czwartek, 30 grudnia 2010

Zdarzyć się mogło.

Może zacznę od tego, że bardzo nie lubię niespodzianek. Najbardziej to takich, przez które pękają ówcześniej podopinane ostatnie guziki. Ale dzisiaj nie o tym.

*

- Jestem już pod domem. Musimy porozmawiać. - powiedział Olo. Odłożyłam słuchawkę, a blue-oczy momentalnie się rozlały. Nie chciał mi powiedzieć o tym, że na drogach już nie jest tak ślisko, że dzisiaj w pracy pouzupełniał raty, że TAM jest już w porządku. Dobrze wiedziałam, że nie będzie mówił o rzeczach miłych, a nawet lekkich. Otworzyłam drzwi, stał już przed wejściem, trzymał czapkę w ręku. Już? Po wszystkim? Zmine powietrze wlało się do przedpokoju, miałam wrażenie, że nawet w nim może się ogrzać. Wszedł do środka, nie zdejmując butów i powiedział:
- Jedziemy TAM. Wszyscy już są.
Przecież wiedziałam, że w każdej chwili może tak się zdarzyć. Przygotowywałam się do tego już od pewnego czasu. Chwilo, nadeszłaś za szybko! Przylizałam włosy, włożyłam sweter, ponownie przylizałam włosy. Nie malowałam rzęs.

Wyrzucił do połowy spalonego papierosa w śnieg i wsiadł do samochodu. Pomogłam mu przygotować nawigację. "Lubin, Bema 5". Z początku jechaliśmy w milczeniu.
"Za 200 metrów skręć w prawo." zasugerował kobiecy głos.
- Super, po Kunicach tez nas będziesz prowadzić... - mruknął pod nosem Olo.
Jechałam TAM, właściwie nie wiedząc, czego mam się spodziewać. To pierwsza od dawien dawna sytuacja, w której zachowuję trzeźwość umysłu i nie wiem, co z takim fantem zrobić. Nie wiem co usłyszę, co zobaczę. Staram się nie spodziewać niczego. Chodzi tylko o to, by pobyć z nim przedostatni raz.
- Nie darowałbym sobie, gdyby mnie miało tam nie być. 10 lat temu, przy niej, powiedzieli, że jesteśmy za młodzi. - zaczął Olo.
- Miałam wtedy 7 lat. I wiesz... Nie pamiętam już jak to było przedtem. Nie pamiętam jej nim odeszła. A z każdym dniem te dalekie obrazy rozmazują się jeszcze bardziej. Dopiero po wszystkim Lucyna pozwoliła mi patrzeć.
- No właśnie. A ja chciałem przy niej być, nawet jeśli nie była już przytomna. -otarł mokry policzek rękawem płaszcza.- Żeby patrzeć na kardiograf i wiedzieć, że jej serce jeszcze bije.
"Za 100 metrów skręć w lewo, potem prosto."

Jeśli to miejsce miałoby mnie przywracać do dobrego stanu zdrowia, to wydaje mi się, że nigdy by mnie stamtąd nie wypisano. Stałam w drzwiach, opierając się o framugę, wpatrując się w długi korytarz. Idealny dla seryjnego mordercy. W prawym rogu do czerwonej miski kapały duże krople wody, która gromadziła się w uszkodzonym suficie. Wsunęłam papierek po wafelku do kieszeni płaszcza i wróciłam na korytarz, gdzie czekali wszyscy. Atmosfera nad wyraz jałowa. Artur, Andrzej i Olo wyszli na papierosa. Podobno to pomaga rozładować stres. Usiadłam obok Fredka, wtuliłam głowę w jego ramię. Przysłuchiwałam się rozmowie Grześka i Gabrysi, którzy cenzurowali przebieg choroby.
- Tato, powiedz mi, czy to dobry pomysł? - zapytałam bardzo konspiracyjnie.
- Nie przy inteligencji dziadka. - odpowiedział.
Nagle wszyscy się poderwali i stanęli po lewej stronie, pod ścianą. Ja stanęłam jak wryta. Pisk kółek rozległ się po korytarzu. Na łóżku wieziono nieodznaczające się pod pościelą, nienaturalnie ułożone ciało, przewiązane czerwonymi i przezroczystymi kablami.

- Dzieciaki, chcecie iść zobaczyć? - zapytała Marta.
- Oli? Pójdziesz ze mną? - poprosiłam brata. Uchylił drzwi, przepuścił mnie pierwszą.
Z każdej z sal dopadały mnie pełne nadziei spojrzenia. Kradłam je. Przepraszam, że nie byłam siostrzenicą, chrześniakiem, ciocią, synem, bratową. Kiedy stanęłam w drzwiach przedostatniej sali byłam tylko wnuczką. Wnuczką. Aż wnuczką.

Wyszliśmy wszyscy razem. Część szła w milczeniu, reszta rozprawiała o jego niezwykłej postawie. Że pomimo tego, co się wydarzyło przed kilkudziesięcioma minutami, on pamiętał, on rozmawiał, on żył.
- Do widzenia. - powiedziała na odchodne Marta w stronę rejestracji Izby Przyjęć. Oby nie.

środa, 22 grudnia 2010

coś się tu nie odbywa, jak powinno.

Do:
Mojej Drogiej Pani.

      Gdybym tylko mogła do Ciebie mówić, a nie pisać, z pewnością nasza rozmowa wyglądałaby inaczej. Inaczej też by się potoczyła. Mimo iż za każdym razem zbyt wiele zostaje we mnie i w Tobie, rzadko w nas. Ale to słowa niewypowiedziane ciążą bardziej, niż te nienapisane. Ty coś o tym wiesz. Bez względu na wszystko, to taki pierwszy raz, postaram się, by był wyjątkowy.
      Gdybym tylko mogła Ci powiedzieć, że czuję się już lepiej, z pewnością Tobie także lepiej by było. Choć to wcale nie jest tak, że nasze nastroje są od siebie zależne. A lepiej wcale nie znaczy dobrze. Dobrze jest wtedy, kiedy jest bez-czynnie i bez-myślnie. Dobra chwila pozwala na rozkoszowanie się nią, bez odrywania od niej uwagi. Bez prasowania spodni w kant, bez myślenia o tym, że za chwilę trzeba dolać wody destylowanej. Nigdy nie byłam w "Dobrze".
      Gdybym tylko mogła Ci powiedzieć, że tutaj wcale nie jest tak, jak sobie wyobrażałyśmy. W mroku kryje się pewne niejasne bezpieczeństwo. W ciemności, nikt nie zobaczy Ciebie zdejmującej maski, pod którą jesteś prawdziwą sobą. Teraz czuję się tak, jakbym stała nocą, w pełnym świetle latarni.
      Gdybym tylko mogła Ci powiedzieć, że nie miałaś racji. To, co się dzieje na scenie jest niepowtarzalne. Nie zdarzyło się nigdy wcześniej, nie zdarzy się już później. Dzieje się tylko teraz. I nawet jeśli to ten sam spektakl, ta sama postać, ta sama kwestia. Dzieje się tylko raz. "Klatka filmowa jest wieczna". Jest wiecznie martwa.
      Gdybym tylko mogła Ci powiedzieć, że uczę się mówić. Już niedługo będziemy mogły porozmawiać przy herbacie i papierosie o tym, czym jest normalność. Czy jest moralnością, czy tym, co zostaje przyjęte przez otoczenie, co jest czesto powielane. Będziemy mogły porozmawiać o tym, czy wiara bez religii jest możliwa. I o tym, że 'nic jakoś nam nie żal, a powinno być żal'.
      Gdybym tylko mogła Ci powiedzieć, że żyję w dziwnym czasie. Niespotykanym, bo gdy czekałam na narodziny Króla, król zmartychwstał. Gdybyś tylko mogła mnie teraz zobaczyć.

M.N.

PS Gdybym tylko mogła wysłać ten list. Nie mogę. To może się wydawać niezrozumiałe, ale tu nie ma klamek. Śmieszne.

niedziela, 19 grudnia 2010

Tym bardziej, że i tak jestem zupełnie nie na miejscu.



Zwykłe kobiety nigdy nie działają na naszą wyobraźnię. Ograniczone są ramami wieku, w którym żyją. Nie przeistacza ich żaden blask. Dusze ich poznaje się tak łatwo jak ich kapelusze. I zawsze je można widywać. Nie otacza ich żadna tajemnica. Rano wyjeżdżają do parku, a po południu paplają przy herbacie. Mają swój stereotypowy uśmiech i eleganckie maniery. Takie są zrozumiałe. Ale aktorka! Aktorka to zupełnie coś innego. Harry, czemu mi nie powiedziałeś, że jedyną istotą godną miłości jest aktorka?


Przyłapałaś więc trupa na istnieniu, co dalej?
Nie pójdziemy przecież do łóżka.
Nie wypada aż tak mocnych akcentów kłaść na koniec.
Mrowi deszcz, dopij swoją kawę.

odprowadzę cię trochę.


Powiedz im, żeby następnym razem przysłali tu kogoś lepszego.


Strach, który już nie wyjdzie nie wyrazi się.
Nie można tego Strachu dzielić z byle kim.


Już nie ja, nie ze mną, nie w ten sposób, nie tutaj.


Niekochany nie zdradza.
Niekochany chodzi,
dzwoniąc w kieszeni
niepotrzebnym kluczem.


Wtedy istnieli mężczyźni i kobiety.
Teraz nie wiadomo, co istnieje.
Ona w pokoju dotyka rzeczy, które już nigdy nie będą jej.


Teraz chcę być Twoim psem.

niedziela, 12 grudnia 2010

W sam raz, akurat.

Nienawidzę szpitali. Sam fakt, że się tu znalazłam jest tak nieprawdopodobny, jak diagnoza:

*

- Będę uszczęśliwiać ludzi! - krzyknęła Małgorzata zawisnąłwszy na klamce kuchennych drzwi. Przewróciłam oczami i sięgnęłam po kubek z kawą. Nie to, żeby nie porwało mnie jej wręcz charytatywne przedsięwzięcie, sęk w tym, że to już jej czwarty pomysł na siebie w tym tygodniu. Czym prędzej zajęłam język przełykaniem, nigdy nie wiadomo, czego się po takim spodziewać.
- Jak chcesz to robić. - zapytałam z udawanym zainteresowaniem, na które o dziwo Niewielka dała się nabrać. Moja mała, biedna, naiwna...
- Po prostu. Będę robić wszystko, co miałoby ich uczynić szczęśliwszymi. - uśmiechnęła się i kontynuowała -Trzeba będzie umyć okna - zrobię to. Trzeba będzie wybudować dom - zrobię to. Trzeba będzie pokochać mężczyznę - zr...
- Stop - przerwałam jej. - Wszystko ładne i piękne, w dzisiejszych czasach altruizm jest na wymarciu - to się chwali. Natomiast mnie interesuje tylko jedno: po co to wszystko? - zapytałam lekko zirytowana.
- Jak to po co? Zobacz, sama szczęścia zbudować sobie nie jestem w stanie. Oj, już nie rób takiej miny, dobrze wiesz, jak to się zwykle kończyło. Więc może chociaż będę mogła się przyczynić do wymalowania uśmiechu na twarzach innych ludzi. Dobrze wiesz, że ja na to wszystko nie zasługuję, a że egoistką nie jestem, to dlaczegóż by nie pomóc reszcie? - odpowiedziała. Jej źrenice zaczęły krzesać błyszczące iskierki. Niedobrze.

"Doris była wówczas czymś nieskończenie wyższym od Doris, była Kobietą-Wrogiem, który pragnie zagarnąć Jima na własność. Cóż da zniszczenie Doris albo dziesięciu tysięcy jej podobnych, póki Kobieta będzie tryumfowała. Kobietę można pokonać tylko przez ustępstwo, przez to że pozwoli się Jimowi pojechać z nią do Meksyku, że mu się każe zaspokoić ciekawość i połechtaną próżność, i żądzę w nadziei, że wróci (jak wrócił) i powie: "Ona jest odrażająca. Nigdy więcej."
A czy nie wydałaby ci się podwójnie odrażająca, Jimie, gdybyś ją mógł dziś zobaczyć? Czy nie poczułbyś dreszczu zgrozy na myśl o tym, że nawet wtedy jej ciało, które pieściłeś, całowałeś zachłannie, w które wchodziłeś w podnieceniu, miało już w sobie ziarna tej zgnilizny? Ja coś o tym wiem, Jimie. Jestem o tym przekonany. Na pewno z całą stanowczością odmówiłbyś złożenia jej tutaj wizyty. Nie byłbyś w stanie się do tego zmusić."
"Puk puk" - wyszeptały cichutko drzwi. Włożyłam zakładkę między strony, położyłam książkę obok czystej od prawie czterech tygodni (24 dni 21 godzin i 6 minut) popielniczki. Leniwie wstałam z łososiowej kanapy i przeciągnęłam się. Drzwi powtórzyły, tylko nieco głośniej. No idę przecież...
- Cześć. Trzymaj - powiedziała stojąca w drzwiach, zziajana Małgorzata i wcisnęła mi w ręce pognieciony pakunek. Zbiegając, a właściwie zeskakując po schodach, krzyczała na odchodne: "Tylko nie zaglądaj do środka!". Mała Mi, zadziwiasz mnie z każdym dniem coraz bardziej. Zamknęłam drzwi, z głupkowatym uśmieszkiem wróciłam do pokoju, gdzie przezroczystą reklamóweczkę z książką, szczoteczką i kamyczkami, przy popielniczce (24 dni 21 godzin i 8 minut) wymieniłam na książkę. Wróciłam do czytania.

