spostrzegł, że są mokre. Spojrzał gwałtownie w stronę dziewczyny. Klęczeli przed sobą dotykając dłońmi swoich twarzy. Na kamiennej ścianie komnaty już nie było lustra.
- Zniknęła granica was dzieląca, ponieważ pojęliście waszą tajemnicę. - zaświszczał znajomym głosem wiatr.
Wstali z kamiennej podłogi. Patrzyli w swoje ciemnoniebieskie tęczówki, które wtórowały roześmianym wargom. Oboje stali na środku zielonej polany, którą otaczał las.

W chatce panował półmrok. Po wpadających przez szpary w drzwiach smugach światła wspinały się cząsteczki kurzu. Nafael stał na środku pomieszczenia, trzymając w jednej ręce lustro. Wpatrywał się w nie, przyglądając się z zainteresowaniem całemu przebiegowi wydarzeń. Uśmiechnął się delikatnie, gładząc swoją długą, siwą brodę. Kto kocha, ten wierzy w niemożliwe. - pomyślał, po czym uniósł lustro nad głowę i z siłą rzucił nim o drewnianą podłogę. Lustro roztrzaskało się na trzysta sześćdziesiąt pięć drobnych kryształków.

- Koniec.
- A żyli długo i szczęśliwie?
- Oczywiście.
- Dziękuuuję - przeciągnęła Małgorzata Niewielka, odkładając na szafkę nocną kubek po herbacie.






A Wielki Bal trwa. Już ponad rok ;)

sobota, 14 maja 2011

Gdy poruszę się, to po mnie.

Na wstępie chciałam zaznaczyć, że ja pierdolę takie pisanie, kiedy przez nieudolność w działaniu serwera, zostają usunięte wersje robocze moich postów.
Tak, to jest powód. Zatrzęsę i zapłaczę się na śmierć, pisząc to wszystko od początku.
Kur.

*

Za oknem istna wiosna. Ciepło. Słonecznie. Przyjemnie. W krótkim rękawku i z butelką chłodnej wody mineralnej w torbie. Przed oknem, zupełnie na odwrót. Biednemu zawsze chłód w serce.

Czy potrafię powiedzieć to raz jeszcze? Już wyduszenie z siebie tego za pierwszym razem wiele mnie kosztowało…
Urządziłyśmy sobie z klepsydry piaskownicę. Pozornie byłyśmy od siebie daleko, nawet nie zauważyłam, kiedy dorosłaś. Jak dobrze wiedzieć, że mimo przesypanego piasku, nadal jesteśmy do siebie tak obrzydliwie podobne. Droga J, nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić, jak bardzo Ci zazdroszczę. Potrafiłaś uczynić się szczęśliwą, nawet przez najkrótszy moment. Potrafiłaś uchwycić cząstkę tej bliskości i dzielić się nią, i czerpać z niej tak wiele, i tak długo, jak to było możliwe. I choć to tęsknota do czegoś, co nieosiągalne, cieszę się, że ci się udało. Przyglądałam się twoim ustom, dłoniom, nozdrzom, wciągającym łapczywie różane powietrze. I tylko patrząc w twoje oczy, mogłam zatopić się w najwierniejszym zwierciadle moich źrenic.
A przecież nie istnieje nic, co by nie było warte spróbowania. Położyłam się w łóżku i wtuliłam w odpowiednio ułożoną pościel. Całe szczęście, że mój słomiany zapał uaktywnia się właśnie w takich momentach... A może nie?

W powietrzu cuchnie złotą rybką.

*

To zawsze są historie o mężczyznach i kobietach!
Dobrze, co bym nie zapętliła się przed samą sobą…

