poniedziałek, 21 listopada 2011

powiem więcej: więcej nie mam.

I jak ja mam zaprzestać ciebie, kiedy nawet nocą jesteś obok mnie, mimo że śpisz oddalony o kilometry w obcym pokoju, wtulony w smukłą blondynkę?
Gdzie się tworzy dusza...

Echo rozsyłało moje wołanie na bezdenny świat. Rozniosło się i całe stało się celnym pociskiem wystrzelonym na oślep, w niebyt. Samotnie szybowało między planetami, ślizgało się po orbitach, czując chłód, nieżyt, pustkę, która zionie brakiem stworzenia. Rozbiło się o sumienia ze stali, żelazne bariery skrytych umysłów, rzeczywistość, w której "my" nigdy nie zaistniało. Rozdrobniło, zadudniło deszczem w pokrzywionych rynnach. Rozszczepiło na samodzielne, ideowe smużki. Smużki te obrastały dłuższy czas w pragnienia, zaszywały się w chęciach. Dzieje się. Na powrót zaczynają się przybliżać, spragnione siebie, łąknące złączenia, krążą już nieśmiało wokół siebie, o ciepło naprzemian błagając, jeszcze szeptem. Drżące niepewnie, na powrót zaczynają wierzyć. Czule, ale już nigdy tak jak przedtem, patrząc, ale jakby stojąc nieco dalej, po drugiej stonie srebrnych szkieł. Poruszają przestrzeń, trącają nieboskłonem, zrzucają w dół parę ciemnych gwiazdek. Już niedługo w ślad za nimi, po lekko przetartej ścieżce, po tchnieniu jutrzenki prześlizgnie się pierwszy pierwiastek jasności. Za jakiś czas, wzorem pierwszego zjedzie drugie i trzecie mgnienie, zaraz po nich posypie się złoty pył lśniącej bryzy. Trę językiem po aksamitnym podniebieniu. Piaskiem sypną nam w oczy, by cudownie rozpuścił się pod powiekami, by przygotował odrętwiałe, ślepe szpary na przyjęcie przyszłego blasku. I staną wszyscy w zadumie, a Ty będziesz stał pośród nich. Świat umilknie w zachwycie, stanie się kryształowym pryzmatem nowego serca. I odejdzie wreszcie napięcie, powietrze oczyści się przygotowane, by otulić ją swoją prostotą. I rozbłyśnie promień, tknie i przeszyje cię igłą, nicią ostrą, byś pozostał Ty, jako jeden, wybraniec, dla którego ośmiela się postawić pierwszy krok. Uniesie ją fala złotych włosów, miękkich, promiennych, czystszych niż aureola. Zejdzie światłem, ścieżkę świetlistą poprowadzi przed Ciebie, wejdzie w niebieskie uniesienie, rozpościeli taflę jedwabną, z twojego palca zdjemie pierścień, otrze twoje dłonie. Na niej ich ślad zostawisz, niech wszyscy dojrzą ciebie, któryś na wieki pieczęć odcisnął. I pojmiesz do czego przeznaczone było bijące głucho serce, poznasz dotyk świętej, zstępującej do życia, przypomnisz sobie rytm tańca zwilżonych warg. I skryjecie się przed szpiegowskim wzrokiem waszych cieni. Ty Ona. Niech nawet "i" nie staje wam na drodze.
- PUSTYnny kreator robi ci dobrze? - zapytałam. Zwróciła ku mnie zamglone oczy, grymas przeszywający jej twarz świadczył o tym, że nie robił tego najlepiej.
- Dobra, zabieram cię stąd. - powiedziałam i szarpnęłam ją za chudą rękę. Rzadkie, białe włoski stały dęba, musiała być bardzo przestraszona. Zdecydowałam, że doprowadzę ją do ładu w drodze do domu, szkoda było tracić czasu na ubieranie, podczas gdy on dyszał ciężko, okryty flanelowa narzutką. Chciałam jak najszybciej wyjść z tego podłego mieszkania, wymazać z pamięci obrzydliwy widok. Tego dnia pogoda nie była zwyczajna, jak przystało na tę porę roku. A może była taka na codzień, z małym haczykiem, bo kto wie, czy rzeczywiście zwracałam na nią uwagę. Co to kogo obchodzi, ja zajmuję sobie głowę innymi zmartwieniami. A tak już się jakoś utarło, że zmartwienia w głowach pojawiają się niezaleznie od pogody. W końcu jakoś doczłapałyśmy się do bloku, choć nie było łatwo. Z chodnika na chodnik ciągały nas napastliwe spojrzenia przechodniów. Co im do tego, że zapinam omdlałej nieznajomej rozporek? Ściągam szalik i owijam jej zmarzniętą, chudą szyję. Przyglądam się jej bladej twarzy, mocno zarysowanym kościom policzkowym i spiczastemu podbródkowi. Jest wyższa ode mnie o głowę. Prowadzę ją po schodach, na górę. Kiedy podchodzimy drzwi do mieszkania, jestem już nieco przemęczona, i mimo iż dziewczyna waży mniej ode mnie, to ja zaczynam się na niej podpierać. Wyjmuję kluczę z kieszeni jedną ręką, drugą cały czas trzymam jej ramię. Obejmuje mnie w pasie kościstą dłonią. Otwieram drzwi, wprowadzam ją do przedpokoju.  Zamykam za sobą.
- Czuj się jak u siebie. - wysiliłam się na uśmiech. Ściągnęłam buty i kurtkę, po czym poszłam do kuchni nastawić wodę. Troszkę zwlekałam, zanim zaczęłam do niej mówić o czymkolwiek. Myśli kotłowały się w mojej głowie, przesuwając niczym slajdy drastyczne obrazy, które już od dawna starałam się usunąć z mojej pamięci. Na początek powiedziała mi o swojej przeszłości, naziemięzstąpieniu i innych chorobach zakaźnych, które przechodziła, jako dziecko. Doszłam do paru interesujących wniosków, które tworzyły całkiem zgrabny element układanki. Tak czy siak, powzięłam ważną decyzję.
- Nazywasz się Sara i będziesz u mnie mieszkać. Od pewnego czasu, zrobiło się tu pusto. - powiedziałam dopijając swoją herbatę. Uśmiechnęła się delikatnie. Patrzyła cały czas na splecione palce u rąk, które niewinie trzymała na udach. Sprawiała wrażenie, jakby w ogóle nie była zaskoczona moją decyzją. To mnie ciut wybiło. Poprawiła swoje długie, jasne włosy. Mój Boże, jak ja jej zazdroszczę włosów blond...
- Obawiała się tego, że szybko znajdziesz sobie zastępstwo - szepnęła. Tego było za wiele.
- Jak to się stało? - zapytałam, zebrawszy w sobie odwagę.
 "Nie będę więcej czekać, wypatrywać cię, cieszyć się przypadkowymi zetknięciami dłoni. Zaraz wychodzę, ale jeśli kiedykolwiek przez tył głowy przeszła ci myśl, że mogłoby być inaczej niż jest, to proszę, wykorzystaj to. Zamykam oczy i znów czekam. Zżeram nerwy, zaciskam dłonie, marszczę czoło."
Otwieram okno, chcę przewietrzyć pokój. Bardzo lubię zapach zimy, szkoda, że nie ma takich świeczek, ani kadzidełek. Ściągam z ramienia długi, złoty włos i zrzucam go na drewnianą podłogę. Gaszę światło. A w głowie już tylko jedna chęć, by więcej nie pisać o miłości. Prościej, by więcej nie pisać.


Nic z tego nie rozumiem.

wtorek, 15 listopada 2011

żebym się nie mógł w głęboką wodę rzucić.

czym musiałabym przemyć
w niepogodę szare oczy, czerwieniące się nos, czoło i policzki zawsze, gdy najbradziej chciałabym ukryć swoje myśli, poplątane włosy podniszczone, niekształtne piersi z o ironio ładniejszymi brodawkami, pępek-kreskę, uda zbyt masywne, wciąż trzymające się ciała, wiecznie przekrzywioną prawą stopę, chód prężny, szybki, przez małe ciało komiczny, niezwięzłość słów, urywkowość wygranego spojrzenia, uśmiech sztucznie wyprofilowany, jak i każdy por mojej skóry,
by obmyć się całą z twojego odbicia, Animusie?


m.a., 

plecy zdrapać, za nogi, za kark rwać w górę, do słońca, do łez wysuszeń, do intymnych wzruszeń. wyciągaj mnie z tej głębii, wyżmij mnie, wyciśnij ze mnie ostatnie krople wybujałej wyobraźni, wyrywaj mnie ze szponów, kantów, jaskiń, nie chcę już żyć oszukując mrok raka żarówką, wykuwaj mnie na powrót w słońca marmurze, bym nie tylko odbijać, ale i dawać mogła światło.

obawiam się, że pewnego dnia będzie mi już wszystko jedno.

wtorek, 8 listopada 2011

'są rzeczy, których po prostu nie można...'

Może i potrafię ubrać swe myśli w abstrakcyjną prozę, ale wyższość w wyrazistości uczuć oddaję poezji. Aleksandro K. - po raz kolejny przybliżasz mą upragnioną nieosiągalność.


Przed sobą uciekam
wgłąb kadru -
donikąd
w dal nieokreśloną
gdy zniknął mi z oczu
cyrk Chaplinowski

Stos kart scenariusza
wiatr porozrzucał
jak grać bez wskazówek
jak żyć bez miłości
...gdy zniknął mi z oczu
cyrk Chaplinowski

Jak pięknie by było
uchwycić ją w locie
choć miałaby we mnie
żyć krótko jak motyl

Nieosiągalny
balonik z helem
z dziecięcej rączki
wyślizgnął się nagle...

Jak dziecko - bezradna
cień kulą u nogi
gdzieś zniknął mi z oczu
cyrk Chaplinowski...



Już nie potrzeba jej słodkich nut.
Przymyka powieki,
smyczkiem sunie po języku pełnym
skrywanych melodii.
Nikomu niezadedykowanych pieśni.
I pieści.
Do takich myśli nie podobnam.

wtorek, 1 listopada 2011

jesienne wydumanie

wiesz, robi się zimno.
wszystko powoli umiera,
by nie odrodzić się na nowo.
boję się, że zmarznę.
naprawdę, bardzo się boję.
stąpam. wydłubuję siarkę spod paznokci u stóp. piekielne zapałki. przecież w niebie też palą się świece. wpatruję się w zrozpaczone niebo i wciąż mam wrażenie, że coś mi umknęło. nieznacznie. opatrznie. gwiazdozbiór wielkiej kurwy. wróżyć z czegoś takiego nie sposób. nie mam dłoni. drapię się samymi paznokciami, z głowy odpadają łuski. łupinki orzechów. płynę w takiej, w dzień jak codzień i wtedy zaczynam myśleć o tobie. wszystko przed nami. rozpościera się czerwony dywan, ptaszki wydziobują z niego okruszki. i gdzie my teraz pójdziemy? na pewno nie do kina. odpalam kolejną zapałkę i myślę 'a niech stracę'. gdzieś na bitumicznej drodze narysowałam ci drogowskaz. i tak ze dwadzieścia razy! Teraz będzie raz. dla nas. razrazraz dwa trzy. gonisz ty.

środa, 26 października 2011

a ja się waham na brzegu centymetrów. do ciebie chcę.

patrzę ci na ręce.

tęsknota do rzeczy, której nigdy się nie miało, a tęsknota do czegoś, czego się nigdy nie będzie mieć.
Pragninie, a cierpienie.
I choćby nie wiem, jak bardzo blisko był szyby, to i tak nigdy nie będzie twój. i jedyne co możesz zrobić, to zabrać ledwie wspomnienie okładki. zostawić treści, które są zapisywane, ale nigdy dla ciebie.
uwielbiam cię, mój wymarzony towarze z ekspozycji.

Miłości pragnę proszę błagam
czekam
Nie ma nic za darmo
za miłość się sprzedam.

tak bardzo chciałabym dotknąć twoich dłoni.

wtorek, 18 października 2011

może miłość znów śnić nam się zacznie?


przechodzę na czerwonym
a miłość bije
płonie
i zwala z nóg


Osmalone słońce rwie się spod ziemi, a on nie pomaga i jak gdyby nigdy nic siada przy stole na białym kuchennym krześle. Kruszy czerwoną przestrzeń oddzielającą go od wyobrażanej od jakiegoś czasu Madonny. Splecione przy ustach nerwowe palce zaciska rytmicznie oddając wrażenie tłoku, który w tym ciele od dawna nie ma nic do roboty. Nic mu już nie pachnie. Nawet kawa zgubiła aromat, chociaż spodem grzeje stół. Odkąd przysiadł się do stołu, stół ma sześć nóg. Cały zdrewniały i zdrętwiały patrzy na ścianę, i nie ma odwagi, by przebić mur. Niebo za oknem jest błękitne i puchate. Niebo przed oknem straciło słońce pół roku temu. Wypłowiała strzecha niedbale służy za dach. Głowa cała płonie, ogień przeżera zdiagnozowaną samotność i jakoś tylko włosów szkoda. Ładne są, brązowe, ciut posrebrzane. Przymyka oczy i próbuje wyobrazić ją sobie, gdy otwiera okrągłą buzię, przy delikatnym malowaniu rzęs. Czemu nawet wtedy ma rumiane policzki?
Moja bezsenność snu twego strzeże. - pomyślał. Piękne - przytakuję. Nie wie o tym, że wartę pełni na darmo. Ona nie śpi, od ponad roku bawi się przekładnią torów. Ale ja z kolei wiem, że ma pojawić się dzisiaj w mieście, bez wiadomej przyczyny, ot tak.
I sama oto nadaję sobie boskie prawo pokierowania losem tych wybrańców bez krwi i kości, by uderzyć w twarz tę nieustannie wyczerpującą stagnację. Wszak nie ma nic bardziej męczącego nad bezczynność. I oto Ja, hiperhipokryta, iluzjonista trwającej chwili, w atramentowej zabudowie czterech ścian, wpatruję się w świecący prostokąt i skłonnam oddać obie dłonie, by stać się bohaterem własnych historii. Uwieszam się więc pod sufitem, koło lampy i mianuję mentalnym suflerem, by chociaż raz wszystko poszło tak, jak powinno. Nie występuję tu jako ich wróg, jestem trochę jak zezowaty anioł stróż z lekko postrzępionym palcem. Słyszę, jak nieśmiało stuka stopą o podłogę, widzę, jak powoli rozczłonkowuje tętniący zrost na dziesięć palców i czuję, jak całym trupim sobą lgnie do słońca. I tylko przestarzała tęsknota jest w nim żywa. Działam. Opluty. Oddziela grzecznie swoje dwie nogi od stołu i wstaje.