Kilkazaległychfilmówtrzyrozdziałyitrochędobazgranychsłów potem, zaczęło się dziać coś dziwnego. Zaraz, zaraz... Ulubione skarpetki na stopach? Są. Czerwony lakier na paznokciach? No jest. Paczka papierosów? No nie ma. Czy to właśnie brak Dwudziestu tak obniża moje dzisiejsze samopoczucie? Nie wiem. Spokojnie, weź parę głębokich wdechów. Wdech, wydech, wdechwydech, wdechwydechniepomaga! Dobiegam do okna, gwałtownie je otwieram, po czym roztrzaskuję głowę o taflę świeżego powietrza. Jest lżej, ale dalej nie tak, jak trzeba. Oparłam się łokciami o parapet, głowę schowałam w rozedrganych dłoniach. "Nic niby tu nie zmienione, a jednak pozamieniane...". Próbuję się wyciszyć, znaleźć w sobie uniwersalną odpowiedź na każdą niewiadomą. Słyszę szczery, oddalony śmiech. Śmiech czysty, śmiech znajomy, śmiech-nie-mój. Małgorzata... Podekscytowana otwieram oczy, dostrzegam ich... Jak to 'ich'? No nie wierzę... Do drzwi klatki schodowej zbliża się Mała Mi z kimś tam jeszcze, oboje w radosnym uniesieniu. Ha! Dopięła swego! Przyjrzałam się im dokładniej... Niewielcy z natury, jeszcze bardziej malutcy przez odległość dzielącą czubek ich głów od parapetu mego okna, mniej pod rękę, bardziej ręka w rękę. Faktycznie, wygląda na szczęśliwego...

"Ale zarazem to jasno oświetlone miejsce nie jest wcale schronieniem. Bo między butelkami, kartonowymi opakowaniami i puszkami czyhają szokująco żywe wspomnienia posiłków, do których tu robił zakupy, które potem gotował i spożywał z Jimem. Przeszywają George'a jak nożem, kiedy mija półki, popychając wózek na zakupy. Czy może czuć się naprawdę samotny ktoś, kto nigdy nie jadł sam?"

*

"Złamany kręgosłup".
Przecież tak się nie da.
I to tak z nienacka.
Nie wiem, jak to się dalej potoczy. Nawet nie wiem, co się z nią teraz dzieje. Przecież to się nie zrośnie. Nie po czymś takim.
"Chcesz mnie uszczęśliwić? Zniknij z mojego życia!"?
Palant.

środa, 8 grudnia 2010

Po wyjściu z autobusu.

Ostrożnie, po malutku pozwól mi upijać się sobą. Delikatnie, by nie uronić ani jednego słowa wypływajacego z rozchylonych ust, dźwięku wygranego z rozedrganych strun. Niech stracę kontrolę nad gestem, mową, wzrokiem. W Twoich ramionach zbudować nowy świat, bezpieczny, ciepły dom na krótki czas, byś potem mógł wrocić do swej samotności w zimnej pościeli, by kiedyś oddać Cię w lepsze ręce o bardziej czerwonych paznokciach. Ale dopóki możesz być jeszcze mój, zapomnij o limicie i zegarku. Ja wiem, przekraczanie granic też ma swoje granice. Wyłącz doświadczenia, a poczujesz ryzyko. Dreszcz. 
Wejdź, zapraszam. Rozgość się.
Zapomnij tylko zostawić głowę, dobrze? Nie, właśnie nie po to, żebyś mógł po nią wrócić, tylko dlatego by była przy mnie. Jeśli będę miała głowę, nie będzie mi potrzebny ani kominek, ani papieros, ani bliskość. Mając głowę, będę miała wieczność.

Prosto mnie kochaj! Za otwarte usta przy malowaniu rzęs!

sobota, 4 grudnia 2010

Ciebie i Ciebie. Naprawdę.

Jak na wolną osobę, czułam się wyjątkowo zniewolona. Przestawiałam mechanicznie nogi. Prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa do zwariowania. Kilkunastostopniowy mróz nie siał spustoszenia wokół zewnętrzenego ciepła w takim stopniu, jak wydarzenie, które wykarczowało mnie od środka. Zimne uczucia obijały się jeszcze, gdzieś między czaszką, a mostkiem w akcie agonii. Sklep. Przynajmniej wypełnię się mgłą. Weszłam, dzyń dzyń. Zachłanność tkanek była tak wielka, że bałam się, by moje organy nie wchłonęły tytoniu zza tektury i szybki. Kolory opakowań przyciągają wzrok skuteczniej, niż "PALENIE ZABIJA". Spazmatyczne skoki gałek z niebieskich lightów z na mocno-czerwone, potem na łagodną zieleń. Szlag. Stanęło na doładowaniu do Plusa. Uspokojenia, bardziej niż ciało, potrzebowało sumienie. Tylko Ty potrafisz mi powiedzieć, czy robię dobrze, czy źle. Powoli tracę świadomość konsekwencji swojego działania. Jakby tu zainstalować Ciebie w mojej głowie?... Wszyć, jak mechanizm przecież się nie da... A może się da? Wyglądałoby to przekomicznie - Kruszynka, z pszyszytym do głowy Kotem. Kruszynka, z przyszytym do serca Ukojeniem. Wiesz, że wykonałabym wszystko, zanim zdążyłabyś o tym pomyśleć? Masz przewagę, powiesz "skacz z mostu", ja z mostu skoczę. Utopienie mnie w łyżce wody nie stanowi najmniejszego problemu. Mało tego, wszystkie problemy chyba by rozwiązało. Ale na to jestem zbyt wielkim tchórzem. Albo jestem za bardzo odważna, by to zrobić. Czegokolwiek bym nie zrobiła... I tak jesteś.

*

Dyskretnej troski trzeba mi...
Nadwrażliwość to mój wróg, przerost duszy, nad rozumem.
W głowę kopcie mnie - może ozdrowieję.

piątek, 26 listopada 2010

Jesienynyna historyja.

Jesień. Powiedzmy końcówka listopada, tak jak teraz. Nie za daleko wstecz, nie za bardzo wybiegając w przyszłość - ot tak, w sam raz do wyobrażenia. Więc wyobraźmy sobie złotą, polską jesień. Widzicie te złote strumienie światła ledwie przeciskajace się przez czerwienie, żółcie i brązy liści? Czujecie orzeźwiający wiatr usilnie próbujący zamieść drogę, którą spokojnie spacerujecie w to przyjemne popołudnie?...
Nie? No, ja właśnie też nie. Nie bądźcie naiwni, nawet nie liczcie na beztrosko napisaną historyjkę o tym, co się stało w owe jesienne popołudnie, które tak naprawdę nigdy się nie wydarzyło. W końcu na co komu taki czas? A no, jednak znalazł się mężczyzna, któremu taki czas był potrzebny. Mało tego, nie był sam w swojej zachciance (Panie Świetlicki, miał pan rację! To zawsze są historie o mężczyznach i kobietach!). Ale może od początku.

Po specjalnie wyznaczonej ścieżce rowerowej, niedaleko ulicy Heweliusza szła, a może poczłapywała kobieta. Wysoka kobieta, ubrana... Nie, nie. Już wiem. Ona podskakiwała! A nawet wskakiwała w lustrzalne kałuże! Tak beztrosko rozchlapywała dookoła siebie wodę, skupiając na swoim działaniu złowrogie spojrzenia przechodniów. Pomijając, że padał deszcz i woda znajdowała się praktycznie na każdym poziomie wysokości, ona nie miała prawa ich ochlapywać. Dlaczego po prostu spokojnie nie szła, bądź nie uciekała przed deszczem? Może nie miała gdzie wracać. Ale to nie usprawiedliwiało jej nietaktownego zachowania. Nogi są po to, żeby stać, albo iść. Zdarza się też, że służą do oplatania. No, ale po co w ogóle nam nogi? Przecież już i tak nigdzie nie zajdziemy. Ale wracając do kobiety, ubranej w różowy koloryt skóry, wręcz nachalnie wciskającej do życia szarych przechodniów swój nienaturalny uśmiech. Dlaczego nienaturalny? Bo szczery. Czy to nie dziwne, że ktoś jeszcze potrafi się uśmiechnąć do powietrza? Bo po co w ogóle mielibyśmy się uśmiechać. Z samym uśmiechem to jeszcze pół biedy, gorzej jak połączy się go z nuceniem pod nosem piosenek, które chcąc nie chcąc wprowadzają słuchacza w optymistyczny nastrój. Po co otwiera usta? Po co w ogóle nam usta, przecież i tak nie mamy nic do powiedzenia. Na przekór obowiązującym normom była szczęśliwa. Przecież bycie szczęśliwym jest passé!
Kobieta stanęła przy przystanku autobusowym, na komunikacyjny środek wybawienia czekała czwórka udręczonych ofiar bez prawa jazdy. Kobieta postanowiła ich przywitać wysokim "Dzień dobry!". Babcia, którą Małgorzata jakiś czas temu wplątała w aferę welurową w pobliskiej pralni, siedziała na poobdzieranej, żółtawej ławeczce i oburzona śmiałością kobiety oscentayjnie prychnęła, ukradkiem lustrując ją wzrokiem. Plotkujące Kurwy (takie były ich imiona, przysięgam! I mimo iż mają tak niesławne personalia z dumą zwracały się do siebie "Słuchaj Kurwa, co tam się działo... No Kurwa, weź mi nie mów". Nie brak im odwagi cywilnej. Brawo dziewczyny, do teraz nie mogę wyjść z podziwu.) nawet nie zwróciły na nią uwagi. Tylko wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w długim, czarnym płaszczu, stojący ledwo pod daszkiem (krople deszczu spadały na czubki jego pantofli) spojrzał na nią i odpowiedział "Dzień dobry". Zwrócił się w jej stronę, wyciągnął rękę i wskazał na wolną przestrzeń na ławeczce. Kobieta przyjaźnie skinęła głową i oboje usiedli, Babcia natomiast odruchowo ścisnęła w dłoniach torebkę, w końcu 30cm od niej spend urządzała sobie jakaś wariatka, z jakimś bandytą (tylko tacy noszą czarne płaszcze!).
- Nie jesteś zwykłą kobietą - zaczął mężczyzna - wręcz razisz mnie swoją odmiennością. Podobno takich jak Ty jest wiele, ale ktoś poustawiał Was bardzo zmyślnie i konspiracyjnie. Ciężko znaleźć szczęśliwą osobę, szczęśliwą kobietę. Jak Ty.
- Szukasz Niezwykłej Kobiety? - zapytała.
- Tak. - odparł.
- Ale się złożyło! Ja szukam Niezwykłego Mężczyzny. O, przyjechał mój autobus. Powodzenia w znalezieniu Niezwykłej Kobiety! - krzyknęła na pożegnanie, wchodząc już na schodek.
- Do widzenia Niezwykła Kobieto. - westchnął cicho.

niedziela, 21 listopada 2010

Urlopu ciąg dalszy.

"Już od dawna wiedziałem, że łatwo można oszaleć. Nietrudno. Nie myślałem jednak, że tak straszliwie łatwo. Z czasem zacząłem coraz lepiej się na tym znać. Tak, że teraz mogę postawić zagadkę:
jaka jest najłatwiejsza rzecz na świecie? Oszaleć!
I druga zagadka: jaka jest najtrudniejsza rzecz na świecie? Nie oszaleć!
Tak więc i ja wniosłem mały wkład do światowej historii zagadek, rebusów, szarad i innych rozrywek umysłowych."

Szlag. Trafiony, zatopiony.
Od środy próbuję być prawdziwie wolnym człowiekiem. Z ręką na sercu jestem w stanie stwierdzić, że poczyniłam duże postepy. Aczkolwiek nie sądziłam, że odsunięcie Dwudziestu będzie łatwiejsze, niż przepędzenie chmury naładowanych ujemnie myśli. Nie lubię elektornów.
Jedna z nich działa na mnie, jak płachta na byka, przecechowana wszystkim co niesie. Najbardziej przerażająca w tej całej chorej sytuacji jest czerwień. Czerwień w każdym swoim znaczeniu. To obrzydliwe, a zarazem bardzo intrygując... Nie. To w stu procentach obrzydliwe. W każdej postaci ciężkostrawne. Pod żadnym pozorem niedopuszczalne.

No, no idź.
Tak, dlaczegóż by nie.
O, nie.
Mowy nie ma.
Bo znowu to zrobisz.
Nie wierzę Ci.
No nie wiem...
No dobrze, ale jak jeszcze raz zobaczę Cię w parku tarzającą się w przegniłych liściach, to skończy się samowolka.
No nie, wcale...
Zabronione. Zrozumiano?
Tylko wróć.

wtorek, 9 listopada 2010

Urlop na czas nieokreślony.

