niedziela, 27 czerwca 2010

Lew.

- M. Niewielka przy telefonie. - obudziło mnie surowe zdanie Małgorzaty wypowiedziane o 6,32. Zastanawiające, wcześniej nie zdarzyło się ani jednej z nas, by otrzymywać wiadomości, a co dopiero telefony o tak wczesnej porze. Nawet nie usłyszałam porządnego 'dryń, dryń', a to znaczy, że Małgośka musiała czatować przy słuchawce. W głowie powoli zaczęłam kompletować ubranie, bo cokolwiek się dzisiaj wydarzy (a czułam że będzie to coś... niecodziennego) muszę wyglądać zadowalająco. Nie zdążyłam rozstrzygnąć sporu między fioletową, a oberżynową podkoszulką, bo wytrącił mnie krzyk Małgorzaty:
- Pan chyba zwariował! Nie, nie! Nie interesuje mnie, co ma Pan mi jeszcze do zaoferowania! Powiedziałam NIE! Do widzen... Nie! Do widzenia! - i trzasnęła słuchawką o widełki tak mocno, że jeden z haczyków się ułamał.
- Nie no, Gośka... I coś narobiła? Jak ja mam to teraz skleić?... - zwlokłam się z łóżka i podniosłam z podłogi wyłamaną część.
- Zamieszczałaś gdzieś ogłoszenie o wynajmie... sufitu? - zapytała Małgorzata z wyjątkowo nieinteligentnym wyrazem twarzy.
- Sufitu? Co Ty wygadujesz? - odpowiedziałam pytaniem. Ja wiem, że niewielcy mają wielką wyobraźnię, ale to nawet do Niej nie było podobne.
- No tak, SU-FI-TU. Przedstawił się jako Komar i mówił, że znalazł w gazecie taką rubryczkę, i że chętnie wybierze się dzisiaj popołudniu na oględziny naszego sufitu.
Zostałyśmy zbite z tropu, bo jeśli żadna z nas tego nie zrobiła, to... kto? Było to pytanie na dzień dzisiejszy. Zaparzyłam kawę, otworzyłam nową paczkę papierosów i chłonęłam zmysłami własny świat przedstawiony. Potem postanawiłam wypić i zapalić, ale to rozproszyło mój błogostan. Przedsmak jest zdecydowanie bardziej pociągający, niż esencja. Pragnienie zrobienia czegoś popycha człowieka do rzeczy niekiedy go przerastających, pomaga wyzwolić wewnętrzną siłę, która do owego momentu pozostawała niewykorzystana. Z moich porannych rozważań brutalnie wyrwało mnie pukanie do drzwi. I to właśnie w chwili, gdy ułożyłam się na krześle w najwygodniejszej pozycji w całej galaktyce, takiej w której każdy człowiek próbuje się ułożyć przez całe życie. No trudno. Mimo wielkich oporów wstałam i zaczęłam człapać w kierunku drzwi. Nieumyślnie uderzyłam małym palcem prawej stopy o regał z książkami. Wydaje mi się, że jest co część ciała stworzona po to, by jak najboleśniej się w nią pieprznąć. Chwilę w wielkiej udręce pozwijałam się na podłodze, mając cichą nadzieję, że pukającemu odechce się czekania i najzwyczajniej w świecie sobie pójdzie. On jednak nie odpuścił, bo po chwili znowu rozległo się pukanie do drzwi. "Uparty" pomyślałam i zaczęłam otwierać nasze 7 zamków. W końcu udało mi się porozbrajać wszystkie zabezpieczenia, nacisnęłam klamkę a moim oczom ukazała się... pusta klatka schodowa.
- Gośka, słyszałaś pukanie do drzwi? - zawołałam.
Ona nie odpowiadała.
- No trudno. -pomyśłałam i zaczęłam zabezpieczać nasze drzwi.
Wróciłam do pokoju, tym razem uważając na niebezpieczny mebel. Do tej chwili mam na sumieniu mały palec. Usiadłam na parapecie, włożyłam do ust papierosa i wtedy wraz z dymem okryło mnie niepokojące uczucie. Rozejrzałam się po pokoju. Nic się nie zmieniło. Przynajmniej nie powinno.
- Dzień dobry! - usłyszałam za plecami obcy, jednakże miły głos.
Odwróciłam się gwałtownie, co spowodowało mój upadek na podłogę. Obicie kości ogonowej boli równie mocno, jak uderzenie w palec u stopy.
- Pani pozwoli sobie pomóc - powiedział wyciągając do mnie kończynę. - Nazywam się Komar. Mimo sprzeciwu Pani współlokatorki postanowiłem się pojawić.
- Małgorzata jest bardzo impulsywana, proszę jej to wybaczyć. - powiedziałam, po czym się przedstawiłam i zaproponowałam filiżankę kawy. Prowadziłam z p.Komarem bardzo miłą konwersację do czasu, gdy...