Żałobne usta przesycone spierzchniętymi źródłami, pozwalają by wiatr przeczesywał czarne wachlarze. Mokre, schną. Unosi je, zatrzymuje zbrukane motyle w bezruchu. Trawiastej rosie dudnią wnętrzności. Odgłosy przewiązują zakratkowane uszy przechodniów, tkają oliwną legendę o tej, co ma towarzysza w szklącej tafli. Niewiarygodność sięga zenitu sosnowego nieba, na słonecznej tarczy oczekuje cudu w środku miasta. Madonna stoi na przejściu dla pieszych. Ja w tym czasie wyprowadzam na sznurku od bielizny moją zmysłowość. Już się nie szarpie, już nie prosi, nie czuje, nie mruga. Dopinam sobie kaganiec. Staram nie rzucać się w oczy.
Chmurno nad głową, myśli rozbijają czaszczkę i mówią 'nie wychodź z domu'. Ale ja cię pchnę, posunę się dalej. Półszepcząc, nasilając, przymrużając, wznosząc, przychylając, wymieniając, zamierając, intymnie tracąc dech. Idź. Prowadź swoje ciało, duszę zamgloną, bladość, przeoraną skórę. Rozrywaj. Napieraj. Pokonaj. Mianuj grunt po którym stąpasz, niebem, po którym chcesz szybować. Pożeraj gwiazdy, szarp Mu szaty, drwij z płonących statków, zakryj idee, dotknij mnie. Prowadź za sobą sforę gnających tarcz, byś docierając do brzegu Rubikonu, poczuł dym upadłych miast. Rozczłonkuj, zagrzeb, przegnij, rzuć kości. Byś nie odkrył tuż przed śmiercią, że nie umiałeś żyć.
Kryłaś pieczołowicie każdy pierwiastek niechcianej miłości. Wybierałaś z uczuciowego confetti tylko czerwone kawałki, jeszcze przed zaadresowaniem zaproszenia. Jesteś zamknięta na trzy spusty, nabierasz, oblizujesz, pęczniejesz, prosząc o kolejny łyk czerwonego wina. Chłonna Madonna. Miłości, które nagromadza chciwe serce, nie mające już nic wspólnego z wiązką promieni, gniją. Serce, które zbiera w sobie każdą z miłości, nie puszczając ich wolno, gnije. Przyprawiając o mdłości, dławiąc się własną ohydą, krztusząc pomyjami wczorajszych wieczorów, przenikając na wskroś. Widzisz go w kurtce nieokreślonego koloru, z wymiętą twarzą, ogrzewającego chude place w zimnych kieszeniach. Głodna, z zasznurowanymi ustami nie dajesz nic po sobie poznać. Zielenią trąciły tylko oczy wychodzące na wierzch.
I stanęłam przed wielkim problemem, jak ich skutecznie zderzyć ze sobą, hucznie, płciowo, tłusto, biało... Mało. To wszystko jest ekstrawaganckim gratisem, miłym, acz wciąż tylko dodatkiem do właściwej interakcji. Idąc ulicą ludzie nie patrzą sobie w oczy. Niech patrzą. Nie zwracają na siebie uwagi. Niech zwracają. Nie myślą o przechodniach i gdzie się śpieszyła kobieta, przed której nosem zamknęły się drzwi autobusu. Niech myślą. Ugięci pod ciężarem, choć na pierwszy rzut oka niczego nie dźwigają... Z osowiałych chmur zaczyna siąpić mdły deszczyk. Nigdy nie widzieli tyle ciepła na raz. Ruszaj!

Padało przez cały dzień. Nie widać dziś zachodzącego słońca. Można by przypuścić, że dziś nawet nie wstało. Wkłada do zlewu popielatą filiżankę, do połowy wypełnioną fusami. Wciąż jedną.
Wstyd nie przechodzi. Na nic mu był parasol w mieszkaniu, suchutki, śpiący w kącie przedpokoju. Uciekł i zostawił ją w deszczu. A przecież tak bardzo chciał ją ochronić, otulić to kruche ciało... Nie miał jak. Och, co za podłe niedopatrzenie! Dręczyły go wyrzuty sumienia. Jak mógł popełnić tak niewybaczalny błąd, który przekreślił aż trzy nowe wątki w jego życiu!? O dwóch nawet nie macie pojęcia... Nie wiem co z nią, nie chcę wiedzieć. Następnym razem nie zapominij tej cholernej parasolki, a najlepiej już wyrzuć ją na śmietnik. Moja zmysłowość odeszła pod pierwszym, żółtym Volkswagenem.


Plany moje kroki karłów, drobne lecz ciężkie, zmierzające do nikąd.

czwartek, 29 września 2011

nieokreślność.

Będąc niemym świadkiem smutnych historii mających miejsce w ostatnim czasie, czuję się wręcz upoważniona do przesłuchiwania najbardziej nostalgicznych utworów muzycznych, jakimi dysponuję. Niespodziewane chwyty za serce, niebezpieczne wywroty żołądka towarzyszą mi nieustannie w trakcie wyrywania nie do końca zapisanej kartki. Gnę ją i mnę na przemian ze złością, żalem, zazdrością, wyrzucam za siebie, gdzieś w eter. I przed nadejściem rozgoryczenia tuż po tym, jak utracę tę historię, żałuję każdego postawionego kroku, a także tego, że nie dane jest mi stawiać następnych. I z klifu moich marzeń niespełnionych obrywają się kolejne pragnienia nadzieje i roztrzaskują się i toną i budzą się w lodowatym przeszywającym do szpiku teraz. "Jesteś jedną z nici, którymi szyte jest moje serce." Leżę kamieniem, na płasko, pod krzyżem, a z cieżkich chmur spadają winnym deszczem w moje włosy wybite zęby i obcięte paznokcie. Bal urządziły na górze szczerbate kreatury upijając się niepowodzeniem i tylko czerwone balony jeszcze lecą w dół. Ostatnie źdźbło trawy służy za zjeżdżalnię małym diabłom, o wracajcie do mnie, wypalcie moje powieki, bym już nie czuć, ale choć zapatrzeć się mogła. Pięści zanurzonych, wwierconych już od urodzenia w suchą ziemię, przeistoczonych w macki, jestem korzeniem, a mój świat zakwita pod piachem. Dość przegniłych oddechów, powietrze też już zgasło. Jesień niesie okurzony okruch razowego chleba.

z góry
na pazury
trzask pstrokaty
cztery oderwane łapy.

Jak niemowa, chcąca jednym tchnieniem wyśpiewać ci cały świat.

sobota, 24 września 2011

15.05.2011

Ale kto chciałby ptaka ze złamanym skrzydłem?


Oto, jak w bezczelny sposób ustosunkowuję się do zniszczenia nieznanego, acz najbardziej udanego tworu literatury współczesnej.
(Może zupełnie mijam się z celem pisząc o tym... Hii... Przecież i tak nie ma już nic do stracenia.)

Przerażające jest to, jak łatwo przychodzi mi przełożenie tego na swój grunt. Zbyt osobiste podejście.
On nie żyje. Zabiłeś go swoim wyrzutem sumienia. A może (...)my? W chwili gdy powiedziałam o niej? To wtedy pomyślałeś "Dlaczegóż by nie". Odpowiedziałam tym samym. Co prawda spodziewałam się, że sprawy pójdą w zupełnie innym kierunku, co najwyżej dałbyś im po wszystkim zjeść razem śniadanie. Najwyżej. Ona i tak już nie była moja.
Ale nie, to raczej nie to.
On był idealnie nierealny. Metafizyczna materia. Ktoś, kto pochłaniał mnie od pierwszego zdania. Jemu nie potrzeba było nikogo innego. Wystarczałeś mu tylko Ty. To i tak nad to, co mógłby dostać gdzie indziej. A ja czułam się dobrze, mogąc z bezpiecznej odległości po prostu się przyglądać.
Nie wiem, dlaczego zabiłeś po raz pierwszy. Czemu nigdy o to nie zapytałam. Może to nie moja sprawa. To napewno nie moja sprawa... Ale znielubiłam Cię za to jeszcze bardziej, niż zwykle.
Czy zachwiałeś się, balansując na granicy siebie i niego. Czy to brak odpływu nagromadzonych emocji. Mi to sprawia trudność.
Zaraz, zaraz... Przecież nadal byłeś wielkim twórcą-stwórcą. Wszechmogący, który okazuje swoją potęgę, wskrzeszając bohatera. Ach, cóż za wszechmogąca niemoc! Kiedy to stwórca sam przyobleka się w swoje dzieło...

Wypatroszyłeś trupa, który czuł?
Ale... wygrałeś.
Będzie mi brakowało
Irusia.
Ireczka.
Irka.
Ireneusza Malutkiego.

Wyrzygawszy.
Ciekawe, jak by to wszystko ubrać w język...
A potem, to już tylko go urżnąć.


piątek, 16 września 2011

dla mnie?

...Bo nie potrzebowałaś miłości
więcej niż mogłaby pomieścić
zbyt koścista i blada garsteczka...
i nie dostałaś ani szczypty

Jej okruchy
leżały z chlebem na chodniku
Gołębie zbrukanym współczuciem karmione.

A co dla ciebie?
Każdej jesieni
łzy jak liście z drzew
spadają
na zamglone pole samotności
na przetartą ścieżkę doświadczeń

przesiewasz życie przez palce
jak ziemię-
brudne

Znalazłaś ją na sitku swojej ręki
i włożyłaś do najmniejszej kieszonki
lewej-
tej przy sercu

                              A. Kot


Nikt wcześniej nie napisał dla mnie tak wiele. Nie sądziłam, że można zauważyć promieniejącą samotność.

środa, 14 września 2011

Mikołaj obiecał mi cały Disneyland, tymczasem pod poduszką znajduję figurkę Myszki Miki. Nie to, że przestałam w niego wierzyć, ale go znielubiłam.

niedziela, 5 czerwca 2011

nad piersią stawiam krzyżyk.

A Ty śnisz nas uparcie razem
i splatasz nam dłonie tak,
że nie możemy uciec od siebie.

Boże,
zrób coś z taką miłością
"nie w porę".

A jeśli nie,
to nie wódź już nas
na pokuszenie,
daj zasnąć i zbaw nas
- każde osobno.

Amen

poniedziałek, 30 maja 2011

something inside me surrenders.

Earl Graya się nie słodzi. Nawet miodem. - pomyślałam, sięgając po żółty kubek z herbatą, stojący na kuchennym blacie obok cukierniczki. Przysunęłam go do ust, delikatnie dmuchnęłam weń, po czym wzięłam małego łyka. Przełknęłam. Językiem przetarłam po podniebieniu. W sam raz - pomyślałam. Skierowałam się w stronę drzwi prowadzących do przedpokoju. Pchnęłam je prawym biodrem. Niosąc kubek, ostrożnie stąpałam po świeżo umytym parkiecie. Nieprzyjemna woń detergentu, mieszała się z aromatem ulubionej herbaty. Zmarszczyłam nos, usta wygięłam w natychmiastowym grymasie, cichutko szepnęłam - fuj. Dreptając po malutku w stronę pokoju, studziłam herbatę dmuchając do kubka. Ja owszem, ale ona nie lubi gorącej. Położyłam dłoń na klamce, po czym zacisnęłam i rozluźniłam palce dwa razy, aż w końcu powoli otworzyłam drzwi. Promienie słoneczne przebijające okno na wprost niej, malowały na jej gładkim ciele jasne ścieżki. Skóra rozprężona, zaróżowiona, w niczym już nie przypominała wygniecionej, wytartej warstwy. Kości bioder zarysowywały się przy podbrzuszu, wypychały miednicę do tyłu. Miękkie uda były na wpół przykryte prześcieradłem. Stopy delikatnie sunęły po powierzchni prześcieradła. Ręce uniesione nad jej głową zasłaniały słońce, a na jej białą twarz cień rzucało dziesięć wąskich palców. Po przeoranym paznokciami ciele nie było już śladu. Odwróciła głowę w moją stronę. Tęczówki błysnęły dawnym błękitem.
- Dzień dobry. - powiedziała cicho.
- Przyniosłam ci herbatę. - odpowiedziałam niepewnie. Nie wiedziałam, czego się dzisiaj spodziewać.
- Dziękuję. To bardzo miłe z twojej strony. - rzuciła i znów skierowała wzrok ku dłoniom. Nic tu po mnie -pomyślałam.
- Opowiedz mi bajkę. - poprosiła, przymykając powieki, składając ręce na brzuchu.
- Bajkę? - zapytałam, trzymając już rękę na klamce.
- Tak. Opowiedz mi bajkę na dzień dobry.
- Przecież tak się nie robi. Bajki opowiada się na dobranoc. Żeby się dobrze spało... i może coś ładnego przyśniło. - odpowiedziałam nieskładnie.
- A ja chciałabym żeby dobrze mi się wstało i coś ładnego przeżyło. - zaśmiała się cicho. A ja stałam jak głupia przed drzwiami, którymi mogłam czmychnąć; przed Małgorzatą, od której nie mogłam odejść.
Podeszłam więc do niej i usiadłam na skraju łóżka.
- Ale wiesz, że nigdy nie stworzyłam szczęśliwego zakończenia?
- To się okaże.