Egzystujesz? Więc istniejesz. Istniejesz, jesteś tu.
Ja też.
Przecież to kłamstwo.
Pragnąłeś czegoś kiedyś? Co?
No, pytam, czy kiedykolwiek mógłbyś poświęcić wszystko jednej sprawie?
Jesteś ubogi.
A marzenia miałeś? Pamiętasz swoje pierwsze marzenie? Nie spełniając go przyzwyczaiłeś się do poddawania. Dlatego nie dążyłeś do ich ziszczenia za każdym kolejnym razem. Nie spełniasz swoich marzeń. Nie osiągasz tego, co mógłbyś osiągnąć, gdybyś tylko chciał.
A chcesz? No to chciej, bo masz to w zasięgu spróbowania.
A może chciałbyś zamienić to, co już masz, na to, co chciałbyś mieć?
A ty? Chciałbyś, by Twoje życie było piękniejsze od Twoich najpiękniejszych snów?
A Ty? Co zrobiłaś, by to osiągnąć?

Łóżko na gwałt potrzebne.

 
 
Zapamiętaj!
 
Transwestytyzm – upodobnianie się do osoby płci przeciwnej poprzez ubiór i zachowanie, w celu osiągnięcia satysfakcji emocjonalnej bądź seksualnej.
Bigender - tendencja do zachowań typowo męskich lub typowo kobiecych w zależności od kontekstu. Jedna osoba może raz wyrażać swoją "kobiecość", innym razem "męskość", niezależnie od siebie; "przeskakuje" między dwiema opcjami.
 
A nuż się przyda?

PSURWĘCIŁEB

poniedziałek, 11 października 2010

jeszcze trochę.

To były jedne z najcięższych nocy. Przewracanie się z boku na bok, nie-oddychanie, mokre oczy i wilgotne ręce. Zmęczona snem, trzęsąca się do godziny 6 nad ranem, przykryta kocem i kołdrą mała kostka lodu.

*

I jak ja mam być egzystencjalistą, kiedy cały świat się do mnie śmieje? - zapytałam cichutko przed zamknięciem oczu.
Myśli jeszcze wracały do spontanicznych, maniakalnych pytań "Kim chciałbyś być?!" wypowiadanych na przeróżne sposoby, do obchodzenia teatru H.M.  x razy, do 'dymu siwo-mglistego' otulającego mnie tak miło, jak nigdy dotąd. Nastąpiło powolne zatracenie kontaktu ze światem zewnętrznym, zwrot ku strumieniu podświadomości. Rozkosz. Zasnęłam będąc w Dobrze.
A zegarek tykał poza mną.
I skrzypnięcie drzwi.
I nieświadome otwarcie powiek.
Przemknęła tamtędy wysoka (nietrafne określenie. z mojego punktu widzenia każdy taki jest) istota, o króczoczarnych, niedbale (nie)ułożonych włosach, z drucikiem na czubku nosa wygiętym na kształt okularów. Miał krótsze, porwane jeansy, wyblakłą koszulkę i granatową postrzępioną pelerynkę, która sięgała mu zaledwie do lędźwi. Był bardzo chłopięcy. Przystanął na krótką chwilę, po czym zapytał (choć brzmiało jak twierdzenie):
- Czemu nie śpisz.
Nie odpowiedziałam. Przecież to zjawa, tylkomisięzdawanie, półsen, przenikanie rzeczywistości z senną kreacją umysłu na dzisiejszą noc.
Mój prywatny Morfeusz uniósł gwałtownie prawą rękę i kiwnął wskazującym palcem. Spowodowało to dziwne wrażenie, jakby przerzucenia Dolnego nad Górne, zaburzenia koordynacji i masy cegieł w czoło (jak to mówi Ofiara. Bardzo mi się spodobało to stwierdzenie).
Podpokładzie. Ostro.
Siedziałam okrakiem na długiej belce. Belka w porządku. Belka, jak belka. Czemu poruszam temat belki? Otóż sam statek budowały stare, spróchniałe deski, więc belka na ich tle się wyróżniała. Spojrzałam na strumień światła padający z góry, a w tym czasie Morfeusz stojący na pokładzie, powolnym ruchem zamykał drewniane drzwiczki prowadzące do wyjścia. Kunszt okrucieństwa.
Pomimo braku dopływu światła zauważyłam, że coś się zmieniło. Zmieniło się nie-na-Dobre. Dokładnie przed moimi oczami na cieniutkiej, zniszczonej pajęczynie czuwały dwa pająkopodobne ośmionogi. Ten widok sparaliżował moje ciało, umysł, zmysły. Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, tylko nie to... W tej samej chwili przestrzeń zaczęła się kurczyć, ścieśniać, minimalizować, redukować. Obudź się, przecież kurwa potrafisz!
i przerażenie.
i panika.
i strach.
i powrót.

Wcale nie ulżyło.

*

Wstań, proszę.
Już go zostaw.
Puść.
Książkę też.
Kochanie, wracamy do domu.

A w domu uśmiechanie się do monitora podczas pisania bzdurstw i przykładanie do nosa ręki, z której unosi się hipnotyzujący zapach perfum. Polubiłam go i Go.

sobota, 2 października 2010

Przysiadalna.

Poezja.
Papierosy.
Piwo.
Trzy Pe, które zafundowały mi no stress na samym początku października. Skoncentrowane 'dobre' rozgościło się w dolnych pokładach mojej podświadomości. Nareszcie.

Zabierz mnie w kosmos.

czwartek, 30 września 2010

Podsumowując...

urżnęłam sobie język.
Właściwie to i tak nie mam nic ciekawego do powiedzenia.
Czy to, że mówię, coś zmienia NIE, nie, na pewno nie...
Tak, boję się, że odstawisz mnie na półkę.
To moja wina. Niepotrzebnie dałam się oswoić, przyzwyczaić do Twojej obecności. Czas zdjąć bardzo różowe okulary.
I wiersz H. Poświatowskiej:
oplotła mi ręce
i moje ręce związane miłością.
Pytają ludzie czyim jestem więźniem.

A do tego jeszcze (...)way down inside woman, you need love!

Wrzesień należy do najmniej przyjemnych miesięcy roku Pańskiego 2010.

wtorek, 28 września 2010

auć.

- Dzisiaj jesteś coś strasznie rozkojarzona. - powiedziała stanowczo Małgorzata nalewając krupnik do płaskiego talerza.

niedziela, 26 września 2010

diy

Tchórz!!
Patrzę na ciebie z odrazą. Wstyd mi za Ciebie.
A mówią, że nasze podobieństwo jest udrzające. Ptfuu!
I to Ty śmiałaś mówić o szczęściu będącym w zasięgu spróbowania? Śmieszne. Plugawisz, kaleczysz, zarażasz te słowa. Nigdy nie powinny wyjść z Twoich brudnych warg. Słyszysz? Łżesz!
Tęskno ci do uniesień, które masz na wyciągnięcie ręki. Zaciśnij ją! Zdobądź to, czego Ci potrzeba! Pozbądź się tej nieznośnej wilgoci rozedrganych dłoni i sięgnij po ten owoc.
ZRÓB TO!

- Odbicie.



Zaraz zimnym palcem jazda po gardle.
Zaraz zimnym miastem jazda.
Do Nikąd.
W Nikąd zamieszkawszy nigdy nie będę w Indziej.
I do kogo mówię?

Anioł znienacka mówi:
Teraz chcę się dla pana rozebrać.

czwartek, 23 września 2010

Śmieszny bal miłości niewyznanych.

- Tak, tam. Ooo, o, o właśnie tamm... Umm cudownie... - mruczałam przez sen. Najgorszą rzeczą, która mogła mi się teraz przytrafić było obudzenie, które też nastąpiło chwilę po tym, jak Małgorzata wpadła do mojego pokoju.
- Widziałaś ładowarkę do mojego telefonu? - zapytała.
Otworzyłam leniwie oczy i ku mojemu rozczarowaniu ujrzałam przy moim łóżku Małgorzatę w powyciąganej koszulce, oliwkowych szortach, z włosami niedbale związanymi w kucyk. Dziwne, powinien być tam lekko rudawy facet o szarych oczach. Opierając się rękoma podciągnęłam się, i z mało inteligentnym wyrazem twarzy ziewnęłam. Tak, oczywiście to gra na czas, by móc zarejestrować w głowie odpływającą myśl o ostatnim nocnym towarzyszu. Gdy pogodziłam się z faktem, że moje lewe ramię grzeje, a właściwie to ziębi wytapetowana ściana, musiałam wrócić do rzeczywistości. Bardzo cienka linia dzieli te dwa światy. Praktycznie ma ona wysokość powieki.
- Tak. Jest w stołowym, w pierwszej, bocznej szafeczce tej z prawej strony, na górnej półeczce po lewej stronie, z tyłu za pomarańczowymi świeczkami, ale przed czadową wazą ciotki. Znajdziesz? - powiedziałam z głupim uśmieszkiem. To niewielka uszczypliwość za pobudkę w najmniej odpowiednim momencie. Właśnie masował mi kark...
- Super. Cieszę się niezmiernie, że tak martwisz się o moje rzeczy, że skrywasz je w totalnych odmętach mieszkania. - odburknęła.
- Ojejej, zaraz mi się poobraża... Już nie mogę znieść tego ciągłego nocnego wydzwaniania do niewiadomo kogo... - rzuciłam. Swoją twarz w poduszkę także.
- Ty też mogłabyś się za siebie wziąć, wiesz?
- A po cholerę? Naprawdę, dobrze mi tak, jak jest.
- W porządku, opieprzaj się dalej, Królewno. - powiedziała pretensjonalnie.
- Yyyy... Tak. Właśnie taki mam zamiar... - mruknęłam i ponownie nakryłam się kołdrą, ale tym razem po same uszy. - Wracaj, wracaj, wracaj... Zaklinam cię, śnie.

W godzinach popołudniowych zdecydowałam zwlec się z łóżka. Właściwie to miałam niewiele do gadania, moje płuca po prostu też domagały się czegoś speszyl. Po chwili już dziękowały lekkim kaszelkiem, kochane. Następnie zainteresowania zaczął domagać się żołądek. Nie chciałam go rozpieszczać z powodu czystej niechęci mięśni. Kawa i dwa biszkopty. Szału nie ma, ale przynajmniej nie podkreślał już tak głośno swojego niezadowolenia. Uchylone okno w kuchni zapraszało do środka strugi chłodnego powietrza, postanowiłam wrócić do pokoju i otulić się różowym kocykiem. Gdy przechodziłam przez przedpokój moje uszy zdrażnił dźwięk szorowania i ewidentnego nietrafiania kluczem do zamka. Nie wierzę, że znowu to zrobiła... Niepewnie przekręciłam gałkę i otworzyłam drzwi. Bardziej zdziwił mnie tamtejszy widok Małgorzaty, niż niebezpieczna myśl, że znowu mogłaby postrzępić moje nerwy. Obładowana czterema siatkami zakupów z czego jedna z nich przykrywała jej twarz na tyle skutecznie, by ograniczyć jej pole widzenia do minimum, z przyciśniętym do ucha telefonem, z którym czały czas wymieniała namętności, nawet nie zauważyła, że otworzyłam drzwi i nadal próbowała włożyć klucz. Zabawny widok. Wyciągnęłam z jej rąk dwie reklamówki.
- O mój Boże, ale mnie wystraszyłaś! - krzyknęła.
- Zważaj na kogo się powołujesz. - odpowiedziałam z uśmieszkiem i zaniosłam zkaupy do kuchni. Zastanawiało mnie z kim Gocha prowadzi taką czułą konwersację. Nawet nie tyle mnie dziwiły "kochania i słoneczka", tylko przerysowana reakcja, ekstazująca mimika twarzy. Intrygujące, nawet jak na Małą Mi. No nic, włożę lepiej rybę do zamrażarki, zanim się... rozpuści? Pieprzona korporacja.

*

- Może być kominek, ale nie musi. Moglibyśmy być już po, albo i przed. Trzymając między palcami tlące się papierosy, albo cierpieć na ich brak. Będziemy leżeć koło siebie, a może lepiej będzie w dwóch przeciwległych kątach pokoju. Nieważne. Bylebyś był i nigdy nie chciał iść. - szepnęła do słuchawki telefonu Małgorzata.
Rozczuliło mnie to niesamowicie. Miałam ochotę wybiec na balkon i wykrzyczeć światu w parszywą twarz, że istnieje jeszcze miłość najczystsza, dziewicza, która się krzewi i rozrasta w jego zniszczonych i martwych tkankach! Kiedy tak patrzyłam na Niewielką skuloną w wielkim fotelu niczym w potężnych ramionach, przykrytą kocem po same uszy, z aparatem na kolanach i słuchawką przy twarzy, sam mój prawy przedsionek sycił się jej urokiem. Rozkosz. Uczta dla moich złaknionych szczęścia oczu. Nakarmiwszy się tym widokiem powróciłam do czytania.