- Kto to jest?! - krzyknęła  stojąca w drzwiach Małgorzata.
- Pani pozwoli, że się przedstawię... - zaczął Komar.
- Nie pozwalam. Wynocha z mojego domu. - warknęła bardzo niegrzecznie Małgorzata.
- Ale proszę dać mi wyjaśnić moje przybycie. - upierał się Komar.
Małgorzata była już dość roztrzęsiona przez Jego telefon, więc zaistniała sytuacja wpłynęła na nią bardzo negatywnie. Naprawdę, nie miałam zielonego pojęcia, co się mogło wydarzyć, ale tego co się właśnie stało nawet moja nieogarnięta głowa nie mogła pojąć. Dla podręcznikowego czytelnika cała ta sytuacja wykracza poza codzienną rutynę, dlatego wprowadzenie kolejnego bohatera już zaburza całą logikę zdarzeń.
-AGGRRRAAAAHGHRRAAAA! - usłyszałam przeraźliwy okrzyk, którego następstwem okazały się pozostałości jedynie skrzydełek Komara. Nad szafką, która mściła się na moim małym placu, na cienkiej pajęczynie wisiała pająkopodobna kreatura. Postanowiłam się przestawić na tryb ''nieobecny'', niech Gośka to załatwi. Kiedy ocnęłam się po pewnym czasie zostałam przedstawiona panu Pająkowi, jako ta nieodpowiedzialna, która wpuściła Komara do domu.
- A co było w nim takiego złego? - zapytałam.
- Przyssałby się do Was! - odpowiedział p.Pająk.
- On przynajmniej nikogo nie zjada... - mruknęłam pod nosem i udałam się do kuchni zaparzyć melisę. Zbyt wiele dziwnych rzeczy mnie dzisiaj spotkało.
Tymczasem Panu Pająkowi żyło się w naszym domu bardzo dobrze. Małgorzata nieźle się z nim dogadywała, dzięki niej polubił The Ramones, ona została uświadomiona, jak bardzo złymi istotami są muchy. Od tamtego momentu razem urządzali po całym mieszkaniu pościgi za owadami nucąc Sheena is a punk rocker. Naprawdę nie miałam nic przeciwko tej znajomości. Jednak, gdy pewnego dnia zobaczyłam Pana Pająka zajmującego moje miejsce na łososiowej kanapie, zabawiającego Małgorzatę opowieściami prosto z zatęchłej piwnicy, coś we mnie pęłko do tego stopnia, że zaczęła mi drgać lewa powieka. Tego było za wiele, więc resztę popołudnia spędziłam na rozmyślaniu, jakby się go pozbyć...
Bingo.
Szybko wybiegłam na klatkę schodową, zbiegłam po schodach i wręcz wypadłam na ulicę. Odwróciłam się i zaczęłam wodzić po oknach sąsiadów. Ten z entego piętra stał przy oknie nieruchomo, jak skała. Świetnie. Już po chwili stałam przed drzwiami do jego mieszkania. Zapukałam, usłyszałam ciche szuranie, aż w końcu trzask otwieranego zamka.
- Wiem, że ma pan kota i rower. Czy mógłby mi pan wypożyczyć tego pierwszego na potrzebę troszkę niecnego celu? - zapytałam.
- Nie mam nic przeciwko. Kocur, chodź. - powiedział, po czym wręczył mi typowego dachowca.
- Dziękuję bardzo! - odkrzyknęłam, zagłuszając go, gdy próbował sie przedstawić. Śpieszyło mi się.
W mieszkaniu panowałby mrok, gdyby ciemności nie rozpraszały zapalone świece. Małgorzata z Pająkiem w odświętnych strojach popijali czerwone wino siedząc na łososiowej kanapie. Wytrzymasz to, wytrzymasz.
Poszłam do kuchni z Kocurem na rękach, w głowie dopieszczając plan unicestwienia nowego lokatora. Wtem z salonu dobiegł mnie tupot ośmiu odnóży niosących właściciela w stronę kuchni.
- Witaj, może dołączysz do nas? - zapytał uprzejmnie.
- Witaj, może nie. - ucięłam.
Gdy zdjął wołowinę z gazu, wiedziałam, że to już czas. Wypuściłam więc Kocura z rąk, który to o dziwo nie spadł na cztery łapy, tylko wzbił się w górę, lądując blisko garnka z mięsem. Zaczął pochłaniać jedzenie tak łapczywie, że nawet nie zauważył, że wsunął także jedną nóżkę, drugą, trzecią i czwartą...
- Wcinaj Kocur, wcinaj. - mówiłam pieszczotliwie, głaskając go po grzbiecie. - Dobra robota.
W najmniej oczekiwanym momencie do kuchni wpadła Małgorzata.
- Coś się stało? Słyszałam przewracający się garnek i... - przerwała Małgorzata dostrzegając ósmą kończynę wystającą z pyszczka Kocura.