Podjeżdża punktualnie. Swoim granatowym Volkswagenem zajmuje wolne miejsce parkingowe. Gasi silnik, ale nie wyłącza zapłonu. Krótkie światła padają na drzwi wejściowe do klatki schodowej. Włącza oświetlenie obok lusterka. Gaszę lampkę przy biurku, przyglądam mu się. Jak zawsze nad wyraz elegancki, idealnie wpasowany we własny krój. Nie odpina pasów. W lusterku wygładza ołowiany krawat. Zbyt obyty, by oznajmić swoje przybycie trąbieniem, czy też wyjściem i oparciem się o maskę samochodu, i zarazem zbyt powściągliwy, by podejść po mnie, aż pod same drzwi. Odchodzę w pośpiechu od okna, zostawiam niedbale rozsunięte zasłony. Kierunkuję swój bieg obkręcając się przy framudze drzwi. Po ciemku z trudnością staram się nie przydzwonić żadną częścią ciała w białe ściany w ciasnym przedpokoiku. Szybko wkładam lakierowane buty. Wiązanie sznurowadeł przychodzi mi z wielką trudnością z winy wilgotnych dłoni i drżących palców. Intuicyjnie wyciągam klucze z zamka. Otwieram drzwi, chwytam srebrną marynarkę z lśniącego materiału, lecz ta uparcie trzyma się wieszaka. Zrywam ją gwałtownie. Usuwam na wpół oderwaną metkę i wychodzę z mieszkania. Po omacku staram się włożyć klucz do dziurki. Udaje się, przekręcam zamek ‘na dwa’. Zbiegam ze schodów do wysokości pierwszego piętra. Zwalniam, wkładam wytaliowaną marynarkę, oddychając przy tym głęboko. Wygładzam klapy i rękawy. Przeczesuję lewą ręką włosy, prawą dłoń kładę na krawacie. Uśmiecham się. Wyobrażam sobie, jak pomagam mu wiązać krawat. Jego dłonie przylegają do moich smukłych palców, zwinnie zawiązujących węzeł półwindsorski. Muskam nieostrożnie jego szyję… Tymczasem dochodzę już do drzwi wyjściowych. Naciskam klamkę, uchylam drzwi i wciskam się w przestrzeń między nimi, a ścianą budynku. Razi mnie światło lamp samochodowych. Machinalnie zakrywam oczy dłonią. Wieczór byłby atmosferycznie całkiem znośny, gdyby nie wiatr, który od razu mierzwi moje włosy. A przecież to nie jego porywistości dziś oczekuję. Idę ku niemu, wkładam wolną rękę w kieszeń ciemnych spodni, staram się ukryć moje zdenerwowanie. Moje oczy przyzwyczajają się do światła, na zewnątrz dopiero się ściemnia. Nie widzę, jak wstrzymując na chwilę oddech, wpatruje się w moją jasną sylwetkę. Otwieram drzwi, wsiadam do środka i zatrzaskuję je za sobą. Patrzę przed siebie, szamocząc się z pasami. W końcu udaje mi się je zapiąć. Opamiętuję się po chwili i wyciągam dłoń w jego kierunku.
- Dobry wieczór. – mówię. On spogląda to na mnie, to na moją otwartą dłoń. Uśmiecha się minimalnie. Jego oczy są ciepłe.
- Witaj. – odpowiada miękko. – Przepraszam, za te światła.
Podaje mi rękę. Utrzymując przez chwilę nieznaczny uścisk, gładzi delikatnie kciukiem moją skórę. Nie wiem, jak odczytać ten gest, do czasu, gdy wysuwając rękę, przesuwa palcami po wewnętrznej stronie mojej dłoni. Zastanawiam się, czy w innych sytuacjach też jest tak subtelny. Splatam palce, kładę ręce na kolanach. Przekręca klucz, odpala silnik. Ruszamy. Podczas jazdy niewiele rozmawiamy. Z początku pyta, co u mnie i jak mi idą przygotowania do sesji, i mimo iż odpowiadam dość zachęcająco, on nie podejmuje dłuższej rozmowy. Zaczynam wyczuwać wolno narastające napięcie. Za szybą rytmicznie migają sosny. Zerkam ukradkiem w jego stronę. Twarz ma rozluźnioną, skupia się na prowadzeniu samochodu, jednakże twarde ręce mocno ściskające kierownicę, burzą cały spokój jego ciała. Przyglądam się jego opalonej skórze i włosom, które zdążyły rozjaśnić promienie późno-wiosennego słońca. Wyobrażam sobie, jak sunę palcami wzdłuż jego rąk, zaciskam dłonie na jego silnych, szerokich ramionach. Nasze przylegające do siebie klatki piersiowe unoszą się w jednym rytmie przyspieszonych oddechów. Kieruję ku niemu twarz, by być jeszcze bliżej… Wówczas słyszę przeraźliwy pisk opon, siła hamowania gwałtownie wyrzuca moje ciało do przodu. Pasy wżynające się w moją skórę z powrotem przygwożdżają mnie do fotela. Otwieram, przedtem mocno zaciśnięte powieki. Słyszę, jak dyszy. Jest cały spięty, nienaturalnie wyprostowany wbija się w siedzenie. Szeroko rozwartymi oczami patrzy na drogę. Zaniemawiam.
- Nie wiem, co to było. – mówi z trudem, cicho. - Zdawało mi się, że coś… jakieś zwierzę przebiega przez drogę… - duka. Odwracam głowę w jego stronę. Jest przerażony.
- Tak się bałem, że mogło… Ci się coś stać. – szepcze, przerywając strumieniami wydychanego powietrza. Jego źrenice pokrywają się szklaną powłoką. Po raz pierwszy, będąc tak przestraszonym, czuję nagłą falę uderzeniową szczęścia o głębokim zasięgu. Luzuję pasy i przechylam się w jego stronę. Kładę rękę na jego prawym ramieniu, wtulam czoło w to miejsce.
- Nic złego się nie stało. Po wszystkim. – mówię, spinając mięśnie twarzy. Czuję jak zaczyna gładzić wydzielane przez siebie kępki moich włosów.
- Już w porządku.