Semilia jak każdego ranka, położyła obie dłonie na tafli owalnego lustra. Przesuwała długimi, białymi palcami po delikatnej powierzchni, niektóre miejsca naciskając mocniej opuszkami. Wbijając oczy w odbicie, rozchylała lekko różowe, pełne wargi. Jej skóra nie dawała oznak najmniejszego napięcia. Złote, pofalowane włosy opadały na jej gładkie ramiona. Sięgająca do ziemi, biała suknia z jedwabnego muślinu, prosto układała się na jej drobnym ciele. Rozpraszające się promienie porannej jutrzenki tworzyły wokół niej błyszczącą aureolę. Długie, ciemne rzęsy, niczym szczoteczki usuwały sprzed jej bladobłękitnych oczu unoszący się w małej komnacie kurz. Trwała w zachwycie. Jak każdego ranka.

- To ja jestem tą Semilią? - zapytała Małgorzata.
- Nie, cicho bądź. - mruknęłam.

Przed kilkunastometrową, kamienną wieżą stał Książę. Ręce miał skrzyżowane na piersiach i z nieprzyjemnym grymasem na twarzy spoglądał w górę, w małe strzeliste okno. Słońce wznosiło się coraz wyżej po nieboskłonie. Przymykał co rusz zmrużone powieki. Potrząsnął głową, po czym zacmokał dwa razy. Kłusem podbiegł do niego siwy, zaprzężony rumak. Dużym łbem zaczął szturchać jego ramię. Książę opuścił głowę i poklepał go mocno po szyi. Szybkim susem wskoczył nań, wykonał kilka mocnych uciśnień i skierował konia w przeciwną stronę. Podczas galopu zwierzę wierzgało radośnie łbem, starając się wyrwać wodze jeźdźcowi. Rżało co rusz, a jego czarne oczy iskrzyły, prosząc o zabawę. Jednak nasz Książę wcale nie był skory do rozrywek. I mimo iż dzisiejszy wieczór miał spędzić w towarzystwie pięknych dam z pobliskich posiadłości, jego myśli wciąż oplatały kamienną wieżę. Przemieszczał się wąską ścieżką wzdłuż zielonego uroczyska. Słońce przebijało się między gałęziami drzew, rzucając na drogę jasne refleksy. Powietrze już dawno przeszło zapachem świeżego, wilgotnego mchu. W oddali, między migającymi drzewami, stała drewniana, zniszczona chatka. Nieopodal niej płynął leniwie szemrzący strumyk z czystą wodą. Opuścił niewzruszony to piękne miejsce. Kłusował na rumaku do swojej letniskowej posiadłości.

- Teraz pojawi się Mędrzec?
- Słuchaj, bo się wkurzę.

- Co to za wieża, znajdująca się na skraju polany, za lasem? - zapytał Książę pazia, podając mu wodze.
- Och, panie, nie warto się interesować tą historią. - odpowiedział chłopiec.
- Skoro pytam, to znaczy, że warto. Nie tobie jest to oceniać. - warknął.
- Oczywiście, panie. - skinął posłusznie głową.
- Milcz.
- Jak sobie życzysz, panie.
- Mówże, głupcze! - krzyknął zirytowany.
- Ależ panie, kazałeś mi się nie... - jąkając, starał się odpowiedzieć. Książę trzepnął chłopaka po głowie.
- A podobno jest tu z ciebie jakiś pożytek. Opowiedz mi tę historię. - powiedział Książę, biorąc się pod boki.
- Przez jakiś czas okolice te zamieszkiwał bardzo mądry, stary, acz tajemniczy człowiek. Na imię mu było Nafael. Mówiono między sobą, że posiadł on wiedzę magiczną. Ale kto to tam teraz wierzy w jakieś czary-mary...
- Do rzeczy... - niecierpliwił się Książę.
- No właśnie. Jakiś czas temu do naszego lasu dotarły dwie wędrowniczki. Wycieńczone długą drogą w pełnym słońcu, w brudnych postrzępionych suknach. Po drugiej stronie strumienia, z którego piły, stał Nafael i przypatrywał im się cały czas. Tak jak podejrzewał, były to matka z córką. Odeszły z rodzinnego miasteczka, bo gdy umarł jedyny żywiciel rodziny, nie mogły wiązać końca z końcem. Wówczas Nafael przygarnął kobiety do swojej chatki. Po kilku dniach starsza kobieta zmarła. Na następny dzień na skraju polany pojawiła się ta wysoka, kamienna wieża i nie wiedzieć czemu, Nafael zamknął w niej tę młodszą. Po tym wszystkim sam zniknął, od tamtego momentu już myśmy go nie widzieli.
- Czemu stamtąd po prostu nie ucieknie? - zapytał Książę, marszcząc brwi.
- A przyglądałeś się uważnie tej wieży, panie? - odpowiedział pytaniem paź.
- Oczywiście, że tak.
- Panie, a czy spostrzegłeś, że do owej wieży nie prowadzą żadne drzwi?
- Ach, czyli tamto dziewczę imituje księżniczkę, zamkniętą we wieży? - zaśmiał się szyderczo Książę.
- Dziewczę? - zapytał wyraźnie zdziwiony paź. - Panie, jesteś w stanie sobie wyobrazić najpiękniejszą, najdelikatniejszą i najczystszą kobietę, która kiedykolwiek stąpała po ziemi? Przy dziewczynie, zamkniętej w tej wieży, może ona się wydawać jedynie wiejską pastereczką.

- Książę potem już przez cały czas będzie myślał o Semilii, prawda?
- Słuchaj, Niewielka. Kto tu opowiada bajkę?
- No dobra.

Książę przez cały czas trwania spotkania wydanego na jego cześć, analizował pozyskane informacje. Gdzieś pomiędzy myślami umykały zalotne spojrzenia okolicznych panien, śmiałe gesty wytwornych dam. Książę dzisiaj tanga nie zatańczy. - pomyślałam. Przeprosił zgromadzonych gości, po czym udał się do swojej komnaty, by nie spać całą noc.
Następnego ranka, bardzo wcześnie, udał się tą samą trasą przez las na skraj polany, by bardziej przyjrzeć się niezwykłej dziewczynie. I zastał ją tak, jak poprzedniego dnia, w tej samej pozie, zastygłą przed lustrem. Zeskoczył z konia i otrzepał się z kurzu. Podniósł głowę wysoko. Dostrzegł, jak dziewczyna zrywa się z siedzenia i dotyka powierzchni lustra całymi dłońmi. Przywiera całym ciałem do tafli, usilnie gładząc krawędzie. Paznokcie ślizgają się po odbiciu.
Wariatka, nie księżniczka. Jak bardzo próżną trzeba być... - pomyślał. Domyślił się, dlaczego mag zamknął dziewczynę. Popatrzył na nią jeszcze przez moment. Zacmokał dwa razy. Koń z zieloną śliną na pysku zaraz pojawił się obok niego. On znów poklepał go mocno po szyi, splunął i wsiadł na jego grzbiet. Spojrzał jeszcze raz w stronę okna i jego oczom ukazał się zdumiewający widok. Oto i dziewczyna oderwała się od lustra i podbiegłszy do okna, wyjrzała na zewnątrz. Rozedrgane dłonie oparła o krawędź okna, rozchyliła mocno usta, nie wydobywając z siebie żadnego dźwięku. Nie patrzyła ani na Księcia, ani na rozległy las. Patrzyła w słońce. Dopiero wtedy Książę dostrzegł jej piękno. Dostrzegł jej smukłą sylwetkę, zwiewną białą suknię przylegającą do drobnego torsu, złociste loki oplatające jej delikatną, jasną twarzyczkę. Dostrzegł jej tęsknotę i ufność wobec światła. Wpatrywał się w nią w bezruchu. Tylko nagły wiatr zmierzwił grzywę jego rumaka.

- Gdzie mieszka ten Nafael?! - wykrzyknął chłopakowi prosto w twarz Książę.
- Panie, nie ściskaj tak mocno! - pisnął paź, próbując się oswobodzić z silnego uścisku.
- Na litość boską, mów, gdzie on jest. - powiedział stanowczo, puszczając ramiona chłopca.
- Jego tutaj nie ma, panie, mówiłem przecie! - wystękał ze łzami w oczach.
- Skrócę cię o głowę, zobaczysz! Gdzie jest ta jego chatka?!
- Na skraju uroczyska... - odpowiedział i opadł z sił.
- Hej, ty tam! - krzyknął do jednej z kobiet - Zajmij się nim! - i wskoczył na rumaka.
Na przestrzał przez las echo niosło głośny tętent kopyt. Cienkie gałęzie smagały go po twarzy, liście i owady wplątywały we włosy, a bryzgająca, wilgotna ściółka plamiła jego bogaty strój. Dla niego nie miało to żadnego znaczenia. Miał tylko jeden cel - znaleźć się przy dziewczynie z wieży. Zza drzew zaczęła się powoli wyłaniać malutka, zniszczona chatka, której drewniane deski były porośnięte mchem. Książę zeskoczył z konia, podbiegł do drzwi i mocno pchnął je do środka. Drewno było już tak bardzo spróchniałe, że część drzwi ułamała się. W środku panowała ciemność. Wszedł do środka i ujrzał tam wysokiego, chudego starca z orlim nosem i zielonymi, błyszczącymi oczami. Wstrzymał na chwilę oddech.
- Młodzieńcze, dlaczego zniszczyłeś mój dom? - zapytał ciepłym tonem, jak gdyby Książę prawie że nie wyważył całych drzwi wejściowych.
- Czy ty jesteś Nafael? - zapytał.
- Tak, oto ja. - odpowiedział, skinając głową.
- Wypuść dziewczynę z wieży. - rzekł stanowczo.
Staruszek spojrzał na niego podejrzliwie. Uśmiechnął się, przymknął powieki i zaczął gładzić swoją długą, siwą brodę.
- Mój Książę, nie rozumiesz, dlaczego zamknąłem tam Semilię.
- Chcę, żeby była wolna. Widziałem, jak tęskni do świata i wolności. - zaprotestował.
- Nie mogę jej stamtąd wypuścić. Jeśli to zrobię - ona zginie. To nie jest świat, w którym mogłaby czuć się bezpiecznie.
- Więc przyprowadź mnie do niej. Chcę być obok niej.
- Do takiego poświęcenia może być zdolny tylko ten, który pokochałby ją nade wszystko...
- Jestem nim.
- Albo ten, który nie jest w stanie nic zrozumieć. Godzisz się na wszelkie trudności byleby...
- Jest taka... Jasność bije z jej głowy, ciepło z serca. Jak można nie kochać piękna? Piękna w najczystszej postaci!

Semilia zwrócona w ciemny kąt, skrywała twarz w dłoniach. Nie stanowiło to różnicy. Wokół niej od samego początku była tylko czerń. Pustka, której pokonywanie nie ułatwiało nawet wyciąganie rąk po omacku. Odwróciła się i intuicyjnie skierowała w stronę lustra. I wówczas stało się coś dziwnego. Dotychczas, gdy spoglądała w nie, mogła zobaczyć każdy zakątek świata, który przez całe życie trwał przed nią w ukryciu. Ale teraz zamiast pustego siedzenia przed lustrem, w tafli odbijał się on. On, którego mogła oglądać przez swoje magiczne zwierciadło, gdy stał przed jej wieżą. Którego obserwowała nieustannie od chwili ich pierwszego spotkania. Którego dotykała, pieściła, obsypywała pocałunkami. W którego się wtulała, lecz w zamian otrzymywała tylko chłód twardej tafli lustra. Teraz i on uderzał pięściami w szklany mur. Obydwoje przyparli do niego, uderzając mocno zaciśniętymi pięściami gdzie popadnie, w taflę, w ramę, rozdrapując i wgryzając się w niewidoczną granicę. Semilia powoli zaczęła opadać z sił. Osunęła się, padając na kolana, spuściła głowę i oparła brodę o krawędź ramy. Jej dłonie dotykały miejsca, o które po drugiej stronie lustra Książę oparł spocone czoło. Wpatrzony w jej blado-niebieskie tęczówki zrozumiał, że starzec zamknął ją przed światem, tworząc tym samym bezpieczny azyl, z którego mogła poznawać życie choć w części. Tutaj nic nie mogło skrzywdzić tak bardzo nieświadomego siebie piękna. Z oczu Księcia zaczęły płynąć wąskim strumieniem łzy. Semilia poniósłszy swoje zapłakane oczy, zaczęła ocierać jego odbicie. On muskał ustami jej wilgotne policzki. Książę otarł swoje wargi i spostrzegł, że są mokre. Spojrzał gwałtownie w stronę dziewczyny. Klęczeli przed sobą dotykając dłońmi swoich twarzy. Na kamiennej ścianie komnaty już nie było lustra.
- Zniknęła granica was dzieląca, ponieważ pojęliście waszą tajemnicę. - zaświszczał znajomym głosem wiatr.
Wstali z kamiennej podłogi. Patrzyli w swoje ciemnoniebieskie tęczówki, które wtórowały roześmianym wargom. Oboje stali na środku zielonej polany, którą otaczał las.