*

Małgorzata nie odzywała się do mnie przez kolejne kilka dni. I było by tak dalej, aż do pewnego momentu, w którym wydarzenia znów przybrały drastyczny obrót.
- Jesteś w domu? - usłyszałam głos Małgorzaty dobiegający z frontowych drzwi.
- W salonie! - odkrzyknęłam, delektując się smakiem czarnej kawy, siedząc na moim miejscu na łososiowej kanapie.
- Dawaj mi zaraz tego kota. - warknęła Małgorzata wpadając do pokoju.
- Jakiego znowu kota? - zapytałam, odstawiłam filiżankę na stolik i usiadłam. - Nie mamy w domu kota.
O nogi Małgorzaty zaczęło się ocierać duże zwierzę, zupełnie go nie zauważyłam będąc w pozycji leżącej. Wyprostowało sylwetkę, obróciło łeb w moją stronę.
- To zemsta za Pająka. Gdzie ten kot?! - wrzasnęła Małgorzata.
Oniemiałam.
- Przyprowadziłaś do domu Lwa, by ten... zjadł... Kota?
I Lew pożarł nas.

*

- Dasz wiarę? Naprawdę nie mam pojęcia, co moja głowa chce mi powiedzieć przez takie sny. - powiedziałam i zaczęłam masować skronie. Siedziałyśmy z Małgorzatą w kuchni, przy świeżych grzankach i kawie, której aromat powoli malował mi dzisiejszy poranek.
- Ci niewielcy tak mają. - odpowiedziała z uśmiechem i pocałowała mnie w czoło.

Stał na klatce schodowej w ciemnozielonym swetrze, z kotem na rękach i przyglądał się przez judasza porannemu przebiegowi wydarzeń.

sobota, 26 czerwca 2010

Poduszka.

- Jest godzina 11.54. Chyba już nie zdążę. - powiedziałam zmartwiona.
Ciepłe, niedzielne przedpołudnie. Niebo: niebiesko-zachmurzone. Temp. powietrza: 23,4 stopni Celsjusza. Dokładnie w tamtym tygodniu, dokładnie o tej porze siedziałam dokładnie w piątej ławce od ołtarza i z zniecierpliwieniem czekałam, aż rozpoczną. Dwa tygodnie temu o tej porze niczym uniżona służka klęczałam przed drewnianą kratką z wielkim postanowieniem poprawy z grzechów, które powielam od jakichś ośmiu lat. Czy zło weszło mi w nawyk? Współczuję tym po drugiej stronie kratki, znają już na pamięć przewinienia tych przechodzących obok i odwracających wzrok, lub sprawdzających godzinę na właśnie stającym zegarku, i tych wyrażających szacunek rzucanym 'Szczęść Boże'.
Tak czy siak w tej chwili stałam przed lustrem z na wpół wyprostowanymi włosami, w spodniach od piżamy, z papierosem w ustach.
- Chyba? Chyba na pewno. - rzuciła od niechcenia Małgorzata. - Raczej nic Ci nie zrobią za to, że raz Tam nie poszłaś, co?
- No niby nie, ale nigdy nie opuszczałam niedzielnej mszy - odpowiedziałam i sięgnęłam po tusz do rzęs.
- Więc?... Co się stanie, jak raz Cię Tam nie będzie?
- Nic, a nic - odrzekłam i rozchyliłam lekko usta, a papieros delikatnie zakołysał się na mojej dolnej wardze.
- I nie pal tego świństwa. - warknęła Małgorzata i zwinnym ruchem wyciągnęła fajkę z moich ust i zgasiła ją na parapecie.
- Cholera. Patrz, co przez Ciebie zrobiłam - odwróciłam się do siedzącej przy otwartym oknie Małgorzaty, prezentując czarną kreskę rozciągającą się od rzęs, kończącą się przed brwią. - Teraz to na pewno się nie wyrobię.