*

Rozcieńczam Martini Spritem w proporcjach 1:2, po czym podaję szklankę chłopakowi.
- Tylko załatwię sprawę z Elizą i zaraz do ciebie przychodzę. – mówię, uśmiechając się. Widzę, że nie chce, bym odchodził nawet na krok. Nie czuje się swobodnie w nieznanym towarzystwie. Nie dziwię się, mi też trudno by się było odnaleźć wśród starszych ludzi, zwłaszcza za pierwszym razem. „Chłopak jest inteligenty, w razie czego poradzi sobie” – myślę i odchodzę, by znaleźć Elizę. Przychodzi mi to z łatwością, stoi przy kominku, otoczona wianuszkiem chichoczących nad wyraz głośno, a zarazem irytująco koleżanek. Zaczynam iść w ich kierunku, pewnym, prężnym krokiem. Ku mojemu zaskoczeniu, kokiety odstępują od niej, odsłaniając całą jej sylwetkę. Ona prostuje się automatycznie, wypina do przodu małe piersi, opięte dopasowaną, czarną, satynową sukienką. Mimo iż materiał sięga przed kolano, wiem, że skrywa pod nią czarne, delikatne pończochy. Zwykła je wkładać na ważniejsze okazje. Kładzie ręce na biodrach, a jej długie, kasztanowe loki, opadają zalotnie na lekko uniesione ramiona. Unosi prawą brew i wydyma lekko usta.
- Od liceum jesteś tak okropnie zmanierowana… - mówię, stając przed nią.
- Od liceum starasz się strzyc wszystkich swoją błyskotliwością. – odpowiada, wznosząc oczy ku górze. Zagrać w tę gierkę ostatni raz?
- Sugerujesz, że się stępiłem? – pytam zaczepnie.
- Sugeruję, że jeszcze się nie naostrzyłeś. – odpowiada, przechylając się w moją stronę.
Chwytam ją za rękę i delikatnie przysuwam jej dłoń do moich ust. Łapię się na tym, że zerkam w tym czasie w stronę młodego. Siedzi na czerwonej, skórzanej kanapie, popijając drinka. Patrzy w naszym kierunku. Otrząsam się, po czym odsuwam od twarzy niemuśniętą dłoń Elizy.
- Gratuluję. – dodaję.
- Och, jest czego. I kogo. – dodaje śmieszny, ubrany w czarną koszulę i siwe spodnie od garnituru facecik, znalazłszy się nawet nie wiem w którym momencie u boku kobiety. Całuje ją w ucho i kładzie swoją dłoń na jej okrągłym, wyraźnie zarysowanym podbrzuszu. Eliza strzepuje z siebie jego rękę i karci cicho. Skutecznie, jak się okazuje. Facet od razu pionizuje sylwetkę i przestaje się nieelegancko szczerzyć.
- Tatusia również. – rzucam, po czym odwracam się w przeciwnym kierunku i odchodzę. Takich baranów nawet się nie strzyże… Spoglądam w kierunku kanapy i dostrzegam całującą się parę.
Serce mi staje dęba.
Zamykam powieki, rozcieram kąciki oczu kciukiem i wskazującym palcem. Przecież to nie on. Zdaje się, że bardzo negatywnie odbijają się na mnie dzisiejsze wydarzenia. Szukam wzrokiem w pomieszczeniu czarnej koszuli i srebrnego krawarta… Są. Siłą zaciągane na parkiet przez jakąś dziewczynę, wyraźnie będącą w stanie lekkiego upojenia alkoholowego. Chłopak zapiera się ze wszystkich sił, w myślach już dawno pewnie czmychnął na najwyższą półkę regału, byleby jej żylaste ręce nie próbowały go więcej obejmować w talii. Przyglądam się tej sytuacji, przygotowując sobie podobnego drinka, co chłopakowi, tylko w innych proporcjach. Kiedy dziewczyna zaczyna ostentacyjnie ocierać się o jego krocze, on daje za wygraną, przeprasza ją i odchodzi. Ona próbuje go zatrzymać, ale on już stanowczo odrywa ją od siebie. Poprawił mi humor. Podchodzę do niego szybko i obejmuję jego ramię.
- Naprawdę nie wiem, który z nas bawi się tu lepiej. – mówię, szczerze uśmiechając się. Chłopak patrzy na mnie wielkimi, brązowymi oczami i po chwili wybucha śmiechem.