W chatce panował półmrok. Po wpadających przez szpary w drzwiach smugach światła wspinały się cząsteczki kurzu. Nafael stał na środku pomieszczenia, trzymając w jednej ręce lustro. Wpatrywał się w nie, przyglądając się z zainteresowaniem całemu przebiegowi wydarzeń. Uśmiechnął się delikatnie, gładząc swoją długą, siwą brodę. Kto kocha, ten wierzy w niemożliwe. - pomyślał, po czym uniósł lustro nad głowę i z siłą rzucił nim o drewnianą podłogę. Lustro roztrzaskało się na trzysta sześćdziesiąt pięć drobnych kryształków.

- Koniec.
- A żyli długo i szczęśliwie?
- Oczywiście.
- Dziękuuuję - przeciągnęła Małgorzata Niewielka, odkładając na szafkę nocną kubek po herbacie.






A Wielki Bal trwa. Już ponad rok ;)

sobota, 14 maja 2011

Gdy poruszę się, to po mnie.

Na wstępie chciałam zaznaczyć, że ja pierdolę takie pisanie, kiedy przez nieudolność w działaniu serwera, zostają usunięte wersje robocze moich postów.
Tak, to jest powód. Zatrzęsę i zapłaczę się na śmierć, pisząc to wszystko od początku.
Kur.

*

Za oknem istna wiosna. Ciepło. Słonecznie. Przyjemnie. W krótkim rękawku i z butelką chłodnej wody mineralnej w torbie. Przed oknem, zupełnie na odwrót. Biednemu zawsze chłód w serce.

Czy potrafię powiedzieć to raz jeszcze? Już wyduszenie z siebie tego za pierwszym razem wiele mnie kosztowało…
Urządziłyśmy sobie z klepsydry piaskownicę. Pozornie byłyśmy od siebie daleko, nawet nie zauważyłam, kiedy dorosłaś. Jak dobrze wiedzieć, że mimo przesypanego piasku, nadal jesteśmy do siebie tak obrzydliwie podobne. Droga J, nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić, jak bardzo Ci zazdroszczę. Potrafiłaś uczynić się szczęśliwą, nawet przez najkrótszy moment. Potrafiłaś uchwycić cząstkę tej bliskości i dzielić się nią, i czerpać z niej tak wiele, i tak długo, jak to było możliwe. I choć to tęsknota do czegoś, co nieosiągalne, cieszę się, że ci się udało. Przyglądałam się twoim ustom, dłoniom, nozdrzom, wciągającym łapczywie różane powietrze. I tylko patrząc w twoje oczy, mogłam zatopić się w najwierniejszym zwierciadle moich źrenic.
A przecież nie istnieje nic, co by nie było warte spróbowania. Położyłam się w łóżku i wtuliłam w odpowiednio ułożoną pościel. Całe szczęście, że mój słomiany zapał uaktywnia się właśnie w takich momentach... A może nie?

W powietrzu cuchnie złotą rybką.

*

To zawsze są historie o mężczyznach i kobietach!
Dobrze, co bym nie zapętliła się przed samą sobą…

Podjeżdża punktualnie. Swoim granatowym Volkswagenem zajmuje wolne miejsce parkingowe. Gasi silnik, ale nie wyłącza zapłonu. Krótkie światła padają na drzwi wejściowe do klatki schodowej. Włącza oświetlenie obok lusterka. Gaszę lampkę przy biurku, przyglądam mu się. Jak zawsze nad wyraz elegancki, idealnie wpasowany we własny krój. Nie odpina pasów. W lusterku wygładza ołowiany krawat. Zbyt obyty, by oznajmić swoje przybycie trąbieniem, czy też wyjściem i oparciem się o maskę samochodu, i zarazem zbyt powściągliwy, by podejść po mnie, aż pod same drzwi. Odchodzę w pośpiechu od okna, zostawiam niedbale rozsunięte zasłony. Kierunkuję swój bieg obkręcając się przy framudze drzwi. Po ciemku z trudnością staram się nie przydzwonić żadną częścią ciała w białe ściany w ciasnym przedpokoiku. Szybko wkładam lakierowane buty. Wiązanie sznurowadeł przychodzi mi z wielką trudnością z winy wilgotnych dłoni i drżących palców. Intuicyjnie wyciągam klucze z zamka. Otwieram drzwi, chwytam srebrną marynarkę z lśniącego materiału, lecz ta uparcie trzyma się wieszaka. Zrywam ją gwałtownie. Usuwam na wpół oderwaną metkę i wychodzę z mieszkania. Po omacku staram się włożyć klucz do dziurki. Udaje się, przekręcam zamek ‘na dwa’. Zbiegam ze schodów do wysokości pierwszego piętra. Zwalniam, wkładam wytaliowaną marynarkę, oddychając przy tym głęboko. Wygładzam klapy i rękawy. Przeczesuję lewą ręką włosy, prawą dłoń kładę na krawacie. Uśmiecham się. Wyobrażam sobie, jak pomagam mu wiązać krawat. Jego dłonie przylegają do moich smukłych palców, zwinnie zawiązujących węzeł półwindsorski. Muskam nieostrożnie jego szyję… Tymczasem dochodzę już do drzwi wyjściowych. Naciskam klamkę, uchylam drzwi i wciskam się w przestrzeń między nimi, a ścianą budynku. Razi mnie światło lamp samochodowych. Machinalnie zakrywam oczy dłonią. Wieczór byłby atmosferycznie całkiem znośny, gdyby nie wiatr, który od razu mierzwi moje włosy. A przecież to nie jego porywistości dziś oczekuję. Idę ku niemu, wkładam wolną rękę w kieszeń ciemnych spodni, staram się ukryć moje zdenerwowanie. Moje oczy przyzwyczajają się do światła, na zewnątrz dopiero się ściemnia. Nie widzę, jak wstrzymując na chwilę oddech, wpatruje się w moją jasną sylwetkę. Otwieram drzwi, wsiadam do środka i zatrzaskuję je za sobą. Patrzę przed siebie, szamocząc się z pasami. W końcu udaje mi się je zapiąć. Opamiętuję się po chwili i wyciągam dłoń w jego kierunku.
- Dobry wieczór. – mówię. On spogląda to na mnie, to na moją otwartą dłoń. Uśmiecha się minimalnie. Jego oczy są ciepłe.
- Witaj. – odpowiada miękko. – Przepraszam, za te światła.
Podaje mi rękę. Utrzymując przez chwilę nieznaczny uścisk, gładzi delikatnie kciukiem moją skórę. Nie wiem, jak odczytać ten gest, do czasu, gdy wysuwając rękę, przesuwa palcami po wewnętrznej stronie mojej dłoni. Zastanawiam się, czy w innych sytuacjach też jest tak subtelny. Splatam palce, kładę ręce na kolanach. Przekręca klucz, odpala silnik. Ruszamy. Podczas jazdy niewiele rozmawiamy. Z początku pyta, co u mnie i jak mi idą przygotowania do sesji, i mimo iż odpowiadam dość zachęcająco, on nie podejmuje dłuższej rozmowy. Zaczynam wyczuwać wolno narastające napięcie. Za szybą rytmicznie migają sosny. Zerkam ukradkiem w jego stronę. Twarz ma rozluźnioną, skupia się na prowadzeniu samochodu, jednakże twarde ręce mocno ściskające kierownicę, burzą cały spokój jego ciała. Przyglądam się jego opalonej skórze i włosom, które zdążyły rozjaśnić promienie późno-wiosennego słońca. Wyobrażam sobie, jak sunę palcami wzdłuż jego rąk, zaciskam dłonie na jego silnych, szerokich ramionach. Nasze przylegające do siebie klatki piersiowe unoszą się w jednym rytmie przyspieszonych oddechów. Kieruję ku niemu twarz, by być jeszcze bliżej… Wówczas słyszę przeraźliwy pisk opon, siła hamowania gwałtownie wyrzuca moje ciało do przodu. Pasy wżynające się w moją skórę z powrotem przygwożdżają mnie do fotela. Otwieram, przedtem mocno zaciśnięte powieki. Słyszę, jak dyszy. Jest cały spięty, nienaturalnie wyprostowany wbija się w siedzenie. Szeroko rozwartymi oczami patrzy na drogę. Zaniemawiam.
- Nie wiem, co to było. – mówi z trudem, cicho. - Zdawało mi się, że coś… jakieś zwierzę przebiega przez drogę… - duka. Odwracam głowę w jego stronę. Jest przerażony.
- Tak się bałem, że mogło… Ci się coś stać. – szepcze, przerywając strumieniami wydychanego powietrza. Jego źrenice pokrywają się szklaną powłoką. Po raz pierwszy, będąc tak przestraszonym, czuję nagłą falę uderzeniową szczęścia o głębokim zasięgu. Luzuję pasy i przechylam się w jego stronę. Kładę rękę na jego prawym ramieniu, wtulam czoło w to miejsce.
- Nic złego się nie stało. Po wszystkim. – mówię, spinając mięśnie twarzy. Czuję jak zaczyna gładzić wydzielane przez siebie kępki moich włosów.
- Już w porządku.

*

Rozcieńczam Martini Spritem w proporcjach 1:2, po czym podaję szklankę chłopakowi.
- Tylko załatwię sprawę z Elizą i zaraz do ciebie przychodzę. – mówię, uśmiechając się. Widzę, że nie chce, bym odchodził nawet na krok. Nie czuje się swobodnie w nieznanym towarzystwie. Nie dziwię się, mi też trudno by się było odnaleźć wśród starszych ludzi, zwłaszcza za pierwszym razem. „Chłopak jest inteligenty, w razie czego poradzi sobie” – myślę i odchodzę, by znaleźć Elizę. Przychodzi mi to z łatwością, stoi przy kominku, otoczona wianuszkiem chichoczących nad wyraz głośno, a zarazem irytująco koleżanek. Zaczynam iść w ich kierunku, pewnym, prężnym krokiem. Ku mojemu zaskoczeniu, kokiety odstępują od niej, odsłaniając całą jej sylwetkę. Ona prostuje się automatycznie, wypina do przodu małe piersi, opięte dopasowaną, czarną, satynową sukienką. Mimo iż materiał sięga przed kolano, wiem, że skrywa pod nią czarne, delikatne pończochy. Zwykła je wkładać na ważniejsze okazje. Kładzie ręce na biodrach, a jej długie, kasztanowe loki, opadają zalotnie na lekko uniesione ramiona. Unosi prawą brew i wydyma lekko usta.
- Od liceum jesteś tak okropnie zmanierowana… - mówię, stając przed nią.
- Od liceum starasz się strzyc wszystkich swoją błyskotliwością. – odpowiada, wznosząc oczy ku górze. Zagrać w tę gierkę ostatni raz?
- Sugerujesz, że się stępiłem? – pytam zaczepnie.
- Sugeruję, że jeszcze się nie naostrzyłeś. – odpowiada, przechylając się w moją stronę.
Chwytam ją za rękę i delikatnie przysuwam jej dłoń do moich ust. Łapię się na tym, że zerkam w tym czasie w stronę młodego. Siedzi na czerwonej, skórzanej kanapie, popijając drinka. Patrzy w naszym kierunku. Otrząsam się, po czym odsuwam od twarzy niemuśniętą dłoń Elizy.
- Gratuluję. – dodaję.
- Och, jest czego. I kogo. – dodaje śmieszny, ubrany w czarną koszulę i siwe spodnie od garnituru facecik, znalazłszy się nawet nie wiem w którym momencie u boku kobiety. Całuje ją w ucho i kładzie swoją dłoń na jej okrągłym, wyraźnie zarysowanym podbrzuszu. Eliza strzepuje z siebie jego rękę i karci cicho. Skutecznie, jak się okazuje. Facet od razu pionizuje sylwetkę i przestaje się nieelegancko szczerzyć.
- Tatusia również. – rzucam, po czym odwracam się w przeciwnym kierunku i odchodzę. Takich baranów nawet się nie strzyże… Spoglądam w kierunku kanapy i dostrzegam całującą się parę.
Serce mi staje dęba.
Zamykam powieki, rozcieram kąciki oczu kciukiem i wskazującym palcem. Przecież to nie on. Zdaje się, że bardzo negatywnie odbijają się na mnie dzisiejsze wydarzenia. Szukam wzrokiem w pomieszczeniu czarnej koszuli i srebrnego krawarta… Są. Siłą zaciągane na parkiet przez jakąś dziewczynę, wyraźnie będącą w stanie lekkiego upojenia alkoholowego. Chłopak zapiera się ze wszystkich sił, w myślach już dawno pewnie czmychnął na najwyższą półkę regału, byleby jej żylaste ręce nie próbowały go więcej obejmować w talii. Przyglądam się tej sytuacji, przygotowując sobie podobnego drinka, co chłopakowi, tylko w innych proporcjach. Kiedy dziewczyna zaczyna ostentacyjnie ocierać się o jego krocze, on daje za wygraną, przeprasza ją i odchodzi. Ona próbuje go zatrzymać, ale on już stanowczo odrywa ją od siebie. Poprawił mi humor. Podchodzę do niego szybko i obejmuję jego ramię.
- Naprawdę nie wiem, który z nas bawi się tu lepiej. – mówię, szczerze uśmiechając się. Chłopak patrzy na mnie wielkimi, brązowymi oczami i po chwili wybucha śmiechem.