Było to o zmierzchu. Ona odeszła. Położyłem się na kanapie i zasnąłem, nie zapalając światła. Obudziło mnie uczucie, że ośmiernica jest tuż. Kiedy się kładłem, po prostu czułem się źle, obudziłem się natomiast jako człowiek chory. Wydało mi się nagle, że ciemność wygniecie szyby, wleje się do pokoju i zatopi mnie jak atrament. Wrzasnąłem:

- Domyśl się, że jest ze mną źle... Przyjdź, przyjdź, przyjdź!...
Nikt jednak nie nadchodził.

Szlag. Zgasło światło, akurat w takim momencie. I choć dobrze wiem, że M. usłyszy za chwilkę jej kroki koło okienka, to i tak się martwię, że M. nie zdąży na czas. Wstałam z łososiowej kanapy, minęłam Małgorzatę, której usterka w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała, by postukać w żaróweczki i popstrykać włącznikami. Nawet nie mam jak zadzwonić na jakieś pogotowie energetyczne, by wyrazić moją dezaprobatę tym, że musiałam zostawić M. samego, bo Gocha cały czas wisiała na słuchawce... Poczułam się, jak to mówi Ofiara, jakby ktoś trzasnął mnie cegłą w czoło. Wplatając palce we włosy, trzymając się za głowę podbiegłam do fotela na któym siedziała.
- Z kim rozmawiasz. - powiedziałam nerwowo.
- Ciii... Nie teraz. - powiedziała cichutko przykładając palec do ust.
- Co Ty wyprawiasz do jasnej cholery?! Czemu mam być cicho skoro nie rozmawiasz nawet z sygnałem zajętości?! - wrzasnęłam. Ona nie zareagowała, ponownie przyłożyła słuchawkę do ucha. Wściekłość wzrosła we mnie i rozpaczliwie szukała upustu. Zaczęłam uderzać zaciśniętą pięścią w widełki aparatu.
- Widzisz?! Tam nikogo nie ma! Co ty sobie roisz idiotko!?
Odłożyła słuchawkę.
- Widzę. I wiem, że nikogo nie ma po drugiej stronie. Ale gdybym odważyła się zadzwonić, pewnie by tam był. - odpowiedziała ze stoickim spokojem. Łzy spływały mi po policzkach. Nie ze współczucia, nie z rozczarowania, tylko z bezsilności. Przylgnęłam do niej całym ciałem i pociągając nosem zapytałam:
- Czemu to robisz? To mamienie samego siebie, to nie prowadzi do szczęścia, ale do obłędu. Nie, nie, nie... Mała, NIE!
- Widzisz... Czasami nie sam cel satysfakcjonuje, ale drogi do jego zdobycia. Działanie. Nieustanna walka. Takie rozmowy są bardzo wygodne, mogę je sprowadzać na własne tory, prowadzić trening wyobraźni. - odrzekła z uśmiechem.
- Wiedz, że mi się to nie podoba. - powiedziałam i uklęknęłam przy fotelu kładąc głowę na jej kolanach.
Ona odsunęła mnie, wstała i wyszła z pokoju. Zaczęłam żałować tego, że mimo iż nieświadomie, zaczęłam grzebać w jej podświadomości. Wyrzuty sumienia. Kac moralny. Wtem Małgorzata wróciła do pokoju wręczając mi bardzo wygniecioną karteczkę.
- Poznałam go tamitam, nazywa się Takitak. Nawet nie wiesz, jak wiele czasu spędziłam przy aparacie z tą karteczką, nie wykręcając numeru. Boję się, że może nie być tak idealnie, jak tego bym chciała. To, co mam tutaj - dotknęła palcem skroni - nie może równać się niczemu w tej rzeczywistości. Nie chcę tego schańbić, próbując cokolwiek krzesać. - odpowiedziała, położyła moją głowę na swoich kolanach i zaczęła nucić piosenkę. Coś o milczeniu, o skryciu miłości największej, nabierającej wartości w myślach. Nie pamiętam, ale nie szkodzi.
Spodziewam się pięknych snów.

poniedziałek, 20 września 2010

I'll never be good enough

Po raz kolejny dokonano zbiorowego, brutalnego gwałtu na moich myślach. Tak żałosnego portretu jeszcze nigdy mi nie wymalowano.
Wszystko przybiera zawrotnego tempa. Zbyt szybkiego.
Dezorientacja.
Spuszczam was (nie zasługujecie na W) z oczu na mikrochwilę, po niej już nie potrafię do was dobiec. Zwolniłam, bo wydawało mi się, że tak będzie najlepiej.
Bo tak trzeba. Tak wypada.
Gonić za wariatami, czy stąpać jak wariatka?

Powiedziałaś, że kłuje Cię serduszko, na co ja, że już serca nie masz. Odpowiedziałaś, że odczuwasz ból na odległość.
Zdradzę Ci sekret:
Zrobiłam z niego laleczkę voodoo.

sobota, 18 września 2010

Odchodząc...

A wc sto się i odchodzisz.
Tu są twoje książki i płyty,
Możesz zabrać co chcesz.
Najlepiej zabierz mnie.


Ciężko jest mówić o początku końca historii, gdy się jest dopiero w połowie. Jednak świadomość, że drogi naszych bohaterów i tak prędzej czy później się rozejdą, powoduje natychmiastową chęć porzucenia takiej opowieści. Po co trwać do końca, skoro zakończenia wcale nie skrywa zasłona tajemnicy? Marnotrawienie czasu. Niepotrzebne trwanie w niepewności, trzymanie nadziei za rękaw podziurawionego swetra, kiedy wszystko i tak jest już przesądzone. Kiedy każde nasze działanie prędzej, czy później zostanie obrócone w niwecz. Bo nie jest napisane. Zapisane też nigdy nie będzie. Nic po tym nie zostanie, na nic jest wszystko. Startujemy tylko, by dobiec do końca. A koniec ma to do siebie, że po nim jest już tylko nic. Monstrualna, muślinowa, czarna nicość, chłonąca jestestwo. Dlaczego śmiem opisywać nicość, skoro zmysłami pojąć jej nie mogę? Chyba, by mimo swoich ułomności, tępymi receptorami spróbować rejestrować to, czego być może nigdy nie będę w stanie przyswoić. Naprawdę uproszczona wersja demo.
A co na to pan Stachura? Pan Stachura na to: Kto komu ma dać miłość, jeżeli każdy jej potrzebuje? A jeżeli potrzebuje, to przecież znaczy, że jej nie ma. A jeżeli jej nie ma, to jej nie może dać. Co może wlać próżne do pustego i odwrotnie?
Niepodważalny fakt, bo fakty mają to do siebie, że zaprzeczyć im nie można. W przeciwnym razie byłby tylko spekulacją, marnym prawdopodobieństwem.
Wbrew wszystkiemu co przed chwilą wyrzuciłam, dalej wierzę, że Ci się uda. Dlaczego? Bo wiedza wyklucza wiarę. Jeśli coś wiem, nie potrzebuję w to wierzyć. Jak wiara może posiadać filary, jak może się opierać na świecie rzeczywistym, skoro sama bazuje na swerze duchowej? (Więc czy wiara ulega destrukcji za pośrednictwem religii? Nie, to nie na teraz.) Dlatego właśnie intrygujące jest to, co nienamacalne, co może zostać nigdy niepoznane. Być może nie odczuwamy nieustannego obcowania z czymś jeszcze, z prostej przyczyny - nie mamy do tego predyspozycji.
I znowu odbiegłam od Ciebie. Przepraszam, już nie obiecuję, że to się nie powtórzy. Sama obniżam wartość swojego słowa. Wierzę, że już jesteś w drodze do wszechoobecnego LEPIEJ, LŻEJ, PRZYJEMNIEJ. Odciążysz swoją głowę z mojego portretu. Ja zostanę tutaj. I przez wzgląd na to, co nas spotkało, przez co razem przeszłyśmy uważam za stosowne prosić, byś nie wspominała mnie często. Z każdym razem mniej, z każdym razem krócej. Nie przywołuj mnie myślą, proszę. Serce by mi się potrzaskało na mikrokawałeczki-nie-do-sklejenia widząc twoje szczęście, które nie zawsze potrafiłam Ci dać. I tak zawsze będę na tyle blisko, by żywić się waszym śmiechem. Wyprzedź proszę i obiecaj, że nigdy się nie odwrócisz.

piątek, 17 września 2010

Na tę chwilę...

- Owinięta popielatym, pluszowym szalikiem. V
- Z zatkanym nosem nucąca psychohymn "Dogs day are over". V
- Bez makijażu z lekko zaczerwionymi powiekami wyglądająca niekorzystnie. V
- Wykaszlująca substancje, przez które od samego patrzenia można się zarazić. V
- Totalnie pozbawiona zmysłu węchu, cierpiąca z niemożności rozkoszowania się aromatem Magic Moments. V
- W poczuciu dyskomfortu przez tabletkę stojącą w gardle. V
- Spędzająca dziś czas w ramionach niezwykłej Kobiety. V
- Z przygłupim grymasem na kształt uśmiechu szczerząca się do ekranu monitora, na którym wyświetla sobie nad wyraz romantyczne filmy. V
- Z przygotowanymi paznokciami, by jutro położyć na nich obrazującą zazdrość czerwień. V
- Z monstrualną chęcią otulenia się "dymem siwo-mglistym". V
- Dzielnie czytająca po kartce na dzień "W księżycową jasną noc". V
- Winna bawić się teraz w doborowym towarzystwie, w wyzywającym stroju na tak długo wyczekiwanym monodramie. V
- Z brutalnie zlustrowanymi i rozkodowanymi myślami. V
- Nie mogąca znieść tak długiego zamknięcia. V
- Maksymalnie nie mogąca się odnaleźć z w nowej sytuacji. V
- Tak rozpaczliwie wzywająca pomocy. V
- Z uruchomioną funkcją autodestrukcji. V
- Tak bardzo pragnąca końca. V
- Tak bardzo nie mogąca się doczekać przyobiecanego spokoju. V
- Mająca go z kim dzielić. ...

wtorek, 14 września 2010

Ja wam pokażę...

"Nie przyjedzie. No i co ja mam do cholery teraz ze sobą zrobić?" zapytałam niezbyt dyskretnie samą siebie siedząc na 3 razy większym i cięższym ode mnie bagażu wypełnionym m. Przygryzając delikatnie dolną wargę wyobrażałam sobie daleką drogę do domu. Kto mi pomoże z yhh... tym? Szlag... i schowałam kolejną myśl do torby.
- Przepraszam bardzo, pani zwraca do mnie? - zapytał starszy mężczyzna w popielatym kapeluszu. Czy błędnym wzrokiem zaczepiłam go wypowiadając te słowa? Czy mógł moje problemy jakoklwiek odnieść do swojej osoby? Czy ja wyglądam na osobę niepoczytalną i odczytując miedzywiersze chciał dać mi do zrozumienia, że potrzebuję specjalistycznej pomocy?
NIE.
MOŻE.
NAJWIDOCZNIEJ.
Kiedy miałam wdać się w rozmowę, którą zamierzałam sprowadzić na nieprzyjemne tory, zza zakrętu wyjechał różowy autobus. Ludzie oniemieli z zachwytu, na mnie nie wywarł wielkiego wrażenia. Przecież zawsze jest różowy. Przecież zawsze jest.
Kiedy pojazd odsapnął i począł ładować podróżnych do środka, stwierdziłam, że będę miała duży problem. Większemu po trzykroć bagażowi nie spodobał się pomysł przepychania między podróżnymi, więc na znak protestu po prostu przywarł do podłoża i za nic nie mogłam go z tamtąd ruszyć. Popatrzyłam zmartwiona na autobus. On bez wahania wyjechał z zajezdni na chodnik, i ku mojemu przerażeniu przewałkował moj bagaż.
Naleśnik.
Naleśniczek.
Naleśniciuszek.
Naleśniczuniunio z moich m. poskładałam w kosteczkę i z łatwością włożyłam do kieszeni. Z różem odbijającym się w moich oczach podziękowałam i weszłam do środka. Pasażerowie malutcy jak nigdy dotąd skumulowani byli w lewej, tylnej części autobusu, patrzyli na mnie już zupełnie inaczej niż na przystanku. Ich oczy nadawały mi wartość, byłam cenna i nasycona wielkim wrażeniem. Usiadłam na wolnym miejscu i wbiłam oczy w szybę. Za nią szarawe miasto cherlawe, jak każdego dnia gniło przez tryskającą z każdej twarzy rutynę. Mimo iż przeżyte, to dynamiczne, mimo że znane, to niezwykłe. Mimo iż samochody stały się resorakami, a drzewa brokułami. Dziwne. Przecież wcale nie ma nas dużo, kto się tak ciśnie?
Szlag.
Czym napełniały mnie oczy pasażerów? Nie wiem. Podwójne, lśniące ładowareczki.
Nabieram.
Przybywam.
Rozrastam.
Trwałam w tej niewygodnej pozie, nienaturalnie wygięte plecy sprawiały mi nieprzyjemny, promieniujący ból. Czoło napierało na szyberdach, odbijający kwadracik na delikatnej skórze. Powieki drżały, ręce dygotały, gardło zamknęło dopływ powietrza. Obraz ciemniał, o wywracające źrenice otarły się już tylko wściekle żółte rurki.

