- M. Niewielka przy telefonie. - obudziło mnie surowe zdanie Małgorzaty wypowiedziane o 6,32. Zastanawiające, wcześniej nie zdarzyło się ani jednej z nas, by otrzymywać wiadomości, a co dopiero telefony o tak wczesnej porze. Nawet nie usłyszałam porządnego 'dryń, dryń', a to znaczy, że Małgośka musiała czatować przy słuchawce. W głowie powoli zaczęłam kompletować ubranie, bo cokolwiek się dzisiaj wydarzy (a czułam że będzie to coś... niecodziennego) muszę wyglądać zadowalająco. Nie zdążyłam rozstrzygnąć sporu między fioletową, a oberżynową podkoszulką, bo wytrącił mnie krzyk Małgorzaty:
- Pan chyba zwariował! Nie, nie! Nie interesuje mnie, co ma Pan mi jeszcze do zaoferowania! Powiedziałam NIE! Do widzen... Nie! Do widzenia! - i trzasnęła słuchawką o widełki tak mocno, że jeden z haczyków się ułamał.
- Nie no, Gośka... I coś narobiła? Jak ja mam to teraz skleić?... - zwlokłam się z łóżka i podniosłam z podłogi wyłamaną część.
- Zamieszczałaś gdzieś ogłoszenie o wynajmie... sufitu? - zapytała Małgorzata z wyjątkowo nieinteligentnym wyrazem twarzy.
- Sufitu? Co Ty wygadujesz? - odpowiedziałam pytaniem.
Ja wiem, że niewielcy mają wielką wyobraźnię, ale to nawet do Niej nie było podobne.
- No tak, SU-FI-TU. Przedstawił się jako Komar i mówił, że znalazł w gazecie taką rubryczkę, i że chętnie wybierze się dzisiaj popołudniu na oględziny naszego sufitu.
Zostałyśmy zbite z tropu, bo jeśli żadna z nas tego nie zrobiła, to... kto? Było to pytanie na dzień dzisiejszy. Zaparzyłam kawę, otworzyłam nową paczkę papierosów i chłonęłam zmysłami własny świat przedstawiony. Potem postanawiłam wypić i zapalić, ale to rozproszyło mój błogostan.
Przedsmak jest zdecydowanie bardziej pociągający, niż esencja. Pragnienie zrobienia czegoś popycha człowieka do rzeczy niekiedy go przerastających, pomaga wyzwolić wewnętrzną siłę, która do owego momentu pozostawała niewykorzystana. Z moich porannych rozważań brutalnie wyrwało mnie pukanie do drzwi. I to właśnie w chwili, gdy ułożyłam się na krześle w najwygodniejszej pozycji w całej galaktyce, takiej w której każdy człowiek próbuje się ułożyć przez całe życie. No trudno. Mimo wielkich oporów wstałam i zaczęłam człapać w kierunku drzwi. Nieumyślnie uderzyłam małym palcem prawej stopy o regał z książkami. Wydaje mi się, że jest co część ciała stworzona po to, by jak najboleśniej się w nią pieprznąć. Chwilę w wielkiej udręce pozwijałam się na podłodze, mając cichą nadzieję, że pukającemu odechce się czekania i najzwyczajniej w świecie sobie pójdzie. On jednak nie odpuścił, bo po chwili znowu rozległo się pukanie do drzwi. "Uparty" pomyślałam i zaczęłam otwierać nasze 7 zamków. W końcu udało mi się porozbrajać wszystkie zabezpieczenia, nacisnęłam klamkę a moim oczom ukazała się... pusta klatka schodowa.
- Gośka, słyszałaś pukanie do drzwi? - zawołałam.
Ona nie odpowiadała.
- No trudno. -pomyśłałam i zaczęłam zabezpieczać nasze drzwi.
Wróciłam do pokoju, tym razem uważając na niebezpieczny mebel. Do tej chwili mam na sumieniu mały palec. Usiadłam na parapecie, włożyłam do ust papierosa i wtedy wraz z dymem okryło mnie niepokojące uczucie. Rozejrzałam się po pokoju. Nic się nie zmieniło. Przynajmniej nie powinno.
- Dzień dobry! - usłyszałam za plecami obcy, jednakże miły głos.
Odwróciłam się gwałtownie, co spowodowało mój upadek na podłogę. Obicie kości ogonowej boli równie mocno, jak uderzenie w palec u stopy.
- Pani pozwoli sobie pomóc - powiedział wyciągając do mnie kończynę. - Nazywam się Komar. Mimo sprzeciwu Pani współlokatorki postanowiłem się pojawić.
- Małgorzata jest bardzo impulsywana, proszę jej to wybaczyć. - powiedziałam, po czym się przedstawiłam i zaproponowałam filiżankę kawy. Prowadziłam z p.Komarem bardzo miłą konwersację do czasu, gdy...
- Kto to jest?! - krzyknęła stojąca w drzwiach Małgorzata.
- Pani pozwoli, że się przedstawię... - zaczął Komar.
- Nie pozwalam. Wynocha z mojego domu. - warknęła bardzo niegrzecznie Małgorzata.
- Ale proszę dać mi wyjaśnić moje przybycie. - upierał się Komar.
Małgorzata była już dość roztrzęsiona przez Jego telefon, więc zaistniała sytuacja wpłynęła na nią bardzo negatywnie. Naprawdę, nie miałam zielonego pojęcia, co się mogło wydarzyć, ale tego co się właśnie stało nawet moja nieogarnięta głowa nie mogła pojąć. Dla podręcznikowego czytelnika cała ta sytuacja wykracza poza codzienną rutynę, dlatego wprowadzenie kolejnego bohatera już zaburza całą logikę zdarzeń.