*

Leżą obok siebie na rozłożonej, zamszowej kanapie w gościnnym pokoju, na pierwszym piętrze w domu gospodarzy całej tej schadzki. Miała mieć ona charakter radosnej uroczystości w gronie najbliższych, ale jak się rozwinęła, tak się rozwinęła. Feliks i Artur już dawno stracili ochotę na zabawę w takim towarzystwie. Artur, u boku Feliksa leczy traumę, w którą wpędziła go przed kilkunastoma minutami bardzo chętna nieznajoma. Feliks, u boku Artura, próbuje się bronić przed napastującym wzrokiem swojej byłej. Na podłodze leżą dwie marynarki i dwie pary czarnych, męskich pantofli. Światło z lampy stojącej w rogu oświetla podnoszącego się Artura, który rozwiązuje swój krawat. Feliksa, jest już poluzowany, rozpięty też jest kołnierz jego białej koszuli. Przez cały czas gładzi Artura po prawym udzie. To dekoncentruje Artura. To działa na niego do tego stopnia, że na najbliższą godzinę gotów jest stracić swoją już opadającą lekko głowę.
- Myślisz… Że moglibyśmy pójść razem do łóżka? – pyta niepewnie Feliksa.
Feliks przestaje gładzić go po nodze, prostuje palce, dotyka go teraz całą powierzchnią dłoni. W pomieszczeniu zapanowało długie, ciągnące się niemiłosiernie milczenie. A przecież w samym jego środku trwa potężna wewnętrzna walka.
- Nie. – odpowiada w końcu Feliks.
- Może masz rację. To za dużo by zmieniło. – rzuca szybko chłopak.
- Nie wiem. Może. – odpowiada, niewzruszony.
- Poza tym jesteś moim instruktorem i… tak nie można. – ciągnie smutno.
- Wszystko można. To, że nadal byłbym szkolącym cię ratownikiem, w niczym by nam nie przeszkadzało.
Artur spuszcza nogi na podłogę, siada na kanapie. Ze splecionymi palcami, rękoma opartymi na udach i pochyloną głową. Rusza nerwowo palcami u stóp.
- Więc do cholery, dlaczego nie? – pyta rozdrażniony, nie patrząc w stronę Feliksa.
Feliks prostuje się i przysuwa się do niego.
- W jaki inny sposób miałbym ćwiczyć swoją siłę woli, która i tak już stoi na krawędzi? – szepcze. Przysuwa twarz do szyi Artura. Zamyka oczy i ciężko przełyka ślinę. Strumień gorącego, wydychanego powietrza kieruje na obojczyk chłopaka. Jednym tchnieniem wypisuje na powierzchni jego skóry cały alfabet Braille’a.

*

A tymczasem Małgorzata Niewielka odwraca się na drugi bok.

sobota, 30 kwietnia 2011

ś.k.a.

Przypomniałam sobie, jak należy odczuwać tęsknotę. Tą, za osobą, już opanowałam do perfekcji, nie raz balansując na cienkiej wbrew pozorom granicy pomiędzy obsesją, a obojętnością.
Przypomniały mi się powroty z wakacji. Rozpakowując walizkę po przyjeździe do domu, rozstawiałam po kątach przedmioty, będące od tamtego momentu żywym, a jednak martwym świadectwem pięknych wspomnień. Ślady po ludziach i zdarzeniach. Najpiękniejsze wschody i zachody ziszczających się pragnień.
Jest we mnie pamięć o miejscu, które przez pięć lat tkało mi wyściółkę dla 'agenta'. Dziś pozostał mi sentyment. Pamiętam pierwszą szczęśliwą, bezsenną noc.  Czy często ją wspominam? Chyba nie. Była zbyt niezwykła, by wycierać o nią codzienne, przechodne myśli. Pamiętam pierwsze wychwycone z szeptu "kocham cię". Brzmiało, nieświadome swojego ciężaru. Pamiętam narodziny pociesznych, po raz pierwszy różowych oczu Ani. Wiecie, że po raz pierwszy oswojono mnie wówczas ze zwrotem rozpoczynającym się od "Aniu..."? Jak ja tego nie cierpiałam. Teraz jest mi to chyba bez różnicy, co nie zmienia faktu, że irytuje nadal.

Twój erotyzm jest wart filiżanki kawy.
Tyle mogę zapłacić za podglądanie języka
oblizującego spierzchnięte wargi.
Mogę przewidzieć każdy gest
o kilka ruchów do przodu.
Oboje oglądaliśmy ten film.

Odbiegłam od tematu. Wpatrując się w zaprzyjaźnione sprzęty, czuję się podobnie, jak wtedy, latem. Ciężko jest spowolnić obroty, gdy tak przyjemnie się pracowało na tych najwyższych. Na ogół nie zdarza mi się tak prędko do czegoś przyzwyczaić. Zaskoczona jestem tym bardziej, że oswoiłam obie perspektywy. A może raczej to ja zostałam oswojona. Za okiem jest równie przyjemnie, jak przed nim. Po raz kolejny utarłam sobie nos. Coraz częściej rozważam opcję całkowitego jego odcięcia. Powoli zaczyna uwierać. Może i nie tylko mnie.



"Gdybym mógł zostać tu,
zasnąć w lesie twoich źrenic
i niczego bym nie zmienił już.
Gdybym mógł.
Znów i znów 'gdybym mógł'..."

Nie. Szczerze, te oczy nie są specjalnie zachwycające. Nieduże, dwie plamki gubią się się na delikatnej twarzy. Ale lubię te czarne słońca z brązowymi promieniami, będące centrum oliwkowego nieba.
Acz nie daruję ci tej parzystej nocy przespanej twarzą do ściany.



A gdy przyszedł już nareszcie jako prawda, nie jak sen,
pościeliła mu pod nogi swych włosów zwiewny len,
przytuliła jego głowę do swej piersi, do swych rąk,
by pragnienia nie znał lęku, by czekania nie znał mąk.
Wszystkie róże swych ogrodów, gdy dla niego w szczęściu rwie,
on porzuca ją na zawsze, bo jej nie mógł wołać we śnie.

Wiesz Aniu... Chyba nadszedł czas, byś przestała wymieniać kwiaty tej nadziei.

Wystarczy mi jedynie zarys, bo... cóż ci mogę dać?

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

A kiedy to do mnie dojdzie...

Ile szczęśliwych myśli zostaje zaduszonych pod kołdrą, kiedy się samotnie śpi w swoim łóżku, i ile nieszczęsnych snów się nią ogrzewa?




Dzisiaj stworzę sobie nowego bohatera.
Dałabym mu (czyli będzie to mężczyzna) ciało. Ciało rozmiar M-L, wzrost 180cm. Byłby niczym nie wyróżniającym się mężczyzną. Dałabym mu brązowe, krótkie włosy. Brązowe włosy są zwykłe. Pospolite oczy... Może zielone? Z brązowym pigmentem i z niebieskim refleksem. Niech by miał nijakie oczy. Mętne. Podkrążone, głęboko osadzone. Pozbawione blasku. Płowiejące powoli, jak jego wyżej wspomniane włosy. Pobieliłabym mu delikatnie skronie, ale nie jestem pewna, czy mężczyzna po trzydziestce może mieć już kępki siwych włosów. Pojedyncze - to na pewno. Ale czy jest to pospolite... Niech będzie. Lepsze posrebrzone skronie, niż rosnące czoło. Dałabym mu lekko zrośnięte brwi. Po co? Zawsze takie osoby zwracałay moją uwagę. To znaczy, że zaczynam coraz bardziej lubić swojego bohatera. Widzicie, jak ja się szybko przywiązuję?... Dałabym mu niczym od linijki wykrojone usta, bardziej blade, niż różowe, lekko spierzchnięte, od częstego przygryzania warg. A może by tak... Nie, papierosa do ust był mu nie włożyła. Szkoda by mi było takich ładnych ust. Z orlim nosem łączyłyby je dwie, lekko zarysowane zmarszczki. Czyżbyś w przeszłości często się uśmiechał, Albercie? Co spowodowałoby, że już dzisiaj nie pogłębiałbyś swoich zmarszczek? Hmm...
Ubrałabym cię w ciemno-szarą kurtkę zapinaną na metalowy zamek błyskawiczny, bez wyższego kołnierza, bo znając twoją nieuwagę, przycinałbyś często podbródek. Owijałbyś więc szyję czarnym szalikiem. Ubierałbyś czarne, proste... ale nie przylegające! Sztruksowe spodnie. Pasek? Nie, rozmiarówka ubrań odpowiadałaby wymiarom twojego podręcznikowego ciała. Teraz pozostałoby mi umiejscowić cię w przestrzeni. Poszłabym po linii najmniejszego oporu i umieściłabym cię w dniu jutrzejszym. Zostałabyś usadzony... w kinie, czy w teatrze? W kinie. Jest bardziej przystępne. Ale w swojej niecodziennej pospolitości umieściłabym cię w kinie studyjnym, po tej mniej interesującej stronie ekranu, w siódmym rzędzie na jedenastym siedzeniu. Zawsze dwa razy na jednym filmie.
Tak. Te wszystkie wydarzenia będą miały miejsce jutro.
No, to zaczynamy.
O godzinie 05,50 zadzwoni jego elektroniczny budzik. Nie będzie mógł zdzierżyć jego dźwięku, dlatego kupi właśnie taki zegarek, gdyż tylko on będzie w stanie go zwlec z łóżka o tak wczesnej porze. Jak każdy przeciętny człowiek, będzie lubił spać do późnych godzin przedpołudniowych. Tak więc, jak każdego wcześniejszego dnia, wstanie jutro, by wyłączyć tak bardzo drażniący go budzik, stojący na regale po drugiej stronie pokoju. Kiedy już go wyłączy, przeczesze palcami prawej ręki włosy, po czym podrapie się po klatce piersiowej. Nie. Będzie sypiał w bokserkach i w spranej koszulce z jakiegoś festiwalu z 2001 roku. Włoży więc rękę od spodu pod koszulkę i podrapie się po plecach. W poniedziałki Albert nie będzie jadał śniadań. Tak, jak w religii chrześcijańskiej w wigilię Bożego Narodzenia utrzymuje się ścisły post aż do wieczora, tak samo mój bohater będzie przygotowywał się do ważnego misterium wizualnego, jakim będzie cotygodniowe wyjście do kina. Przejdzie więc ze swojego pokoju, przez wąski korytarzyk, do małej kuchni. Wciśnie przycisk czajnika elektrycznego, który zawsze będzie podłączony jest do prądu. Czas oczekiwania na wrzątek, poświęci na wyjęcie z wiszącej na ścianie szafki żółtego kubka i herbaty Earl Grey. Będzie lubił zaczynać dzień od Earl Grey. Wyjmie jedną torebkę z pudełka, rozwinie sznureczek z metką i będzie próbował włożyć kołyszącą się torebkę do kubka. Uda mu się za trzecim razem. Po chwili oprze się rękoma o blat, obróci głowę w lewą stronę, będzie obserwował powoli wychylające się słońce. Czas przegoni go po raz kolejny. Elektryczny czajnik zacznie buchać parą, wyłączy się samodzielnie (a się wycwanił...). Albert sięgnie po niego, i zaleje kubek wrzątkiem. Zaciągnie się codziennym zapachem ulubionej herbaty.
Zaklejanie pięt plasterkami spowoduje, że Majka wybiegnie z domu o minutę za późno. To wszystko przez nowe wiosenne buty, które ją obtarły dwa dni wcześniej. Jednak biegnąc na przystanek wcale nie będzie myślała o niezagojonych stopach, autobusie, który właśnie wyjedzie zza rogu, ani o tym, że jej bilet miesięczny utracił ważność. Honorata K. się rozwodzi. Wczoraj ojciec złożył papiery rozwodowe. Majka wskoczy do tylnych drzwi autobusu, które zaraz po tym się zamkną. Za nią będzie stał Albert. Nawet nie zwróci uwagi na jej zbyt mocno podwiniętą od biegu spódniczkę. Od razu położy dłoń na jej ramieniu, ona gwałtownie odwróci się w jego stronę.
- Proszę okazać bilet. - powie sucho.
Po autobusie od razu przebiegnie fala niedyskretnych komunikatów "O kurwa, kanar!" i "Gdzie ten cholerny bilet...". Majka w tym czasie przetrząśnie swoją beżową torbę, by wyciągnąć z niej nieważny bilet miesięczny. Albert w tym dniu będzie bezwzględny i nieczuły na błagalny wzrok Mai. Wypisze jej mandat, po czym będzie się posuwał wzdłuż sparaliżowanego tłumu pasażerów. Myślami natomiast będzie już wybierał najwygodniejsze miejsce, w centralnym punkcie sali kinowej.
Albert będąc już w domu, będzie przed lustrem przywiązywał muchę do kołnierza błękitnej koszuli. Będzie wolał muchy od krawatów, ponieważ ich malutkie skrzydełka przyjemnie łaskoczą jego szyję. Wystrojony, wypachniony, wyprany z codzienności i brudu miasta będzie przyglądał się swojemu odbiciu. Będzie się zastanawiał, czy nic nie wydarzy się w drodze do kina. Będzie się zastanawiał, czy przywita go znajomy biletowy ze złotym zębem. Ale najusilniej będzie się zastanawiał nad tym, czy ona też tam będzie. Ona, kobieta w krótkich blond włosach z czarnymi odrostami, w szkłach kontaktowych, na które zamieniła okrągłe okulary, z diastemą w górnej szczęce, we fioletowej apaszce, która ni jak nie komponuje się z jej brązowym płaszczem. Ona, która od tegorocznych seansów będzie towarzyszyć mu podczas każdej projekcji. Albert doskonale będzie pamiętał ich pierwsze spotkanie przy kasie biletowej. Miał stać wówczas za nią w kolejce na tyle blisko, by pozwolić sobie na świadome zaciąganie się wonią jej tanich perfum. Dla niego miał istnieć jako najdroższy zapach, który jest już i aż, ale zarazem tylko otoczką kobiety, którą miałby pokochać. Pokochać dzięki wzajemnemu poszanowaniu, spokoju, zgodności i uprzejmości, gdy jedno dla drugiego miałoby trzymać miejsce obok, w czasie, gdy widownia napływa do sali kinowej. Kiedy ona nawet nie będzie pamiętać, jak to się stało, że ten dziwny gość za każdym razem będzie zajmował dla niej miejsce; on będzie pieczołowicie zapisywał w kalendarzu każdy dzień, seans, opis filmu, sceny, przy których ona będzie się uśmiechać, wzruszać, wstrzymywać oddech. To z tego powodu Albert będzie pojawiał się w kinie dwukrotnie na projekcjach jednego filmu. Za pierwszym razem będzie przeżywał kobietę, za drugim razem będzie przeżywał film. Tak też miałoby być i tym razem.
Albert wyjdzie z mieszkania, drzwi zamknie 'na dwa', nie szarpiąc za klamkę. Będzie zbiegał z drugiego piętra, przeskakując co drugi stopień - dość typowe, jak na Alberta. Wyjdzie z brudnej klatki schodowej na ulice brudnego miasta. Będzie szedł brudnym chodnikiem, aż do brudnych pasów, przejdzie przez brudną jezdnię, aż dwie brudne przecznice dalej stanie przed kinem. Dla niego będzie to jedyne czyste miejsce w tym mieście. Dla niego pieniądze wkładane za półkole w szklanej szybie, będą jedynymi słusznie spożytkowanymi. Dla niego korytarz prowadzący do sali kinowej będzie jedynym namacalnym czyśćcem. Dla niego jedenaste miejsce w siódmym rzędzie będzie jedynym dla niego przeznaczonym. Przymknie na chwilę oczy, delikatnie uśmiechnie się, po czym zdejmie czarny szalik i położy go na siedzeniu obok. Tak droga widownio, Albert będzie na kogoś czekał. Da państwu wyraźny sygnał, by się państwo nie przysiadali. Nie proście, to nie miałoby sensu, on i tak odpowie "Przepraszam, ale tu jest zajęte." Albert nie da się wykiwać.
Tymczasem trzy rzędy dalej, po stopach już siedzących widzów, będą deptać krótko ścięta blondynka, już bez ciemnych odrostów i mężczyzna, niosący jej brązowy płaszcz i torebkę. Albert uśmiechnie się uprzejmie do staruszka, weźmie szalik z siedzenia obok i położy go na kolanach. Lampy wyciemnią się, a na srebrnym ekranie rozbłyśnie kolejny odległy świat, odbijający się w pustych oczach widzów i jednych szklanych, należących do mężczyzny, który odtąd filmy będzie oglądał tylko raz.