*

Głośno, czarno. Duszę się. Pociągnęli mnie na dół?
A nie, to tylko bagaż leżał na mojej twarzy.
Myślę... Egzystuję.
Leżę na zimnym, mokrym chodniku. Oddać płaszcz do czyszczenia.
Zrzucam m. z głowy, podnoszę i rozglądam się. Hura! Nareszcie w domu! Chwytam za rączkę torby, całą sobą napieram na drzwi wejściowe, wylewam z siebie radość. Nie-ma-to-jak-w-do-mu! Nie-ma-to-jak-w-do-mu! Biegnę pod numer siódmy, przeskakując po trzy schodki. Dłuży się jakbym leniwie wchodziła na siódme piętro, pokonując w trzy minuty jeden schodek.
Jest.
Jest!
JEST!
Nerwowo wyciągam klucze z kieszeni płaszcza, co prawda wypadają dwa razy, po czym buntują się przeciwko włożeniu do zamka.
To z niedoczekania.
Przekręcam klucz, wręcz wyważam drzwi, wpadam do mieszkania. I nic. Czemu nikt na mnie nie czeka?... Stawiam bagaż obok pojemnika na parasole. Są dwa nowe. Jeden czerwony, a drugi w czarno-szarą pepitkę. Przechodzę przez przedpokój bez ściągania butów. Nigdy mi się to nie zdarza, jednak patrząc na stan czystości podłogi dochodzę do wniosku, że i tak go nie pogorszę. Staję we framudze drzwi do salonu i przecieram przerażone oczy. To nic nie dało. Na parapecie upstrzonym niedopałkami nadal siedzi światła osobistość, której twarz mignęła mi kilka razy bodajże podczas nocnych obserwacji nieba. Oparta o regał młoda aktorka zawstydzona swoimi myślami próbuje ukryć rozgrzane policzki pod ciemnymi kosmykami włosów, nieustannie jej poprawiając. Owalny, wzorzysty dywan brudzi ubłoconymi buciorami świeżo upieczony krawiec, który potyka się o zbyt długi centymetr owinięty kilka razy wokół szyi. Na okrągłym stoliku cierpi rozbity wazon, rozrzucone kwiaty - czerwone punkty podkreślające tragedię. Na łososiowej kanapie, będącą już jedynie okurzonym strzepkiem ukochanego mebla siedziała upita sytuacją Małgorzata, trzymająca na kolanach Kocura tego z przeciwka, co ma i rower.
- Co się tu dzieje... - dławiłam się słowami, które nie mogły przebić się przez gulę cisnącą gardło.
Nikt nie usłyszał. Całość trwała nadal.
- Kto pozwolił wam na przebywanie w moim mieszkaniu... Kim jesteście... - ciężkie słowa z hukiem upadały na podłogę. Zebrani spostrzegli na wpół przepuszczalną, zmęczoną postać.
- Małgorzato. Co tu robicie... - zapytałam odwracając wzrok od zniszczeń.
- Poznaj moich towarzyszy. -zaczęła ochoczo. - Opuściłaś mnie tak nagle, nie byłam pewna kiedy i czy wrócisz. Są naprawdę bardzo mili, nie zrobili mi krzywdy. Przeciwnie, opiekowali się mną. - odparła z malowniczym uśmiechem. - Bardzo się tu zadomowili, mieszkamy raze...
- Zgliszcza. Nazywasz je jeszcze mieszkaniem? Pobojowisko. W nim nie można się zadomowić! - wrzasnęłam na obecnych. Przeraziły mnie ich spojrzenia.
Jednorakie.
Jedne i te same.
Bezduszne.
Bez tchu.
- Wynoście się... - sapnęłam, spuszczając głowę.

poniedziałek, 13 września 2010

CfMdjsk

Tam ciemność staje się moim sprzymierzeńcem. Wpadające gdzieniegdzie refleksy świetlne tworzą tor przeszkód, po którym leniwie sunie biały przyjaciel. Wraz z oparami gorącej herbaty otulają moją zagraconą niepotrzebnymi myślami głowę, porządkują sprawę po sprawie, problem po problemie, marzenie po. Nieskazitelne miejsce dla popieprzonej romantyczki. Mój prywatny przedsionek tego, do czego tak rozpaczliwie chciałabym dążyć. Żyję w błogiej nieświadomości, że dobrze mi taplać się w bagnie ekscytacji, beztroskiego hedonizmu.


"- Posłuchaj, jak cicho. - mówiła do mistrza Małgorzata, a piasek szeleścił pod jej bosymi stopami. - Słuchaj i napawaj się tym, czego nie dane ci było zaznać w życiu - spokojem. Popatrz, oto jest już przed tobą twój wieczysty dom, który otrzymałeś w nagrodę. Widzę już okno weneckie i dzikie wino, które wspina się aż pod sam dach. Oto twój dom, oto twój wieczysty dom. Wiem, że wieczorem odwiedzą cię ci, których kochasz, którzy cię interesują, ci, co nie zakłócą twojego spokoju. Będą ci grali, będą ci śpiewali, zobaczysz, jak jasno jest w pokoju, kiedy palą się świece. Będziesz zasypiał z uśmiechem na ustach. Sen cię wzmocni, przyjdą ci po nim do głowy mądre myśli. I już nie będziesz umiał mnie wypędzić. Ja zaś będę strzegła twojego snu." - przeczytałam na głos. - Piękne, co?
Nikt mi nie odpowiedział, Małgorzata odpłynęła daleko w bezpiecznej asekuracji stęsknionych ramion.


Mąci, oj mąci niespokojne me elektronowe myśli. Trzęsą się fundamenty mego jeszcze w stanie surowym świata dwa na dwa na dwa. Mówisz, rozbudować?

piątek, 3 września 2010

Musisz mi pomóc.

Wschód Słońca jak codzień zabrał mgliste wspomnienie sennego marzenia, wymieniając je na strach, lęk przed nadchodzącą chwilą. Wszystkie wydarzenia mające miejsce już gdzieś w bliskiej, czy odległej przeszłości przewijały się przeze mnie z, czy bez mojego udziału. Zdałam sobie sprawę, że nie mam już wpływu na nic ani na to co mnie otacza, ani na to co mnie dotyczy. Chciało się rzec 'pierdolę to wszystko', rozebrać się do naga, zanużyć w gęstej zielonej trawie i zaprosić jednego z moich dwudziestu przyjaciół. Oni nigdy nie nachodzą mnie bez potrzeby, ale zawsze są na wyciągnięcie ręki, na jednorazową chęć, na prośbę złaknionych ust.
Ale tym razem przez niewielkie przestrzenie mojej biednej głowy przebłysnęła niebezpiecznie optymistyczna myśl, która faszerowała każdą tkankę wytrwałością w walce o swoje. Wstrząsnęło to moim światem dwa na dwa na dwa. Biegłam ile sił w nogach, wiatr oczyszczał moją głowę z przesytu myśli, jednak resztek po napadzie trwogi nie zdołał przepędzić PRECZ!
Leżała na wyraźnie wyklepanej już polance, jej oczy były szeroko otwarte, jakby dekodowały rozsyłane przeze mnie rozpaczliwe prośby o pomoc.
- Wstawaj Gocha. - powiedziałam rozkazującym tonem.
- Co tym razem?
- Pomoż mi proszę. Ja naprawdę nie potrafię już się tym cieszyć. Bądź przy mnie, kiedy to się będzie działo. Jesteś w tym lepsza, masz w sobie siłę, której mi brakuje. Proszę cię, Małgorzato. - wyrzuciłam, przy czym obficie nawilżyłam swoje oczy.
Ona po prostu przylgnęła do mnie.


Coś niepokojącego było w tym poranku.


czwartek, 26 sierpnia 2010

Bajka.

Był sobie wielki Kamień.
I spadł.
- O, jak lekko! - powiedzało Serce.
Kon...

- Krótka ta Twoja bajka. - powiedziała ani trochę nie znużona Małgorzata. A niech to! Liczyłam, że uśnie!
- No cóż... Krótka, ale wymowna. - odpowiedziałam lekko zirytowana.
- Mało wymowna.
- Niewielka, a od kiedy Tobie potrzeba wielkich rzeczy?
- Od teraz. - odpowedziała zbyt pewnie.
- A to dlaczego? - wycedziłam.
- Bo nigdy takowych nie miałam.
Zapadła cisza. Cisza jakiej nie lubię. To nie jest taka cisza, jak cisza wynikająca z niwiedzy przy tablicy, ani cisza, która zapada na pierwszym spotkaniu sam na sam z chłopcem. To cisza mówiąca "masz rację, ale nie mogę Ci jej przyznać z grzeczności". Ale jeśli Mała Mi chce dużych rzeczy, to je dost...
- Dobranoc. - powiedziała słodkim głosem.
Wychodziłam przepełniona lękiem. W najczystszej, destylowanej postaci. Naciskając klamkę usłyszałam cichutkie, płaczliwe:

Ale Serce było głupie.
Bo samo było z kamienia.
...iec.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Papierosy, messer i książki.

Gdyby ktoś kiedykolwiek wpadł na desperacki pomysł wydobycia esencji z oczu bezpańskiego, przemoczonego szczeniaczka skomlącego na twojej wycieraczce, zmieszania ze skondensowanymi uczuciami drugoklasisty szkoły podstawowej, który przy wyborze do drużyny siatkarskiej zawsze zostaje ostatni, dodania upokożenia żebraka, na którego to niżsi stanem egzystencjonalnym spluwają, zamiast wrzucić tą pieprzoną złotóweczkę do kubeczka po jogurcie, doprawienia tego bezsilnością kobiety, przez której palce przeciekają wspomnienia tego, który już jej nie zobaczy, który już jej nic nie szepnie, który już jej nie usłyszy, który już jej nie poczuje, to otrzymałby dzisiejszy, wczesnopołudniowy portret Małgorzaty Niewielkiej o oczach bardzo blue.
Żal mi się robiło mojej Małej Mi, gdy patrzyłam na jej kalkę smętnie mieszającą herbatę. Gdybym tylko mogła właśnie w ten sam sposób wsypać do niej trochę cukru... Postawiłam więc sobie cel z wyższej półki - uszczęśliwienie Gochy za wszelką cenę, nawet pozłacanego odpowiednika bransoletki, która tak bardzo jej się podobała. Na droższy mnie nie stać. Wyłączyłam telewizor, w którym przed chwileczką zachęcano mnie do kupna środka czyszczącego o nadzwyczajnym działaniu żrącym, przetestowanym na wszystkich gatunkach zwierząt. Ku mojemu zmartwieniu Małgorzata siedząca na oparciu łososiowej kanapy nadal beznamiętnie wbijała oczy w ekran, mieszając chłodną już herbatę. Może w czarnej przestrzeni pudełka doszukiwała się tekstury jego koszuli? Albo podobieństwa z jedną z jego źrenic? Podeszłam do wieszaka, zdjęłam torebkę i po 3 minutach poszukiwań wyciągnęłam z niej stary portfelik.No i kolejne zmartwienie. Otóż przegroda na "grubsze", wcale nie była gruba. Musiałam więc skupić się na mniej materialnych sposobach.
- Mała? Masz ochotę gdzieś wyjść? Może pójdziemy do naszej kawiarni, co? Choć trochę poprawisz sobie nastrój latte. - zapytałam stojąc we framudze drzwi.
Małgorzata zwróciła głowę w moim kierunku, jej postawa była wielkim NIE. Właściwie nie popatrzyła na mnie, bo jej oczy nie przypominały oczu człowieka, ni żywego stworzenia; były jak matowe guziki przyszyte do szmacianej lali leżącej pod kurzową kołderką za szafą od pięciu lat.
- Ahm... No dobrze - mruknęłam pod nosem. - To może po prostu na spacer? Odetchniesz na świeżym powietrzu, może podejdziesz do sprawy z zupełnie innym nastawieniem? - spróbowałam jeszcze raz.
Tym razem nawet nie zareagowała.
- Jeśli nie chcesz wychodzić na zewnątrz, to możemy posiedzieć w domu. Zawsze mogę skoczyć na dół, do wypożyczalni po jakiś film. Słyszałam, że właśnie weszło...
- Zamknij się już. - powiedziała. - Gdybyś była w takiej sytuacji na pewno byś nie chciała by ktokolwiek zawracał ci dupę. Więc pomyśl, jak ty wolałabyś być uszczęśliwiana, po czym daj mi święty spokój. - dodała tak surowo, tak obco, że w pewnym momencie nie byłam pewna, czy głos dobiega z kalki Małgorzaty, czy może z miejsca obok. Odruchowo położyłam rękę na kieszeni bluzy sprawdzając, czy paczka papierosów czeka w pogotowiu. Była, jak zawsze niezawodna. Wyciągnęłam z niej dwa papierosy i zapalniczkę, która lądowała w środku, gdy tylko robiła się wolna przestrzeń po ubywających fajkach. Podeszłam do Małgorzaty i wetknęłam jej papierosa w usta.
- Co ty robisz... - zapytała smetnie spoglądając spod brwi.
- Ja właśnie w ten sposób chciałabym być uszczęśliwianą. - odpowiedziałam zapalając swojego papierosa. Następnie przystawiłam zapaloną zapalniczkę do jej papierosa.
- No? - zapytałam.
Wahała się, ale koniec końców przysunęła się do ognia i odpaliła fajkę.
- Oprócz marzeń, warto mieć papierosy... - powiedziała cicho z lekkim uśmieszkiem.
- Strachota.