-AGGRRRAAAAHGHRRAAAA! - usłyszałam przeraźliwy okrzyk, którego następstwem okazały się pozostałości jedynie skrzydełek Komara. Nad szafką, która mściła się na moim małym placu, na cienkiej pajęczynie wisiała pająkopodobna kreatura. Postanowiłam się przestawić na tryb ''nieobecny'', niech Gośka to załatwi. Kiedy ocnęłam się po pewnym czasie zostałam przedstawiona panu Pająkowi, jako ta nieodpowiedzialna, która wpuściła Komara do domu.
- A co było w nim takiego złego? - zapytałam.
- Przyssałby się do Was! - odpowiedział p.Pająk.
- On przynajmniej nikogo nie zjada... - mruknęłam pod nosem i udałam się do kuchni zaparzyć melisę. Zbyt wiele dziwnych rzeczy mnie dzisiaj spotkało.
Tymczasem Panu Pająkowi żyło się w naszym domu bardzo dobrze. Małgorzata nieźle się z nim dogadywała, dzięki niej polubił The Ramones, ona została uświadomiona, jak bardzo złymi istotami są muchy. Od tamtego momentu razem urządzali po całym mieszkaniu pościgi za owadami nucąc
Sheena is a punk rocker. Naprawdę nie miałam nic przeciwko tej znajomości. Jednak, gdy pewnego dnia zobaczyłam Pana Pająka zajmującego moje miejsce na łososiowej kanapie, zabawiającego Małgorzatę opowieściami prosto z zatęchłej piwnicy, coś we mnie pęłko do tego stopnia, że zaczęła mi drgać lewa powieka. Tego było za wiele, więc resztę popołudnia spędziłam na rozmyślaniu, jakby się go pozbyć...
Bingo.
Szybko wybiegłam na klatkę schodową, zbiegłam po schodach i wręcz wypadłam na ulicę. Odwróciłam się i zaczęłam wodzić po oknach sąsiadów. Ten z entego piętra stał przy oknie nieruchomo, jak skała.
Świetnie. Już po chwili stałam przed drzwiami do jego mieszkania. Zapukałam, usłyszałam ciche szuranie, aż w końcu trzask otwieranego zamka.
- Wiem, że ma pan kota i rower. Czy mógłby mi pan wypożyczyć tego pierwszego na potrzebę troszkę niecnego celu? - zapytałam.
- Nie mam nic przeciwko. Kocur, chodź. - powiedział, po czym wręczył mi typowego dachowca.
- Dziękuję bardzo! - odkrzyknęłam, zagłuszając go, gdy próbował sie przedstawić. Śpieszyło mi się.
W mieszkaniu panowałby mrok, gdyby ciemności nie rozpraszały zapalone świece. Małgorzata z Pająkiem w odświętnych strojach popijali czerwone wino siedząc na łososiowej kanapie.
Wytrzymasz to, wytrzymasz.
Poszłam do kuchni z Kocurem na rękach, w głowie dopieszczając plan unicestwienia nowego lokatora. Wtem z salonu dobiegł mnie tupot ośmiu odnóży niosących właściciela w stronę kuchni.
- Witaj, może dołączysz do nas? - zapytał uprzejmnie.
- Witaj, może nie. - ucięłam.
Gdy zdjął wołowinę z gazu, wiedziałam, że to już czas. Wypuściłam więc Kocura z rąk, który to o dziwo nie spadł na cztery łapy, tylko wzbił się w górę, lądując blisko garnka z mięsem. Zaczął pochłaniać jedzenie tak łapczywie, że nawet nie zauważył, że wsunął także jedną nóżkę, drugą, trzecią i czwartą...
- Wcinaj Kocur, wcinaj. - mówiłam pieszczotliwie, głaskając go po grzbiecie. - Dobra robota.
W najmniej oczekiwanym momencie do kuchni wpadła Małgorzata.
- Coś się stało? Słyszałam przewracający się garnek i... - przerwała Małgorzata dostrzegając ósmą kończynę wystającą z pyszczka Kocura.
*
Małgorzata nie odzywała się do mnie przez kolejne kilka dni. I było by tak dalej, aż do pewnego momentu, w którym wydarzenia znów przybrały drastyczny obrót.
- Jesteś w domu? - usłyszałam głos Małgorzaty dobiegający z frontowych drzwi.
- W salonie! - odkrzyknęłam, delektując się smakiem czarnej kawy, siedząc na moim miejscu na łososiowej kanapie.
- Dawaj mi zaraz tego kota. - warknęła Małgorzata wpadając do pokoju.
- Jakiego znowu kota? - zapytałam, odstawiłam filiżankę na stolik i usiadłam. - Nie mamy w domu kota.
O nogi Małgorzaty zaczęło się ocierać duże zwierzę, zupełnie go nie zauważyłam będąc w pozycji leżącej. Wyprostowało sylwetkę, obróciło łeb w moją stronę.
- To zemsta za Pająka. Gdzie ten kot?! - wrzasnęła Małgorzata.
Oniemiałam.
- Przyprowadziłaś do domu Lwa, by ten... zjadł... Kota?
I Lew pożarł nas.
*
- Dasz wiarę? Naprawdę nie mam pojęcia, co moja głowa chce mi powiedzieć przez takie sny. - powiedziałam i zaczęłam masować skronie. Siedziałyśmy z Małgorzatą w kuchni, przy świeżych grzankach i kawie, której aromat powoli malował mi dzisiejszy poranek.
- Ci niewielcy tak mają. - odpowiedziała z uśmiechem i pocałowała mnie w czoło.
Stał na klatce schodowej w ciemnozielonym swetrze, z kotem na rękach i przyglądał się przez judasza porannemu przebiegowi wydarzeń.