*

Leżą obok siebie na rozłożonej, zamszowej kanapie w gościnnym pokoju, na pierwszym piętrze w domu gospodarzy całej tej schadzki. Miała mieć ona charakter radosnej uroczystości w gronie najbliższych, ale jak się rozwinęła, tak się rozwinęła. Feliks i Artur już dawno stracili ochotę na zabawę w takim towarzystwie. Artur, u boku Feliksa leczy traumę, w którą wpędziła go przed kilkunastoma minutami bardzo chętna nieznajoma. Feliks, u boku Artura, próbuje się bronić przed napastującym wzrokiem swojej byłej. Na podłodze leżą dwie marynarki i dwie pary czarnych, męskich pantofli. Światło z lampy stojącej w rogu oświetla podnoszącego się Artura, który rozwiązuje swój krawat. Feliksa, jest już poluzowany, rozpięty też jest kołnierz jego białej koszuli. Przez cały czas gładzi Artura po prawym udzie. To dekoncentruje Artura. To działa na niego do tego stopnia, że na najbliższą godzinę gotów jest stracić swoją już opadającą lekko głowę.
- Myślisz… Że moglibyśmy pójść razem do łóżka? – pyta niepewnie Feliksa.
Feliks przestaje gładzić go po nodze, prostuje palce, dotyka go teraz całą powierzchnią dłoni. W pomieszczeniu zapanowało długie, ciągnące się niemiłosiernie milczenie. A przecież w samym jego środku trwa potężna wewnętrzna walka.
- Nie. – odpowiada w końcu Feliks.
- Może masz rację. To za dużo by zmieniło. – rzuca szybko chłopak.
- Nie wiem. Może. – odpowiada, niewzruszony.
- Poza tym jesteś moim instruktorem i… tak nie można. – ciągnie smutno.
- Wszystko można. To, że nadal byłbym szkolącym cię ratownikiem, w niczym by nam nie przeszkadzało.
Artur spuszcza nogi na podłogę, siada na kanapie. Ze splecionymi palcami, rękoma opartymi na udach i pochyloną głową. Rusza nerwowo palcami u stóp.
- Więc do cholery, dlaczego nie? – pyta rozdrażniony, nie patrząc w stronę Feliksa.
Feliks prostuje się i przysuwa się do niego.
- W jaki inny sposób miałbym ćwiczyć swoją siłę woli, która i tak już stoi na krawędzi? – szepcze. Przysuwa twarz do szyi Artura. Zamyka oczy i ciężko przełyka ślinę. Strumień gorącego, wydychanego powietrza kieruje na obojczyk chłopaka. Jednym tchnieniem wypisuje na powierzchni jego skóry cały alfabet Braille’a.

*

A tymczasem Małgorzata Niewielka odwraca się na drugi bok.