W takim wypadku nie stworzę cię, Albercie.

piątek, 18 marca 2011

Bliżej wyciągnąć kochane ręce.

Zrób coś,
abym rozebrać się mogła jeszcze bardziej
Ostatni listek wstydu już dawno odrzuciłam
I najcieńsze wspomnienie sukienki także zmyłam
I choć kogoś nagiego bardziej ode mnie nagiej
Na pewno mieć nie mogłeś, zrób coś, bym uwierzyła

Zrób coś, abym otworzyć się mogła jeszcze bardziej
Już w ostatni por skóry tak dawno mi wniknąłeś
Że nie wierzę, iż kiedyś jeszcze nie być tam mogłeś
I choć nie wierzę by mógł być ktoś bardziej otwarty
Dla ciebie niż ja jestem,
z r ó b c o ś o t w ó r z m n i e r o z b i e r z


Stoisz tam w pełni mojego wyobrażenia. Stań więc w realności najmniejszego elementu. Wierszy miłosnych nie mówi się do ściany.

niedziela, 13 marca 2011

Przez wiosnę przeklęci...



- O tej porze dnia i roku przyjemnie jest czuć zmieniające się powietrze. Chyba nie zarejestrowałam nigdy przyjemniejszego zapachu, wiesz? - powiedziała z zamkniętymi oczami Małgorzata.
Siedząc na oparciu nieco obdrapanej ławki, z łokciami opartymi na udach, zza ciemnych okularów wpartywałam się w jej potarganą czuprynę, nie mogąc wyjść z podziwu dla pogody, która potrafi tak diametralnie na nią wpłynąć. Siedziała grzecznie, ze złączonymi kolanami, z dłońmi położonymi na kieszeniach kurtki, z twarzą zwróconą w stronę słońca. Nigdy nie nosi okularów. Szkoda jej utraty czerwonych obrazów spod powiek. Mówi wówczas, że promienie słońca zbierają krwawe żniwo jej czarnych myśli. Niech nazywa sobie to jak chce. Mnie zdecydowanie bardziej, niż zszczepione linijki, podobają się nawet niepewnie podnoszone kąciki ust. Nieco drżące. Muszą się jeszcze wiele nauczyć. Muszą sobie jeszcze wiele przypomnieć. Muszą zacząć wracać do formy.
- Wiem, moja droga, wiem. Niekiedy cieszysz mnie bardziej, niż wiosna, wiesz? - powiedziałam, nachylając się nad jej głową. Zwróciła twarz w moją stronę, ze ściągniętymi wargami nieustannie powstrzymującymi ucieczkę uwięzionych już jakiś czas temu ząbków. Podniosła powieki ukazujące blue, nieblue tęczówki. Uśmiechały się tak mocno jak zęby, jak usta, jak brwi, jak ręce, jak lakier na paznokciach, jak przepona, jak zawsze. Przechodzący ścieżką usypaną żwirem staruszkowie spojrzeli niepewnie, acz z zaciekawieniem w naszą stronę. Cóż za niecodzienny widok! Dziewczę siedzące na opaciu ławki z Uśmiechem! Dziadziuś popatrzył na babcię, cały jak piesek z kiwającą głową, po czym wziął starowinkę pod rękę i oboje przyśpieszyli kroku.
- Wiem, moja droga, wiem. - odpowiedziała chowając roześmiane usta w pofałdowanym materiale białego szalika.
Od zamarzniętego jeszcze jeziora powiał przyjemny wietrzyk; odgarnął kosmyki włosów z naszych twarzy. No, to wizytę u fryzjera mamy już za sobą.
Właśnie w taki sposób uprzyjemniamy sobie niedzielne przedpołudnie.

*

Patrzyłam jeszcze przez chwilę w swoje odbicie. Prychnęłam i wlazłam do wanny. Najpierw prawa stopa. Tak od zawsze było, że ta prawość wychodziła na przód. Żeby skok na lewy bok mi bokiem nie wyszedł. Woda była w sam raz. Sprawą nogą już pewnie stanęłam w środku. Uniosłam lewą, podtrzymałam się prawą ręką o ściankę (o proszę, i co pomaga mi się podeprzeć?) i usadawiajać się powoli w wannie przymknęłam oczy, by nie widzieć, a czuć zanużanie. Delikatnie pieszczenie podnoszącego się poziomu, przy jednoczesnym wydechu jest jedną z tych rzeczy, które pozwalają mi się zresetować. Nigdy, przenigdy nie przerywa się kąpieli. Zanużyłam się głębiej, po sam podbródek. Rozluźniałam każdą część ciała; jedna ze sztuczek teatralnych, pozwala na bardziej treściwy odpoczynek.
I oto zobaczyli oboje przyobiecany świt. Zaczęło świtać natychmiast, przy północnym księżyciu. mistrz przechodził ze swą umiłowaną w blasku pierwszych promieni poranka przez omszały, kamienny mostek. Przeszli przezeń. Strumień został za plecami wiernych kochanków, szli piaszczystą drogą...
- Chodź coś zobaczyć! - krzyknęła Małgorzata, bardzo podekscytowana.
Ach, czyj tupet roztrzaskał mnie w drobne cząsteczki? Za taką radość z życia powinno się zabijać. Proces detoksykacji został anulowany.
- KĄPIĘ SIĘ! - wrzasnęłam. Oczywiście dla pewności, by przez drzwi komunikat mógł być tak wyraźny, jak w zamierzeniu.
- No chodź! Proszę, proszę, proszę! Musisz to zobaczyć! - nalegała.
Zabiję.
Wyszłam z wanny, tym razem starając się nie zawieszać wzroku na odbicu w lustrze, chwyciłam swój błękitny ręcznik frotte i owinąwszy się nim, otworzyłam na oścież drzwi łazienki. Chłodniejsze powietrze dla pewności owinęło moje wilgotne ciało, bym na pewno nie zdołała wrócić do poprzedniego błogostanu.
Niewielka stała w przedpokoju z dłońmi włożonymi w kieszenie krótkich spodenek, z lewą nogą wysuniętą nazbyt do przodu.
- Zobacz. - powiedziała, wskazując palcem w okolice swojej stopy.
Czerwone skarpetki w prezenciki z elementami srebrnej nici. Moje ulubione.
- O. Znalazłaś. - odpowiedziałam smętnie. Niech żyje system wartości.
- E-e. - potrząsnęła głową. - Podejdź bliżej.
Zrobiłam cztery kroki i przystanęłam. Na podłodze obok jej stopy leżał kłaczek. Prawdopodobnie z moich włosów, kóre ostatnio ściągałam z płaszczyka.
- Nie miałam czasu zamieść. A tobie nic by się nie stało, gdybyś wyrzuciła ten kłaczek.
- E-e. To nie kłaczek.
Podeszłam jeszcze troszkę i kucnęłam nieopodal jej wysuniętej stopy. Kłaczek. No kłaczek ze splątanych włosów. Przymrużyłam oczy, uniosłam lekko brwi, przypatrzyłam się. Chude, splątane włoski okazały się cienkimi nóżkami, a paproch w środku ciemnym odwłokiem. Ponury urok wiosny.
Pieprzony nasosznik zaczął wchodzić jej na stopę. Ja momentalnie spionizowałam sylwetkę, gwałtownie przyparłam ciałem całym do ściany. Ręcznik na podłodze udawał, że nie żyje. Jedna nóżka, druga, trzecia, czwarta... Obserwowałam całe to zdarzenie, nie mogąc wypowiedzieć ani jednego słowa, łzy spływały mi po policzkach. Niech on ją zostawi!...
Kiedy umiejscowił się już całkowicie na wierzchu jej stopy, ona gwałtownie podniosła jej przednią część ku górze i strumień wydychanego powietrza skierowała ku niemu. Pająk skulił się dziko, po czym szybko zbiegł z jej nogi na podłogę. Przyczajony, nieruchomo stał kilka centymetrów od niej.
- Nadepnął mi na stopę osiem razy. - powiedziała zdziwiona Małgorzata. Przystawiła lewą nogę do prawej normalizując swoją postawę. Popatrzyła na mnie z zaciekawieniem.
- Trzeba było go zdeptać... - wycedziłam, uchylając prawą powiekę, patrząc na nią surowo.
- A co to za zatysfakcja z zabijania słabszego przeciwnika! - zaśmiała się i tupnęła nie spuszczając z oczu pająka. Przebiegł natychmiast w ciemny kąt przedpokoju. Więcej go nie widziałam. Przesuwam pomarszczonymi palcami po tafli chłodnej wody.
Tak oto spędzamy sobie niedzielne późne popołudnie.