*

- Zobacz, zobacz. Zamykają księgarnię i robią wyprzedaż wszytkich artykułów. Chodź wejdziemy, co? - Małgorzata patrzyła błagalnym wzrokiem. Tak, już wzrokiem, nie guzikami.
Pchnęłam ciężkie, drewniane drzwi, a powietrze przebił cichy dźwięk dzwoneczka rozproszony harmiderem panującym przy regałach. Każdy chciał wykupić te najbardziej kolorowe, polakierowane, w twardych oprawach książki, nie zważając na ich treść. Można by było wyrwać okładki, obłożyć nimi cegły, położyć w domu na półce i tak by wyszło na to samo. Małgorzata dała o sobie znać głośnymi stuknięciami metalowych fleków.
- Przeklęte kafelki - mruknęła pod nosem i lekko ślizgając się po podłodze podeszła do dużego kartonu wypełnionymi lekko zniszczonymi książkami.
Dla niej to, co z zewnątrz rzadko ma znaczenie. No chyba, że włosy. Chociaż żeby pięknie się prezentowały muszą być przede wszystkim zdrowe od środka. Tak, więc Małgorzata uznaje tylko piękno wewnętrzne, na to wychodzi, że bez wyjątków. Podeszłam do niej i przyglądałam się, jak wygrzebuje książki z samego dna pudełka.
- O mój Boże... - powiedziała drżącym głosem.
- Wiem o czym mówisz... - zawtórowałam.
- Popatrz tylko... Widziałaś kiedyś taki towar?
- Nie... I popatrz jak wygląda...
- Troszkę zniszczony, ale to nie szkodzi. - powiedziała.
- Tak, nie szkodz... C co? Jak zniszczony? Moim zdaniem wygląda wręcz nienagannie! - odparłam zaskoczona.
- Popatrz - powiedziała i podstawiła mi książkę pod nos. - To pierwsze polskie wydanie Fausta z 62 roku. Musieli wygrzebać te książki z piwnicy, w przeciwnym razie nie wiem jak mogło się tu znaleźć to cudeńko.
Objęłam dłońmi jej głowę i obróciłam lekko w prawą stronę.
- A co powiesz o tym cudeńku? - zapytałam zawadiacko. - Znam teń usmiech, Mała.

sobota, 7 sierpnia 2010

BTW

Po zakochanym człowieku widać, że jest zakochany. Widać po stopach, które potykają się o paproszek, który zdaje się leżał na podłodze od zawsze. Widać po kolanach, które uginają się pod ciężarem nawet najbardziej niewinnych myśli. Widać po brzuchu, w środku którego motyle urządziły sobie niezłą libację. Widać po zniecierpliwionych palcach, paznokciach wystukujących rytm jego ulubionej piosenki, dłoniach, pod którymi go brakuje. Widać po zagubionej w obłoku, przeciążonej sześćdziesięcioma ośmioma kilogramami głowie. Widać, po spierzchniętych ustach, stale przygryzanych, w celu odtworzenia deikatnego mrowienia. Widać po nosie nerwowo rejestrującym okoliczne zapachy. Widać po oczach, które jakby wyjete z innej rzeczywistości oglądają wnętrze głowy, nie to co na zewnątrz jej. Widać, że ta kalka człowieka jest zakochana.

Małgorzata usiadła obok na łososiowej kanapie, wwiercając w moje oczy swoje, smutne jak nigdy dotąd.



wtorek, 13 lipca 2010

Szansa.

Sprzedaj się, to takie modne.

Oczy zamknięte, przewiązane jakimś jedwabnym kawałkiem czerwonego materiału, przez który prześwitują jedynie świetlne refleksy. Ciało wirując z woli jakiejś pozaziemskiej siły, wymyka się spod kontroli zmysłów, stając się czymś nieosiągalnym. Mimowolne rozdzieranie gęstej przestrzeni, drżącej przy każdym działaniu. Ludzie obserwują całe to zjawisko z niebezpiecznie bliskiej odległości, w ich sapiących wydechach mieszka pobudzenie i zainteresowanie każdym następnym ruchem, krokiem, gestem. Nic nie jest pewne; ani jak do tego doszło, ani co się dzieje, ani do czego to zmierza.
Wreszcie dłoń styka się z czymś na kształt kuli, zamykając ją łapczywie w swoim objęciu. Wiwaty, pochwały, gratulacje.

Udało się?

czwartek, 1 lipca 2010

Drzwi.

"Bibibibip! Bibibibip!" o 5,30 budzik rozpoczął swój recital. Szło mu naprawdę nieźle, jednak gdy doszedł do drugiego refrenu rozzłościł się niesamowicie z racji tego, że pan L. jeszcze się nie rozbudził. Grzmotnął go porządnie w część ciemieniową głowy, wyciągnął żonkile z flakonu i wylał na niego wodę. Gdy z powtorem wsadzał do wazonu lekko spragnione kwiaty, pan L. otworzył lewe oko.
Udało mi się! Dobrze wykonał swoją pracę, mógł się udać na zasłużony wypoczynek. Za jakiś czas pomyśli o Malediwach.
Ale tym zajmiemy się kiedy indziej.

"Gdzie się wycisza to cholerstwo?" to pierwsza myśl pana L. o 5,31. Po dłuższych zmaganiach udało mu się wyłączyć nowy budzik, który otrzymał od siostrzenicy w prezencie na czterdziste urodziny. Wolałby pewnie dostać kobietę, albo chociaż jej imitację. Uśmiechnąłby się nawet na myśl o wypożyczeniu takiej na określony czas. Jednak trzeba się cieszyć z każdego drobiazgu, przecież liczy się pamięć - pomyślał i włożył na stopy ustawione równo przy łóżku kapcie frotte, które sprezentowała mu kuzynka. Leniwie poczłapał do kuchni. Otworzył lodówkę, lecz jej zawartość nie skrywała nic poza resztką masła, nadgniłą połówką pomidora i chłodem bijącym z samego wnętrza. Nie pierwszy raz go coś takiego spotykało, gorzej ze śniadaniem. Westchnął i oparłwszy się o blat zaczął wodzić wzrokiem po białym, lekko popękanym suficie...

*

"To nie koniec świata. Czasami się dzieją takie rzeczy, nie jesteśmy na nie w stanie nic poradzić. Po prostu muszą się stać i już. To, że przez to przeszłam świadczy o mojej sile i odporności na zadawane mi ciosy. Jestem niezależną kobietą i nic nie jest w stanie mnie załamać." - powtarzała w myślach Honorata K. W chwili gdy kończyła poranny makijaż pewnym pociągnięciem mascary jej osiemnastoletnia córka przygotowywała śniadanie.
- Co tam pichcisz, Słońce? - zapytała Honorata K.
- Jajecznicę ze szczypiorem. - odpowiedziała Majka.
- Córuś, kochanie, czemu robisz jajecznicę ze szypiorem? - zapytała niepewnie matka, której w głowie już zamigotała czerwona lampka.
- Czepiasz się, bo ojciec ją lubił? - zapytała pretensjonalnie. Nie miała dziś ochoty na sprzeczki z mamą, ale czuła, że ta wyraźnie próbuje skierować rozmowę na temat rozstania.
- Nie, p-po prostu nie mam ochot... Wiesz, że nie lubię szczypioru... Wywal ją i zrób nową. - próbowała uciąć H.K. Bezskutecznie.
- I co? Znowu mnie czeka powtórka twojego wczorajszego wykładu pt. "Moje życie to pasmo nieszczęść"? Mamo, to sprawa między Tobą, a Tatą. Mnie w to nie mieszaj, a tym bardziej nie staraj się mnie zmusić do opowiedzenia po którejś ze stron. Rozumiesz? - wycedziła przez zaciśnięte zęby Maja. To nie było wszystko, co chciała jej powiedziedzeć. W ułamku sekundy musiała podjąć decyzję o opuszczeniu pola bitwy, bądź o dobiciu przeciwnika. Wybrała to pierwsze, po czym przez cały ranek pluła sobie w brodę.
Coraz bardziej się do Niej upodobniała. Jestem słaba.
- Zawsze to samo... - mruknęła pod nosem Honorata. Oparła łokcie o stół i schowała twarz między dłońmi. O dziwo, nie były one niewidzialne, wręcz przeciwnie, prawie że pokazywały całemu światu bezsilność tej kobiety. Po kilku chwilach poczuła dziwny zapach rozchodzący się po kuchni. Jajecznica! Honorata K. nagłym ruchem odrzuciła krzesło na którym siedziała i podbiegła do kuchenki, na której stała patelnia z przyczernionym śniadaniem. Nie zastanawiając się nad tym co robi, chwyciła gorącą rączkę patelni, chcąc zdjąć ją z palnika. Skutkiem tego upuściła ją na podłogę, na której rozbryzgała się "jajecznica". Z zaczerwienioną ręką skierowaną ku górze, przebiegła po ubrudzonych kafelkach zostawiając żółto-czarne ślady prowadzące przed zlew. Włożyła palce pod kran i nieudolnie odkręciła niebieski kurek.
Poparzone miejsce Honorata K. chłodziła wodą płynącą z dwóch strumieni.

*

Można by rzec, że pan L. miał powodzenie. Większość kobiet, które spotkał w życiu otwierała mu drzwi na oścież, obdarzała go przymilającymi uśmiechami. Często same zaczepiały rozmową. I pomyśleć, że to wszystko dla tych drobiazgów, które im wręczał. Był to chyba jedny plus opowiadający się za wczesnym wstawaniem do pracy.
Pan L. poza swoją pracą i małą kawalerką urządzoną zgodnie ze standardami Ikei, nie miał nic i nic też nie zapowiadało zmiany. Mimo to w każdy pierwszy dzień tygodnia po przebudzeniu witał samego siebie myślą "to właśnie ten dzień". Tak samo było też drugiego, trzeciego, czwartego...

Idąc wdłuż ulicy Bułhakowa przyglądał się każdej otwierającej mu drzwi kobiecie. "Dzień dobry, polecony będzie. Tak, proszę tu podpisać. Do widzenia." powtarzał te kwestie do znudzenia, aż nie doszedł do domku z numerem 11. Uśmiechnął się w duchu na ten widok i zapukał do drzwi.

*

"Puk, puk" rozległo się pukanie do drzwi. Honorata K. nerwowo zakręciła kran, wytarła twarz i rękę papierowym ręcznikiem, po czym wydmuchała w niego nos.
- Ktoś puka do drzwi. - powiedziała stojąca w progu Majka.
- Przecież słyszę! - odkrzyczała lekko podekscytowana kobieta. "Może to on. Tak, czasami o tej porze wracał z pracy. Jak długo można było na niego czekać?! Pewnie musiał wszystko przemyśleć, ale zrozumiał, że właśnie tu będzie mu najlepiej. Przy nas. Przy mnie!" wrzeszczały myśli Honoraty K. nieustannie krążące po orbitach jej głowy.
- To musi być ten dzień. - powiedziała cichutko i nacisnęła klamkę.

*

Pan L. słyszał prędkie kroki zmierzające ku drzwiom. Oczami wyobraźni podążał korytarzem wraz z tą młodą dziewczyną, która kilka dni temu przykuła jego uwagę. Nie wyróżniała się specjalnie z tłumu podobnych, niczym kserokopie ludzi. Miała dwie nogi, dwie ręce, dwoje dużych oczu, zwykłe brązowe włosy i beztroski uśmiech, którym zdawała się nagradzać zasłużonych bohaterów dnia. Tym bardziej intrygowała pana L. tym, że w przeciwieństwie do przedstawicielek płci (podobno)pięknej nie starała się wywrzeć oszałamiającego wrażenia na przedstawicielach płci (nie zawsze)brzydkiej. Otwierała mu drzwi w rozciągniętej koszulce starszego brata, w nie doprowadzonych do jakiegokolwiek wyglądu (już nawet nie mówię o ładnym) włosach, stojąc boso na zimnych kafelkach, uśmiechając się bez przymusu.
Nie, pan L. nie był czterdziestolatkiem, który nabrzmiewał na widok nastoletnich dziewcząt. Coś w tym mogło być, jednakże przez te pierwszorzędne zapotrzebowania przebijał się głód młodości, energii, chęci sięgania po więcej, tego co z pana L. już się bezpowrotnie ulotniło. Jego oczy bardzo polubiły beztroskość i bezinteresowność tej dziewczyny, dlatego nasz bohater stał przed drzwiami domku nr 11 w nadziei, że dziś także będzie mogł je nimi nasycić.

*

Tak oto otwierające się drzwi pozbawiły marzeń, pragnień i nadziei obojga ludzi.



niedziela, 27 czerwca 2010

Lew.