Słońce miało dziś dobry dzień. Wyłożyłam się na ławce przed sklepem, gdzie promienie gładziły moją twarz, podczas gdy Małgorzata kłóciła się z ekspedientką o cenę poduszek z ręcznie wyszywanymi, oliwkowymi poszewkami. Jej zdaniem nie były warte tylko kilku złotych, chciała za nie zapłacić 3 razy więcej niż proponowała cena detaliczna. Sprzedawczyni oburzona stwierdziła, że nie będzie tolerowała takiego zachowania i poprosiła ją o wyjście. Małgorzata wzięła pod pachę dwie poduszki, rzuciła na ladę banknot, który uważała za słuszny ich wartości i szybko wybiegła ze sklepu. No cóż, takich ludzi się nie spotyka.
- Czemu właściwie tam chodzisz? - zapytała, gdy wstawałam z ławki.
- Mają naprawdę dobre wyroby w przystępnych cenach, poza tym miła obsługa i w ogóle.
- Nie miałam na myśli tego potwornego pawilonu, w którym uwałacza się pracy ludzkich rąk i wynagrodzeniu za nią. Mam To na myśli - powiedziała i skinęła głową w stronę wieży kościelnej.
- Od małego rodzice zabierali mnie w każdą niedzielę do kościoła. Potem weszło mi to w krew, szłam tam po prostu z przyzwyczajenia. W pewnym momencie mojego życia odczułam wielką potrzebę oparcia się w Bogu. Potem wiesz co się wydarzyło i... I teraz nie wiem jak to jest.

*

- Myślisz, że to aby na pewno bezpieczne?! - krzyknęłam do Małgorzaty znajdującej się jakieś 3 metry nade mną.
- Pewnie, że nie! - odpowiedziała i uśmiechnęła się tak szyderczo, jak tylko ona usmiechnąć się potrafi.
I wchodziłyśmy wyżej. Rozgrzana blachodachówka parzyła skórę moich dłoni, jednak wspinając się po wieży kościelnej, bardziej myśli się o każdym ruchu zwiększającym wysokość.
- Gośka, ja się boję! To za wysoko! - mój głos brzmiał żałośnie. I śmierdział tchórzem.
Ona nawet się nie obejrzała, już tylko centymetry dzieliły jej rękę od wielkiego, metalowego krzyża wieńczącego sam szczyt wieży.
- Auć! - jęknęła Małgorzata i przyłożyła palec do ust - cholernie gorący. Uważaj, chwyć mnie za rękę.
- Tu jest pięknie... Chryste, jak tu wysoko! Nie patrz w dół, proszę nie patrz w dół.
- Uspokój się. A teraz pytaj.
- Tylko nie podsłuchuj tak bardzo. To bardzo dziwne, no ale po coś tu wchodziłam, niech to też doceni. Boże, powiedz mi jak to się dzieje, że liczni mówią o Twojej miłości, ale nieliczni jej doświadczyli? Czemu, gorliwość modlitwy wierzącego jest mniej wartościowa, niż chwilowa myśl ateisty o możliwości Twojego istnienia? Czemu dajesz nam nadzieję na to, że może być lepiej, a gdy już udaje nam się w to uwierzyć, wszystko w jednej chwili obraca się przeciw nam?
- Skończ już. Myślisz, że tak uda Ci się to załatwić? Wiesz, rozczarowałaś mnie. Myślałam, że w Jego obliczu zachowasz się... Inaczej - odrzekła zażenowana Małgorzata.
- No, a jak Twoim zdaniem mam mu wyrzucić to wszystko? - zapytałam.
- Ja mam Ci mówić, jak masz z Nim rozmawiać? A kim ja jestem?
- No właśnie! Kim Ty jesteś, że chcesz mi mówić, jak to załatwiać? Ty nawet w Niego nie wierzysz. - odpowiedziałam z wyrzutem.
- A Ty? Stoisz teraz na wieży kościelnej i wydaje Ci się, że w ten sposób się do Niego zbliżysz! - krzyknęła.
- Do jasnej cholery, to był Twój pomysł! - wrzasnęłam i bardzo niefortunnie wygięłam swoje ciało.