*

Późny wieczór stał się mordercą uzbrojonym w ciężki karabin, z którego strzelał serią rozczarowań. Siedziałyśmy my sobie, oni sobie, a znad naszych głów ulatywała w metafiżerny eter muza pomyślności, złotostruna lutnia i marzenia, cośmy je włożyli kiedyś do dziurawej kieszeni. Tak, tak moi drodzy M. Tworzymy królestwo pór roku świata stron komór serca, tworzymy najwyższy wymiar hiperhipokryzji...
- Połóż się. Już późno. Jutro czeka cię Dzień. - powiedziała zawczasu Małgorzata. Ona wciąż mnie wyczuwa.
Zaglądaj we mnie częściej, proszę.

           A            gdy         noc                    nadejdzie,
   Taki               sen       im      się        śni :
      On         jest                w     nim     wymarzonym        księciem,
           Ona        królewną                zaklętą.

I tak zasypiamy sobie w nocy z niedzieli na poniedziałek, ja w jednym, ona w drugim kącie mojej głowy.

niedziela, 27 lutego 2011

Kołderka.

Nie mogę zasnąć. Leżę tak już dłuższy czas i czuję, jak puchatymi myślami duszę mą duszę. A zaczęło się od tego:

Moonlight and love songs never out of date.
Hearts full of passion,  jealousy and hate

Woman needs man  and man must have his mate
That no one can deny...
As time goes by.
 
Wzruszyłam się, po czym wyłączyłam teleodbiornik. To wysoce niepoprawne w czasach ideologii corpucentrycznej. Po wtórnym obejrzeniu klasycznego melodramatu doszłam do wniosku, że sama z siebie do Casablanci nie wrócę. Wstałam jakoś tak ciężko z fotela, kątem oka żegnałam na czarnym ekranie smugi odlatującego samolotu. A nie, to tylko gasnące piksele. Udałam się do kuchni w celu zaparzenia herbaty. Zimne, bose stopy delikatnie kładłam na kafelkach. Stanęłam przed szafką, wyciągnąwszy rękę końcami palców zahaczyłam o gałkę, pociągnęłam do siebie. Otwierające się drzwiczki lekko skrzypnęły i z przykrością ukazały ewidentny brak herbaty. Już się nie pieszcząc trąciłam je tak mocno, że zamykając się głośno trzasnęły. Podparłszy się lewą ręką, przyłożyłam prawą dłoń do czoła, przygładziłam kilka razy nierozczesane włosy niedbale związane w kucyk i pociągnęłam nosem. Wzięłam głeboki oddech, sięgnęłam po butelkę z wodą mineralną i pociągnęłam parę małych łyków. Przełknęłam dokładnie, zakręciłam butelkę i wraz z nią zwróciłam się w stronę drzwi. Poczłapałam do przedpokoju, ze smutkiem spojrzałam na dwuramienny wieszak, na którym wisiał mój płaszczyk - jak zwykle cały w sierści. Lenisz się pomyślałam, po czym podeszłam i zaczęłam ściągać z niego jeden po drugim, długie, brązowe, nieregularnie poskręcane włosy. Pogładziłam rękaw, westchnęłam lekko i pogapiłam się bezmyślnie na płaszcz jeszcze przez chwilę. Zwróciłam się w stronę drzwi do sypialni, po czym jakieś półtorej minuty poświęciłam na żmudne przedostanie i wgramolenie się do łóżka. Ugniotłam pięścią poduszkę, kołdrę ułożyłam nogami tak, by standardowo umiejscowiła się pomiędzy nimi. Odwrócona twarzą do ściany wpatrywałam się w dosyć kobiecy cień wymalowany na tle w kolorze ceglastym. Wzniesienie, stromy spad, pagórek, dolina, pagórek, długie, delikatne zbocze. No jasne... już wtedy wiedziałam. Zapomniałam zgasić światła. Popatrzyłam przymrużonymi oczami na sączącą dość jasne światło żarówkę, kilka razy mrugnęłam powiekami. Wstałam, beznamiętnie wypuszczając powietrze, które nabrały policzki. Tup, tup, tup, tup. Pstryk. Tup, tup, KUR... Pieprzona szafka... Auć, tup, auć, tup. Usiadłam na krawędzi łóżka delikatnie rozcierając dłonią mały palec u prawej stopy. To nawet ten sam co kiedyś... Historie lubią się powtarzać. Położyłam się, przykryłam i odwróciłam do ściany.
 
 *
 
Teraz leżę przykryta kołdrą aż po sam podbródek, twarz mam skierowaną w sufit, ręce założone za głowę. Teraz jest mi już ciepło. To zabawne, że sama kołdra nie wytwarza ciepła, dopóki człowiek się nią nie nakryje. Jak już to zrobi, emanuje ciepłem, uruchamiając tym samym zdolności grzewcze kołdry. Wtedy już im obojgu ciepło. A sama kołdra? No jak kołdra, długa, szeroka, gruba. Cztery rogi ma. To chyba znaczy, że potrafi być dwukrotnie bardziej zła od diabła. Nie ma w sobie ni kszty ciepła. Ale we dwójkę, z człowiekiem, tworzą już całkiem niezły duet. Chyba każda kobieta ma w sobie coś z kołdry.
Wtem drzwi do sypialni otworzyły się z łoskotem. Nie musiało być zapalone światło, żebym rozpoznała Małgorzatę w postaci stojącej we framudze; nie było też potrzebne bym zobaczyła, jak wkracza po pokoju uśmiechając się po swojemu od ściany do ściany, rozstawiając po kątach swoją promienność. Od razu zrobiło się jaśniej, mimo ciemnych chmur przysłaniających księżyc.
- Jak zwykle, kołdrowata aż do szpiku kości. - powiedziała z przekąsem Małgorzata leżąc obok mnie na lewym boku, wpatrując się we mnie z zaciekawieniem. Nawet nie wiem, jak się tam znalazła. Nie lubię, gdy jest szybsza ode mnie. - Nie śpisz jeszcze. Co tym razem Cię trapi?
- Nic. Po prostu patrzę w gwiazdy. - mruknęłam. Ona uniosła brwi, marszcząc przy tym czoło, na którym w takich sytuacjach ze zmarszczek płynęło wymowne "Co ty nie powiesz...".
- Nie muszę ich widzieć, żeby wiedzieć, że tam są, prawda? - dodałam. Nie za bardzo wiedziałam jak jej powiedzieć, że strasznie tęskniłam. To tak, jakbym była zmuszona przez pewien czas chodzić z dziurą w głowie i klatce piersiowej. I jak tu powiedzieć, że jest mi do obłędu ciasno, szorstko, tęskno, rozdzierająco, drżąco, niepewnie, nieprzytomnie? Bąknęłam tylko niewyraźnie coś na wzór "Długo Cię nie było.". Chyba nie stać mnie w tej chwili na więcej...
- Nie muszę Cię widzieć, żeby wiedzieć, że coś jest nie tak. - szepnęła, delikatnie uśmiechając się. - Ale w końcu jestem.
- Wiesz... Zapaliłabym. - powiedziałam przygryzając usta, wpatrując się w jej smukłe palce.
Potrzeba mi otulenia. x2

poniedziałek, 14 lutego 2011

pstryczek w nos K.

Podnieta rośnie z kolejną klatką!

Nie ma przenaj-rzeczy. Mogą być tylko przerzeczy, albo najrzeczy. Kobieta może być przepiękna, najpiękniejsza, ale nie przenajpiękniejsza. Przenajświętszy sakrament to bujda. Nie to co nasza przenajmiłość, nieprawdaż?
Im więcej myślę, tym bardziej zaczynam wątpić. Można kochać malutko, bardzo, różowo, lekko, mądrze, dziko, miękko, na niby, nad życie, jak siebie samego? Miłość ma tylko jeden pułap. Miłość to krew. Wypływa silnym uderzeniem, rozsadza tętnicę, by wyżej, by więcej, by szybciej, by mocniej. Po przeminięciu napięcia płynie łagodnie w żyłach, nieco leniwie. Jeśli minie zastawkę, nie cofnie się. Jeśli jej nie dosięgnie - cyt, cyt, cyt... No to mamy problem. Kocha się raz, a dobrze. Z siłą sięgającą pewnego poziomu. Taką miłość trzeba gdzieś przelać, najlepiej na kogoś. Jeśli ktoś wleje w nas - jeszcze lepiej, mamy dwie pełne szklanki. Przelewając do pustego - mamy szklankę do połowy pełną i do połowy pustą. Satysfakcjonujące? Lepiej zostaw ją dla kogoś innego. Mając dwie szklanki puste... No niby nic takiego. Ale tak sucho jakoś. A co jeśli mamy tylko jedną pełną szklankę?


Powtóreczka z dwutysysięcznego dziesiątego. Godzina grubo po 22, lampka przy biurku oświetla czerwone, popękane naczynie. Odbijają się na blacie ciemne pioruny przecinające zaróżowione niebo. I tak siedzę na krześle wyklejając ten pełen przenajmiłości prezent malutkimi, czerwonymi cekinami w kształcie serduszek, które ku wielkiej uciesze Niewielkiej, zbutntowane wystrzeliwują z pęsety przy każdej próbie mocowania ich na szkle. Opierała się o prawą stronę biurka, tuląc kubek z herbatą. Zwykłą, o dziwo. Zerkała co chwilę znad uniesionych wysoko, wysoko brwi.
- Uparta jesteś. - powiedziała.
- Dlaczego tak uważasz? - zapytałam, cały czas koncentrując wzrok na przyklejanym serduszku.
- Przecież Ci mówiłam... W ten sposób jej tego nie powiesz, ona i tak nie zrozumie. - powiedziała pretensjonalnie.
- Ajjj... Nie czepiaj się. Są kryzysy, są wniebowzięcia. A to doskonale symbolizuje nasze uczucie. - odpowiedziałam, chwytając pęsetą kolejne cekiny.
Małgorzata prychnęła tak mocno w kubek z herbatą, że rozchlapujące się krople o mały włos nie przemoczyły różowych ozdobniczków. Już zdenerwowana, huknęłam na Gośkę tak, że biedna wyszła z pokoju i pewna jestem, że podkuliłaby ogon, gdyby tylko go miała. Ale wracając do mojej walentynki pełnej przenajmiłości... Przy trzecim rządku serduszek szło już całkiem nieźle, jakoś to wszystko zaczeło estetycznie ze sobą współgrać. W międzyczasie skleiłam sobie palce dwa razy, przykleiłam się do kleju, a jedno serduszko przykleiło się do włosów. To i tak lepsze, niż zeszłoroczna wykałaczka wystrzeliwująca w kierunku mojego oka. Dochodzi 23, a ja dalej pieczołowicie pracuję nad kwiatuszkiem. Kwiatek w doniczce zakwita, rozkwita, ale zawsze jest. Taka moja prywatna alegoria miłości. Mała Mi lekko uchyliła drzwi, wetknęła swój rozczochrany łeb i szeroko rozwartymi oczkami poprosiła o zgodę na przekroczenie progu...
- Nie chciałam rozlać tej herbaty, naprawdę... - mówiła, prawie nie otwierając ust. Podchodziła coraz bliżej, trzymając ręce za plecami.
- Nie chciałam na Ciebie huknąć... Wiem, jak bardzo ta cała sytuacja Ci nie odpowiada... Ale to przechodzi. Mówię Ci. - powiedziałam i ucałowałam ją delikatnie w czoło. Przyklęknęła przy moim krześle i położyła mi na kolanach sznurek, tasiemkę i jakąś okurzoną zabawkę.
- To tak na wszelki wypadek, jakbyś zmieniła zdanie. - powiedziała patrząc spod brwi.
- O nie... Powiedziałam, nie będziesz robiła powtórki z Łatuńskiego, rozumiemy się? Nie na mojej zmianie. - powiedziałam stanowczo i sypnęłam w nią garścią cekinów, którymi miałam obsypać walentynkę.
- To Cię śmieszy, mieć na głowie tyle serc?

Wiesz, Małgorzato... Jeśli moje przemyślenia okażą się słuszne, to mamy przejebane.

niedziela, 6 lutego 2011

samba przed rozstaniem.

Jest kilka rzeczy, które zdecydowanie warto.
Z pewnością warto wierzyć w Coś. Kiedy zawiedzie Cię Każdy, zostaje Ci zawsze Coś. Możesz się zwrócić do Coś. Coś wcale nie musi istnieć, być mógł na Coś liczyć. Nieistnienie Coś wcale nie wyklucza wiary w Coś. Ja doskonale kochałam i wierzyłam  w Coś, którego nie było, lub było i się zabiło.
Z pewnością warto być nieufnym. Gwarantuje to bezpieczeństwo. Postaram na nowo nauczyć się nieufności. Ty też spróbuj, na pewno się nie zawiedziesz x2
Z pewnością warto się nie odcinać. Czasami warto być podobnym. Na siłę wykrajając z siebie inny kształt, nigdy nie wpasujesz się w teraźniejszość. Lepiej nie być wyalienowanym.
Z pewnością warto mieć paczkę papierosów. Nawet będąc sam, nigdy nie będziesz samotny.
Czasami warto żyć. Nawet jeśli w głowie hula dekadentyzm.
Całej reszty nie warto.


mimo iż
niekiedy nazbyt należę do ciebie.
Ja odwrócę głowę,
byś przypadkiem
nie uchwyciła mego ostatniego spojrzenia.
Nie.
Rzęsy zakryją
niebo najbardziej niebieskie,
niebo najbardziej deszczowe.
Nikt
nie jest wart takiego krajobrazu.
Już nigdy
więcej nie pozwolę na siebie patrzeć.