- M. Niewielka przy telefonie. - obudziło mnie surowe zdanie Małgorzaty wypowiedziane o 6,32. Zastanawiające, wcześniej nie zdarzyło się ani jednej z nas, by otrzymywać wiadomości, a co dopiero telefony o tak wczesnej porze. Nawet nie usłyszałam porządnego 'dryń, dryń', a to znaczy, że Małgośka musiała czatować przy słuchawce. W głowie powoli zaczęłam kompletować ubranie, bo cokolwiek się dzisiaj wydarzy (a czułam że będzie to coś... niecodziennego) muszę wyglądać zadowalająco. Nie zdążyłam rozstrzygnąć sporu między fioletową, a oberżynową podkoszulką, bo wytrącił mnie krzyk Małgorzaty:
- Pan chyba zwariował! Nie, nie! Nie interesuje mnie, co ma Pan mi jeszcze do zaoferowania! Powiedziałam NIE! Do widzen... Nie! Do widzenia! - i trzasnęła słuchawką o widełki tak mocno, że jeden z haczyków się ułamał.
- Nie no, Gośka... I coś narobiła? Jak ja mam to teraz skleić?... - zwlokłam się z łóżka i podniosłam z podłogi wyłamaną część.
- Zamieszczałaś gdzieś ogłoszenie o wynajmie... sufitu? - zapytała Małgorzata z wyjątkowo nieinteligentnym wyrazem twarzy.
- Sufitu? Co Ty wygadujesz? - odpowiedziałam pytaniem. Ja wiem, że niewielcy mają wielką wyobraźnię, ale to nawet do Niej nie było podobne.
- No tak, SU-FI-TU. Przedstawił się jako Komar i mówił, że znalazł w gazecie taką rubryczkę, i że chętnie wybierze się dzisiaj popołudniu na oględziny naszego sufitu.
Zostałyśmy zbite z tropu, bo jeśli żadna z nas tego nie zrobiła, to... kto? Było to pytanie na dzień dzisiejszy. Zaparzyłam kawę, otworzyłam nową paczkę papierosów i chłonęłam zmysłami własny świat przedstawiony. Potem postanawiłam wypić i zapalić, ale to rozproszyło mój błogostan. Przedsmak jest zdecydowanie bardziej pociągający, niż esencja. Pragnienie zrobienia czegoś popycha człowieka do rzeczy niekiedy go przerastających, pomaga wyzwolić wewnętrzną siłę, która do owego momentu pozostawała niewykorzystana. Z moich porannych rozważań brutalnie wyrwało mnie pukanie do drzwi. I to właśnie w chwili, gdy ułożyłam się na krześle w najwygodniejszej pozycji w całej galaktyce, takiej w której każdy człowiek próbuje się ułożyć przez całe życie. No trudno. Mimo wielkich oporów wstałam i zaczęłam człapać w kierunku drzwi. Nieumyślnie uderzyłam małym palcem prawej stopy o regał z książkami. Wydaje mi się, że jest co część ciała stworzona po to, by jak najboleśniej się w nią pieprznąć. Chwilę w wielkiej udręce pozwijałam się na podłodze, mając cichą nadzieję, że pukającemu odechce się czekania i najzwyczajniej w świecie sobie pójdzie. On jednak nie odpuścił, bo po chwili znowu rozległo się pukanie do drzwi. "Uparty" pomyślałam i zaczęłam otwierać nasze 7 zamków. W końcu udało mi się porozbrajać wszystkie zabezpieczenia, nacisnęłam klamkę a moim oczom ukazała się... pusta klatka schodowa.
- Gośka, słyszałaś pukanie do drzwi? - zawołałam.
Ona nie odpowiadała.
- No trudno. -pomyśłałam i zaczęłam zabezpieczać nasze drzwi.
Wróciłam do pokoju, tym razem uważając na niebezpieczny mebel. Do tej chwili mam na sumieniu mały palec. Usiadłam na parapecie, włożyłam do ust papierosa i wtedy wraz z dymem okryło mnie niepokojące uczucie. Rozejrzałam się po pokoju. Nic się nie zmieniło. Przynajmniej nie powinno.
- Dzień dobry! - usłyszałam za plecami obcy, jednakże miły głos.
Odwróciłam się gwałtownie, co spowodowało mój upadek na podłogę. Obicie kości ogonowej boli równie mocno, jak uderzenie w palec u stopy.
- Pani pozwoli sobie pomóc - powiedział wyciągając do mnie kończynę. - Nazywam się Komar. Mimo sprzeciwu Pani współlokatorki postanowiłem się pojawić.
- Małgorzata jest bardzo impulsywana, proszę jej to wybaczyć. - powiedziałam, po czym się przedstawiłam i zaproponowałam filiżankę kawy. Prowadziłam z p.Komarem bardzo miłą konwersację do czasu, gdy...
- Kto to jest?! - krzyknęła  stojąca w drzwiach Małgorzata.
- Pani pozwoli, że się przedstawię... - zaczął Komar.
- Nie pozwalam. Wynocha z mojego domu. - warknęła bardzo niegrzecznie Małgorzata.
- Ale proszę dać mi wyjaśnić moje przybycie. - upierał się Komar.
Małgorzata była już dość roztrzęsiona przez Jego telefon, więc zaistniała sytuacja wpłynęła na nią bardzo negatywnie. Naprawdę, nie miałam zielonego pojęcia, co się mogło wydarzyć, ale tego co się właśnie stało nawet moja nieogarnięta głowa nie mogła pojąć. Dla podręcznikowego czytelnika cała ta sytuacja wykracza poza codzienną rutynę, dlatego wprowadzenie kolejnego bohatera już zaburza całą logikę zdarzeń.
-AGGRRRAAAAHGHRRAAAA! - usłyszałam przeraźliwy okrzyk, którego następstwem okazały się pozostałości jedynie skrzydełek Komara. Nad szafką, która mściła się na moim małym placu, na cienkiej pajęczynie wisiała pająkopodobna kreatura. Postanowiłam się przestawić na tryb ''nieobecny'', niech Gośka to załatwi. Kiedy ocnęłam się po pewnym czasie zostałam przedstawiona panu Pająkowi, jako ta nieodpowiedzialna, która wpuściła Komara do domu.
- A co było w nim takiego złego? - zapytałam.
- Przyssałby się do Was! - odpowiedział p.Pająk.
- On przynajmniej nikogo nie zjada... - mruknęłam pod nosem i udałam się do kuchni zaparzyć melisę. Zbyt wiele dziwnych rzeczy mnie dzisiaj spotkało.
Tymczasem Panu Pająkowi żyło się w naszym domu bardzo dobrze. Małgorzata nieźle się z nim dogadywała, dzięki niej polubił The Ramones, ona została uświadomiona, jak bardzo złymi istotami są muchy. Od tamtego momentu razem urządzali po całym mieszkaniu pościgi za owadami nucąc Sheena is a punk rocker. Naprawdę nie miałam nic przeciwko tej znajomości. Jednak, gdy pewnego dnia zobaczyłam Pana Pająka zajmującego moje miejsce na łososiowej kanapie, zabawiającego Małgorzatę opowieściami prosto z zatęchłej piwnicy, coś we mnie pęłko do tego stopnia, że zaczęła mi drgać lewa powieka. Tego było za wiele, więc resztę popołudnia spędziłam na rozmyślaniu, jakby się go pozbyć...
Bingo.
Szybko wybiegłam na klatkę schodową, zbiegłam po schodach i wręcz wypadłam na ulicę. Odwróciłam się i zaczęłam wodzić po oknach sąsiadów. Ten z entego piętra stał przy oknie nieruchomo, jak skała. Świetnie. Już po chwili stałam przed drzwiami do jego mieszkania. Zapukałam, usłyszałam ciche szuranie, aż w końcu trzask otwieranego zamka.
- Wiem, że ma pan kota i rower. Czy mógłby mi pan wypożyczyć tego pierwszego na potrzebę troszkę niecnego celu? - zapytałam.
- Nie mam nic przeciwko. Kocur, chodź. - powiedział, po czym wręczył mi typowego dachowca.
- Dziękuję bardzo! - odkrzyknęłam, zagłuszając go, gdy próbował sie przedstawić. Śpieszyło mi się.
W mieszkaniu panowałby mrok, gdyby ciemności nie rozpraszały zapalone świece. Małgorzata z Pająkiem w odświętnych strojach popijali czerwone wino siedząc na łososiowej kanapie. Wytrzymasz to, wytrzymasz.
Poszłam do kuchni z Kocurem na rękach, w głowie dopieszczając plan unicestwienia nowego lokatora. Wtem z salonu dobiegł mnie tupot ośmiu odnóży niosących właściciela w stronę kuchni.
- Witaj, może dołączysz do nas? - zapytał uprzejmnie.
- Witaj, może nie. - ucięłam.
Gdy zdjął wołowinę z gazu, wiedziałam, że to już czas. Wypuściłam więc Kocura z rąk, który to o dziwo nie spadł na cztery łapy, tylko wzbił się w górę, lądując blisko garnka z mięsem. Zaczął pochłaniać jedzenie tak łapczywie, że nawet nie zauważył, że wsunął także jedną nóżkę, drugą, trzecią i czwartą...
- Wcinaj Kocur, wcinaj. - mówiłam pieszczotliwie, głaskając go po grzbiecie. - Dobra robota.
W najmniej oczekiwanym momencie do kuchni wpadła Małgorzata.
- Coś się stało? Słyszałam przewracający się garnek i... - przerwała Małgorzata dostrzegając ósmą kończynę wystającą z pyszczka Kocura.

*

Małgorzata nie odzywała się do mnie przez kolejne kilka dni. I było by tak dalej, aż do pewnego momentu, w którym wydarzenia znów przybrały drastyczny obrót.
- Jesteś w domu? - usłyszałam głos Małgorzaty dobiegający z frontowych drzwi.
- W salonie! - odkrzyknęłam, delektując się smakiem czarnej kawy, siedząc na moim miejscu na łososiowej kanapie.
- Dawaj mi zaraz tego kota. - warknęła Małgorzata wpadając do pokoju.
- Jakiego znowu kota? - zapytałam, odstawiłam filiżankę na stolik i usiadłam. - Nie mamy w domu kota.
O nogi Małgorzaty zaczęło się ocierać duże zwierzę, zupełnie go nie zauważyłam będąc w pozycji leżącej. Wyprostowało sylwetkę, obróciło łeb w moją stronę.
- To zemsta za Pająka. Gdzie ten kot?! - wrzasnęła Małgorzata.
Oniemiałam.
- Przyprowadziłaś do domu Lwa, by ten... zjadł... Kota?
I Lew pożarł nas.

*

- Dasz wiarę? Naprawdę nie mam pojęcia, co moja głowa chce mi powiedzieć przez takie sny. - powiedziałam i zaczęłam masować skronie. Siedziałyśmy z Małgorzatą w kuchni, przy świeżych grzankach i kawie, której aromat powoli malował mi dzisiejszy poranek.
- Ci niewielcy tak mają. - odpowiedziała z uśmiechem i pocałowała mnie w czoło.

Stał na klatce schodowej w ciemnozielonym swetrze, z kotem na rękach i przyglądał się przez judasza porannemu przebiegowi wydarzeń.

sobota, 26 czerwca 2010

Poduszka.

- Jest godzina 11.54. Chyba już nie zdążę. - powiedziałam zmartwiona.
Ciepłe, niedzielne przedpołudnie. Niebo: niebiesko-zachmurzone. Temp. powietrza: 23,4 stopni Celsjusza. Dokładnie w tamtym tygodniu, dokładnie o tej porze siedziałam dokładnie w piątej ławce od ołtarza i z zniecierpliwieniem czekałam, aż rozpoczną. Dwa tygodnie temu o tej porze niczym uniżona służka klęczałam przed drewnianą kratką z wielkim postanowieniem poprawy z grzechów, które powielam od jakichś ośmiu lat. Czy zło weszło mi w nawyk? Współczuję tym po drugiej stronie kratki, znają już na pamięć przewinienia tych przechodzących obok i odwracających wzrok, lub sprawdzających godzinę na właśnie stającym zegarku, i tych wyrażających szacunek rzucanym 'Szczęść Boże'.
Tak czy siak w tej chwili stałam przed lustrem z na wpół wyprostowanymi włosami, w spodniach od piżamy, z papierosem w ustach.
- Chyba? Chyba na pewno. - rzuciła od niechcenia Małgorzata. - Raczej nic Ci nie zrobią za to, że raz Tam nie poszłaś, co?
- No niby nie, ale nigdy nie opuszczałam niedzielnej mszy - odpowiedziałam i sięgnęłam po tusz do rzęs.
- Więc?... Co się stanie, jak raz Cię Tam nie będzie?
- Nic, a nic - odrzekłam i rozchyliłam lekko usta, a papieros delikatnie zakołysał się na mojej dolnej wardze.
- I nie pal tego świństwa. - warknęła Małgorzata i zwinnym ruchem wyciągnęła fajkę z moich ust i zgasiła ją na parapecie.
- Cholera. Patrz, co przez Ciebie zrobiłam - odwróciłam się do siedzącej przy otwartym oknie Małgorzaty, prezentując czarną kreskę rozciągającą się od rzęs, kończącą się przed brwią. - Teraz to na pewno się nie wyrobię.