środa, 2 lutego 2011

O historyjach, co się powtarzać lubią.

Miała być w mieszkaniu punktualnie o 22, lecz dłuższej wskazówce jeszcze trochę brakowało do dwunastki. Podobno rzuciła to śmierdzące cholerstwo, ale w takiej chwili naprawdę nic innego robić nie sposób. Wyjęła z bocznej kieszonki torby paczkę cienkich papierosów. Przez chwilę wpatrywała się w równo ułożony rządek, po czym włożyła jednego do ust. Na kilka sekund mała iskierka rozświetliła mrok, który zamienił się w szarą, brudną klatkę schodową, z obdrapanymi ścianami, z czerwonym napisem MATEUSZ TO HUJ na wewnętrznej stronie drzwi, przez szpary których przewiewał chłód nocnego wiatru. Mimo to w środku cuchnęło stęchlizną i moczem. Miejsce gwarantujące spełnienie wszystkich potrzeb okolicznych włóczęgów. Ohydne. Objęła się rękoma (z niedoczekania, czy z zimna - sama nie wiem), zaczęła stąpać małymi kroczkami, trzymając papieros w ustach wydmuchiwała białe smużki mentolowego dymu. W pewnej chwili wysoka szpilka jej obuwia zahaczyła o szklaną butelkę, która z przewróciła się z hukiem, po czym poturlała się pod ścianę, robiąc przy tym dużo hałasu. Ktoś na parterze zapalił światło, pozioma strużka pod drzwiami rzuciła się w jej modre oczy. Usłyszała kroki, które przecięły świetlistą linię. Uważnie nasłuchiwały odgłosów z korytarza, po dłuższej chwili zniecierpliwione odeszły. Pewnie czekały, by podskoczyć na czyjś widok. A może gotowe do ucieczki, obawiały się czyjegoś powrotu. Może to i lepiej, że ona miała złożyć wizytę na innym piętrze. Zaciągnęła się ostatni raz. Bardzo głęboko, do dolnych warstw płuc. Móc i mieć czym oddychać... Dogorywającą końcówkę rzuciła w mrok, stanęła na pierwszym stopniu schodów i chwyciła ręką poręczy. Było ciemno, ale to żadna przeszkoda, znała tę drogę na pamięć. Starała się nie stukać obcasami, przecież było późno. Pierwsze piętro. Drugie. Zatrzymała się przy szóstce. To tylko jeden numer przed. Przymknęła na chwilę oczy, wzięła głęboki oddech (jak bardzo żałowała, że nie może zapalić raz jeszcze). Liczyła, że to uspokoi jej żołądek, który wrzał już w momencie otrzymania mimowolnego zaproszenia.
- Chcesz wpaść wieczorem?
- Wieczorem... Chyba jestem już umówiona.
- Trudno.
- Chociaż właściwie mogłabym poprzesuwać...  Co w ogóle proponujesz?
- Chodźmy do mnie. 
Najprostsze i najczęstsze zaproszenie do łóżka. Nie lubiła, gdy pozbawiał magii tego wszystkiego. Nie, nie miał ciosanego sposobu myślenia, był konkretny. Wiedział czego chce. Ona także, ale dla niej między czarnym, a białym od zawsze było dużo odcieni szarości.
- O której mam być?
- 22. Nie lubię, gdy ktoś przychodzi zbyt wcześnie. Jest nachalny. Spóźnialski jest więc nieobowiązkowy. Bądź punktualna. A, i nie zapomnij szczoteczki. Ja Ci swojej nie użyczę.
Pokonała jeszcze kilka schodów. Stanęła przed drzwiami, przeczesała włosy ręką (naprawdę chcesz być właśnie tą kobietą?), ułożyła je na lewym ramieniu, jak miała w zwyczaju. Nacisnęła dzwonek. Dociskała go z dwie sekundy - tak w sam raz. Lewą ręką wyrównała czarną spódniczkę. Po chwili szybko wytarła palcami kąciki ust - jej maniera. I nic. Tym razem zapukała do drzwi. Wtedy usłyszała kroki. Ani nie wyczekujące, ani nie z niedoczekania. Ot, chód. A może i chłód? Przekręcająca się gałka wywróciła jej świat do góry nogami. Błysnął medalik, który zawsze nosił na szyi. Weszła do środka, on zamknął za nią drzwi, nie zapaliwszy światła w przedpokoju. Objął ją prawą ręką i przycisnął do siebie, przeciągnął dłonią po jej lędźwiach. Twarz trzymał blisko przy jej policzku tak, by mógł ją pokłuć dwunastogodzinny zarost. Bardzo to lubiła. Odsunął twarz, gładząc jej podbródek. Oddychał wydychanym przez nią powietrzem. Jego oczy - las iglasty. Jej - szkiełka, okryte zbyt mocno wytuszowanymi rzęsami, wzniecające pożar. Już za chwilę jego usta delikatnie musną jej czoło, potem nos, kolejno górną i dolną wargę. Zatopią się w namiętnym pocałunku. Już za chwilę ona upuści torbę na podłogę, z której wypadnie paczka papierosów. Będzie mogła przywrzeć do niego całą powierzchnią ciała. Choć to dwa puzzelki z różnych pudełek, które może i pasujące do siebie, nigdy nie zbudują jednego obrazka. Zaraz po tym, on rozepnie zamek jej kurtki, nie odrywając języka od jej szyi, już nieokręconej czarną chustką. Drań. Będzie ją rozbierał w drodze do łóżka. Moment po tym, ona będzie manewrować wprawnymi dłońmi przy jego podbrzuszu. Rozepnie pasek spodni prawą ręką, lewą pierwszy guziczek koszuli. On zwinnym ruchem podniesie ją, by mogła się opleść wokół niego długimi nogami, podciągając przy tym i tak krótką spódniczkę. Tak wygodniej. Po tym przez głowę ściągnie mu do połowy rozpiętą koszulę, odsłaniając bezczelnie prężący się tors. Szczęście ich i zegarka, że on z haftkami nigdy nie miał problemów. Już dotykając i całując jej piersi położy ją na ówcześnie starannie wygładzonej pościeli. Już za chwilę, już za ułamek sekundy, przedzierając wciąż za twarde powietrze, stworzą sobie prywatne niebo. Na te kilka godzin, na łączną wyłączność. Już za chwilę, już za moment, już...
- Na każdym kroku wspominała, że niekiedy postępujesz wręcz idiotycznie, ale żeby aż do tego stopnia? - zrugała mnie Regina. Uniosłam prawą brew znad pozaginanych kartek. - Nie czyta się po kilka razy takich książek. - rzuciła. Wstała z łososiowej kanapy, wychodząc z pokoju trzasnęła drzwiami.
Bo w kobiecie o pustym sercu, znajdzie się miejsce dla każdego człowieka. Faktycznie!


Należą Ci się przeprosiny, Najcenniejsza Igło w stogu siana.

piątek, 14 stycznia 2011

ani ja dla ciebie.

Dane:
Mężczyzna A
i
Mężczyzna B

Mężczyzna A usiadł. Stanowczo, bo to chciał zrobić.
Mężczyzna B usiadł też. Ale lżej. Jakby się wahał, czy aby na pewno tego chce.
Mężczyzna A otworzył książkę, wyjął z niej zakładkę, docisnął dłonią kartki i zaczął czytać.
Mężczyzna B zawiesił oczy w martwym punkcie, trzymając książkę w ręku, delikatnie gładził kciukiem miękką okładkę.
Mężczyzna A po minucie zwilżył językiem wskazujący palec, przewrócił kartkę i z uwagą śledził dalsze losy bohatera.
Mężczyzna B ocknął się, jakby sam w duchu mówił do siebie "weź się w garść, zrób to wreszcie", otworzył książkę i zaczął ją wertować od przedniej, do tylnej części okładki. Wachlując się takowym wiatereczkiem, uniósł kąciki ust, najpierw nieznacznie, potem śmielej, aż w końcu szczerze uśmiechnął się prawdopodobnie do przewracających się kartek.
Mężczyzna A przygryzł lekko dolną wargę i zmarszczył brwi. Założył prawą nogę na lewą, na nich położył książkę i pochylił się nad nią tak, że wydawało się jakby miał chęć wskoczyć między linijki tekstu.
Mężczyzna B zatrzymał się w końcu przy rozdziale I i zaczął czytać. Pierwsza linijka z głowy. Druga też, ale do połowy. Czwarta linijka. I znowu pierwsza. Chrząknął lekko, wyprostował się i zaczął czytać od początku. Wbił oczy w pierwsze zdanie.
Może wróć już do niej, co? Zakochani nie mogą czytać książek.
A Tobie, Mężczyzno A, życzę, byś kiedykolwiek był w stanie stać się Mężczyzną B.


-Gdzie mam Cię szukać? Jak mam Cię odnaleźć? -zapytała.
-Odnajdziesz mnie nie przy pomocy oczu.
Taki oto dialog wyśnił się pewnej nocy, takiej jak wszystkie. Niczym podrzędna, zapomniana wymiana zdań Gwynplaine'a i Dei, którą autorzy wykreślili ze scenariusza.

niedziela, 9 stycznia 2011

co się wcale nie wydarzyło, ale o tym piszę, bo a nuż widelec.

A co jeśli ja ciebie
po
kroję w drobne kawałeczki?

Siedem łyżeczek Cappuccino, jedna tabletka słodziku i 1/4 mleczka niskosłodzonego do kawy - to stawia ją na nogi. A może po prostu budzi w niej małego cukrzyka, który dzień w dzień walczy o jeszcze więszke pokłady słodkości. W pokoju tego poranka zamieszkał bardzo miły zapach, niezmącony dymem, co mnie cieszy. Lubię woń tego przesłodzonego napoju, świeżego powietrza i jej, gdy bardzo wcześnie wstaje z łóżka i chodzi po mieszkaniu w rozpiętej koszuli swojej bladoróżowej, satynowej piżamki. Na początek rozgościła się przed monitorem, ponownie pozwalając na odbijanie się niby-mężczyzn na powierzchni jej źrenic. Głowy również. Typowe, jak dla niej. Siedząc na łososiowej kanapie z książką na kolanach, kątem oka przypatrywałam się nawet nie tyle jej samotności, co tęsknocie. Właściwie nie wiadomo za czym. To jak gra w ciuciubabkę, tylko nie wiesz co właściwie masz złapać i w ogóle nie wiadomo o co chodzi. Robi z siebie cierpiętnicę narodów, jak jej matka. Niedobrze. W ogóle jest niedobrze, ale również mi niedobrze na myśl, że mogłaby się stać taka jak ona.
No bo czego ona właściwie się spodziewa? Czego ona właściwie oczekuje?
- Żeby miał cierpliwość jak Andrzej, mózg jak Wuj, wyobraźnię jak John z "9 i pół tygodnia", głos niczym T. Montana i serce jak Pan Prezes.
- O kochana, a cóż to za pomysł, żeby kochać mężczyznę, który szron na skroniach nosi o każdej porze roku? - odpowiedziałam wznosząc nieco karykaturalnie oczy ku górze. A niech wie, że głupoty opowiada.
- No nie przesadzajmy... I niech wygląda jak Marlon Brando za czasów "Tramwaju...", ale żeby miał oczy Conrada. O tak...
- Sięgasz po tych na wymarciu. - już miała otworzyć usta, ciekawe do czego tym razem chciała się przyczepić - Dosłownie i w przenośni. Ogranicz te bajki. Łudzisz się przesiąkniętą fikcją historią i liczysz na jej spełnienie. Może i się uda, ale tylko na ekranie.
- I kto to mówi...
- No chyba sobie żartujesz. - odpowiedziałam i wróciłam do czytania. Śmieszne, przecież i tak znam to na pamięć. Właściwie mogłabym ten fragment napisać lepiej, niż sam Bułhakow.



ko
nwersacji nigdy dość. Zwłaszcza tych dobrych. Ciężko o takie, gdy jest się częścią generacji 'Lubię to".


"seks bez miłości to porno.
i teraz porno to właśnie miłość."

- Ciebie nie drażni ta częsta zmiana ról? - zapytała mnie mrużąc lekko oczy, wysuwając nieznacznie żuchwę do przodu. Czyli mówi poważnie.
Wyszła.
Zasłuchana w to, co miał jej do przekazania Czesław Mozil, który śpiewa:

Leć tam, gdzie miłość głaszcze cię dłonią
Nie płacz za tymi, co miłość twą trwonią
Leć z tym, co słów twoich słucha
SŁUCHAJ JAK MIŁOŚĆ WRZESZCZY DO UCHA

Uśmiechała się lekko, widok rzadki, więc może tylko mi się zdawało, może promienie świetlne padły inaczej niż zwykle, może wywołały złudzenie optyczne. A może wokół niej coraz śmielej zaczęły fruwać ciepłe, przyjemne myśli, które po chwili obszczekał pies. Tak czy siak wróciła do domu, zostawiając przed drzwiami ciągnący się za nią kondukt.


cham.
i Nikt więcej.
Naprawdę, to już ponad moje siły.