Słońce miało dziś dobry dzień. Wyłożyłam się na ławce przed sklepem, gdzie promienie gładziły moją twarz, podczas gdy Małgorzata kłóciła się z ekspedientką o cenę poduszek z ręcznie wyszywanymi, oliwkowymi poszewkami. Jej zdaniem nie były warte tylko kilku złotych, chciała za nie zapłacić 3 razy więcej niż proponowała cena detaliczna. Sprzedawczyni oburzona stwierdziła, że nie będzie tolerowała takiego zachowania i poprosiła ją o wyjście. Małgorzata wzięła pod pachę dwie poduszki, rzuciła na ladę banknot, który uważała za słuszny ich wartości i szybko wybiegła ze sklepu. No cóż, takich ludzi się nie spotyka.
- Czemu właściwie tam chodzisz? - zapytała, gdy wstawałam z ławki.
- Mają naprawdę dobre wyroby w przystępnych cenach, poza tym miła obsługa i w ogóle.
- Nie miałam na myśli tego potwornego pawilonu, w którym uwałacza się pracy ludzkich rąk i wynagrodzeniu za nią. Mam To na myśli - powiedziała i skinęła głową w stronę wieży kościelnej.
- Od małego rodzice zabierali mnie w każdą niedzielę do kościoła. Potem weszło mi to w krew, szłam tam po prostu z przyzwyczajenia. W pewnym momencie mojego życia odczułam wielką potrzebę oparcia się w Bogu. Potem wiesz co się wydarzyło i... I teraz nie wiem jak to jest.

*

- Myślisz, że to aby na pewno bezpieczne?! - krzyknęłam do Małgorzaty znajdującej się jakieś 3 metry nade mną.
- Pewnie, że nie! - odpowiedziała i uśmiechnęła się tak szyderczo, jak tylko ona usmiechnąć się potrafi.
I wchodziłyśmy wyżej. Rozgrzana blachodachówka parzyła skórę moich dłoni, jednak wspinając się po wieży kościelnej, bardziej myśli się o każdym ruchu zwiększającym wysokość.
- Gośka, ja się boję! To za wysoko! - mój głos brzmiał żałośnie. I śmierdział tchórzem.
Ona nawet się nie obejrzała, już tylko centymetry dzieliły jej rękę od wielkiego, metalowego krzyża wieńczącego sam szczyt wieży.
- Auć! - jęknęła Małgorzata i przyłożyła palec do ust - cholernie gorący. Uważaj, chwyć mnie za rękę.
- Tu jest pięknie... Chryste, jak tu wysoko! Nie patrz w dół, proszę nie patrz w dół.
- Uspokój się. A teraz pytaj.
- Tylko nie podsłuchuj tak bardzo. To bardzo dziwne, no ale po coś tu wchodziłam, niech to też doceni. Boże, powiedz mi jak to się dzieje, że liczni mówią o Twojej miłości, ale nieliczni jej doświadczyli? Czemu, gorliwość modlitwy wierzącego jest mniej wartościowa, niż chwilowa myśl ateisty o możliwości Twojego istnienia? Czemu dajesz nam nadzieję na to, że może być lepiej, a gdy już udaje nam się w to uwierzyć, wszystko w jednej chwili obraca się przeciw nam?
- Skończ już. Myślisz, że tak uda Ci się to załatwić? Wiesz, rozczarowałaś mnie. Myślałam, że w Jego obliczu zachowasz się... Inaczej - odrzekła zażenowana Małgorzata.
- No, a jak Twoim zdaniem mam mu wyrzucić to wszystko? - zapytałam.
- Ja mam Ci mówić, jak masz z Nim rozmawiać? A kim ja jestem?
- No właśnie! Kim Ty jesteś, że chcesz mi mówić, jak to załatwiać? Ty nawet w Niego nie wierzysz. - odpowiedziałam z wyrzutem.
- A Ty? Stoisz teraz na wieży kościelnej i wydaje Ci się, że w ten sposób się do Niego zbliżysz! - krzyknęła.
- Do jasnej cholery, to był Twój pomysł! - wrzasnęłam i bardzo niefortunnie wygięłam swoje ciało.

*

Obudziłam się późnym wieczorem w żywopłocie otaczającym kościół. Miałam lekko poobdzierane ubrania, z moich pleców i lewego łokcia promieniował silny ból. Co właściwie się stało? Nie miałam bladego pojęcia. Cały czas jednak czułam na sobie czyjś wzrok. Nie przeszywający, nie złowrogi, tylko opiekuńczy. Zrobiło mi się cieplej. Pod głową miałam dużą poduszkę z ręcznie wyszywaną poszewką. Bardzo ładna. Chyba ją wezmę do domu.


czwartek, 24 czerwca 2010

Pralnia.

Przeszłyśmy z Małgorzatą całe miasto wzdłuż i wszerz, i nic. Ja rozumiem, że po naszej mikrometropolii naprawdę nie można się Bóg wie czego spodziewać, ale żeby nigdzie nie było porządnej pralni? Tak, piorą umazane czerwoną szminką jeansy, upaćkane fluidem koszule, pozbywają się chemicznie plam po piwie i będących jego następstwem rzygowinach, ale tym razem szukamy czegoś innego. Więc pytamy grzecznie już w ostatniej pralni na mapie, czy możemy skorzystać z któregoś tam bębna. Przemiła-że-porzygać-się-idzie paniusia wskazuje nam jakiś na samym, brudnym końcu. My nie narzekamy, dla nas to nawet lepiej, pranie wymaga wyjątkowej prywatności. Wtem w drzwiach stanęła babcia ciotki Marty, której mąż kiedyś spotykał się z kuzynką Baśki, tą od strony wujka Piotrka, który jak pamiętacie sprzedał mi ten felerny piekarnik. Babcia miała na głowie przekrzywiony, moherowy beret w odcieniu brudnego różu, który na szaroburych włosach Babci wyglądał prawie komicznie. Ale nie dałyśmy się zwieść niepozorności Babci, dobrze wiem, że ta jędza nie cierpi Małgorzaty i nawet w pralni będzie robić wszystko, by uprzykrzyć jej życie.
- Biegnij do bębna i nie oglądaj się za siebie, niedługo do Ciebie dołączę. - usłyszałam z ust Małgorzaty.
- Nie zostawię Cię tu samej! Bez Ciebie nigdzie się nie ruszam. - odpowiedziałam.
- Nie trać czasu! Dam sobie radę.
Odwróciłam się szybko, lecz moim oczom ukazał się prawdziwie przerażający widok. Różowy Beret migiem, jak na Babcię, przemieszczał się między stertami ubrań, krzesełkami i znudzonymi ludźmi, którzy zamiast urozmaicić sobie życie praniem własnych skarpet, przychodzą do pralni i wlepiają oczy w wirujące ubrania. Choćby nie wiem jak bardzo byli uważni w swoim obserwowaniu to i tak Małgorzacie uda się w najmniej oczekiwanym momencie podmienić pojedyńczą skarpetę z jednego koszyka, wrzucić ją do drugiego i na odwrót. Nie wiem po co to robi, ale sprawia jej to wyraźną uciechę. Teraz jednak nie było jej do śmiechu, gdyż Babcia próbowała zapchać nasz bęben swoimi cieniutkimi rajstopeczkami i poprzecieranymi biustonoszami. Ohyda, nawet jak na starszą babcię i obskurną pralnię.
- Proszę ją zatrzymać! Ta kobieta stwarza niebezpieczeństwo dla otoczenia! - Małgorzata wrzeszczała na całe gardło - Ma w swojej reklamówce stanik z welurowymi ramiączkami!
Sprytne zagranie, ludzie nienawidzą weluru. Przerażona panni zza lady krzyczała coś w rodzaju "Nie ruszać się" i "Niech pani odda swoją reklamówkę". Wszyscy byli zajęci Różowym Beretem i jej welurowym problemem, wtenczas my mogłyśmy spokojnie czynić naszą powinność przy pralce numer 262939.
- I jak? Jesteś gotowa? - zapytałam.
- Jak zawsze. Wchodzę pierwsza.
Małgorzata otworzyła naszą pralkę, klęknęła przy otworze i włożyła prawą nogę, zaraz potem lewą, skuliła się, i już siedziała w środku. Ja szybko przeleciałam wzrokiem po programach i... I nigdzie nie mogłam znaleźć guzika z napisem "PRANIE MÓZGU".
- Chyba mamy problem. Tu nie ma takiej funkcji. - powiedziałam.
- Jak to nie ma takiej funkcji?! Przełaziłam z Tobą całe miasto, żeby usłyszeć, że nie ma takiej funkcji?! - wrzeszczała. To nie było dobre posunięcie, bo wszyscy zgromadzeni odwrócili swoją uwagę od Babci i jej welurowch ramiączek, których wcale nie miała, i zaczęli się bacznie przyglądać naszym poczynaniom.
- Cholera, Gośka suwaj się! - warknęłam, po czym wcisnęłam wszystkie guziki na panelu znajdujące się w obrębie mojej dłoni. Zaczęłam szybko włazić do bębna, zgniatając przy tym ramię Małgorzaty. Nagle poczułam mocny uścisk wokół mojej kostki, a zaraz po nim wielką łapę, która zaczęła błądzić w okolicach mojego biustu. Ochroniaż jednym, zgrabnym ruchem wyciągnął mnie z pralki.
- Pani zwariowała? Włazi pani do pralki? To jest istny szpital psychiatryczny! Co pani chciała zrobić?! - krzyczał dwumetrowy ochroniarz. Szkoda tylko, że już nie trzymał dłoni tam gdzie przedtem, było naprawdę przyjemnie.
- Noo, chciałyśmy wyprać sobie mózgi. - odpowiedziałam niepewnie.
Ludzie wokół ryknęli śmiechem. W tym momencie zastanawiałam się, co mnie zirytowało bardziej: to, że stałam na środku pralni, z nieco podwiniętą koszulką i w lekko przemoczonym ubraniu będąc klaunem i zarazem przełamaniem rutyny dla gapiów, czy to, że Małgorzaty jak zwykle nikt nie widział.

środa, 23 czerwca 2010

N A S P R Z E D A Ż

Państwo sobie wyobrażą drzwi. Dość wysokie, by mógł przez nie przejść ten przystojny gentleman nie strącając z głowy kapelusza, i dość szerokie, by mogła się w nich zmieścić ta obszerna dama w liliowym boa. Drzwi na tyle solidne, że szanowni państwo nie zdołaliby się przez nie przebić, choćby parli państwo z całej swej siły, która w rzeczywistości leży tylko w państwa portfelach. Z wewnętrznej strony ktoś naciska na mosiężną, zdobioną klamkę, drzwi się otwierają, mogą państwo wejść. Przed państwem rozpościera się zielony dywan, widzą państwo? Dywan podobno potrafi latać, ale to chyba jednak tylko pogłoski. Kiedyś chciałam to sprawdzić i wyszłam z nim przed dom i... Ahh, nie interesuje to państwa. Proszę mi wybaczyć ten nietakt. Stąpają państwo po tym niezwykłym dywanie, wchodząc w głąb sali. Wypełnia ją zapach świeżo lakierowanego drewna, nieskazitelnie pomalowaych ścian w kolorze gorszkowym i brudnej forsy. Ale to nikomu nie przeszkadza. Czyste pieniądze nie pachną, nie zdradzają swojej obecności. Państwo wolą śmierdzieć swoim bogactwem, to dobrze, to doskonale, to nam sie przyda. Proszę państwa, proszę zająć znajdujące się tu krzesła. Są one drewniane, są obite ciemnozielonym, welurowym materiałem, ich podłokietniki są nad wyraz wygodne, proszę się oprzeć, pewnie są państwo bardzo przemęczeni. Jeśli każdy z państawa znalazł już miejsce siedzące to... Ahh dobrze, już zaczynamy.

*

Ahh dobrze, już zaczynamy. Zgromadzili się państwo tu w celu osiągniecia swego celu. By zdobyć swą zdobycz. By umieć, by zrozumieć, by się nauczyć, by wyzbyć uczuć.
Obok mnie stoi kobieta ubrana w samą siebie, która nigdy samej siebie nie pokaże. Która nie jest w stanie poczuć, bo nie zna uczuć, nie jest w stanie pokochać, bo nie wie co to kochanie. Ta oto mieści w sobie wiecej, niż na to wyglada, potrafi dawać to, co przekracza wyobrażenia, by potem redukować, by nie spełniło oczekiwań.

*

Przymiot wywoławczy:  S Z C Z Ę Ś C I E
Brak odzewu.
Przymiot wywoławczy: U C I E C H A
Brak odzewu.
Przymiot wywoławczy: S P O K Ó J
Brak odzewu.
Przymiot wywoławczy: R O Z U M
Brak odzewu.
Przymiot wywoławczy: R O Z S Ą D E K
Brak odzewu.
Przymiot wywoławczy: C Z A S
Brak odzewu.
Przymiot wywoławczy: S E R C E
Brak odzewu.

Brak odzewu z strony państwa.
Error 404
Mayday, Mayday
Tracimy ich.
...

Dorzucam życie i biorę.