*

Obudziłam się późnym wieczorem w żywopłocie otaczającym kościół. Miałam lekko poobdzierane ubrania, z moich pleców i lewego łokcia promieniował silny ból. Co właściwie się stało? Nie miałam bladego pojęcia. Cały czas jednak czułam na sobie czyjś wzrok. Nie przeszywający, nie złowrogi, tylko opiekuńczy. Zrobiło mi się cieplej. Pod głową miałam dużą poduszkę z ręcznie wyszywaną poszewką. Bardzo ładna. Chyba ją wezmę do domu.


czwartek, 24 czerwca 2010

Pralnia.

Przeszłyśmy z Małgorzatą całe miasto wzdłuż i wszerz, i nic. Ja rozumiem, że po naszej mikrometropolii naprawdę nie można się Bóg wie czego spodziewać, ale żeby nigdzie nie było porządnej pralni? Tak, piorą umazane czerwoną szminką jeansy, upaćkane fluidem koszule, pozbywają się chemicznie plam po piwie i będących jego następstwem rzygowinach, ale tym razem szukamy czegoś innego. Więc pytamy grzecznie już w ostatniej pralni na mapie, czy możemy skorzystać z któregoś tam bębna. Przemiła-że-porzygać-się-idzie paniusia wskazuje nam jakiś na samym, brudnym końcu. My nie narzekamy, dla nas to nawet lepiej, pranie wymaga wyjątkowej prywatności. Wtem w drzwiach stanęła babcia ciotki Marty, której mąż kiedyś spotykał się z kuzynką Baśki, tą od strony wujka Piotrka, który jak pamiętacie sprzedał mi ten felerny piekarnik. Babcia miała na głowie przekrzywiony, moherowy beret w odcieniu brudnego różu, który na szaroburych włosach Babci wyglądał prawie komicznie. Ale nie dałyśmy się zwieść niepozorności Babci, dobrze wiem, że ta jędza nie cierpi Małgorzaty i nawet w pralni będzie robić wszystko, by uprzykrzyć jej życie.
- Biegnij do bębna i nie oglądaj się za siebie, niedługo do Ciebie dołączę. - usłyszałam z ust Małgorzaty.
- Nie zostawię Cię tu samej! Bez Ciebie nigdzie się nie ruszam. - odpowiedziałam.
- Nie trać czasu! Dam sobie radę.
Odwróciłam się szybko, lecz moim oczom ukazał się prawdziwie przerażający widok. Różowy Beret migiem, jak na Babcię, przemieszczał się między stertami ubrań, krzesełkami i znudzonymi ludźmi, którzy zamiast urozmaicić sobie życie praniem własnych skarpet, przychodzą do pralni i wlepiają oczy w wirujące ubrania. Choćby nie wiem jak bardzo byli uważni w swoim obserwowaniu to i tak Małgorzacie uda się w najmniej oczekiwanym momencie podmienić pojedyńczą skarpetę z jednego koszyka, wrzucić ją do drugiego i na odwrót. Nie wiem po co to robi, ale sprawia jej to wyraźną uciechę. Teraz jednak nie było jej do śmiechu, gdyż Babcia próbowała zapchać nasz bęben swoimi cieniutkimi rajstopeczkami i poprzecieranymi biustonoszami. Ohyda, nawet jak na starszą babcię i obskurną pralnię.
- Proszę ją zatrzymać! Ta kobieta stwarza niebezpieczeństwo dla otoczenia! - Małgorzata wrzeszczała na całe gardło - Ma w swojej reklamówce stanik z welurowymi ramiączkami!
Sprytne zagranie, ludzie nienawidzą weluru. Przerażona panni zza lady krzyczała coś w rodzaju "Nie ruszać się" i "Niech pani odda swoją reklamówkę". Wszyscy byli zajęci Różowym Beretem i jej welurowym problemem, wtenczas my mogłyśmy spokojnie czynić naszą powinność przy pralce numer 262939.
- I jak? Jesteś gotowa? - zapytałam.
- Jak zawsze. Wchodzę pierwsza.
Małgorzata otworzyła naszą pralkę, klęknęła przy otworze i włożyła prawą nogę, zaraz potem lewą, skuliła się, i już siedziała w środku. Ja szybko przeleciałam wzrokiem po programach i... I nigdzie nie mogłam znaleźć guzika z napisem "PRANIE MÓZGU".
- Chyba mamy problem. Tu nie ma takiej funkcji. - powiedziałam.
- Jak to nie ma takiej funkcji?! Przełaziłam z Tobą całe miasto, żeby usłyszeć, że nie ma takiej funkcji?! - wrzeszczała. To nie było dobre posunięcie, bo wszyscy zgromadzeni odwrócili swoją uwagę od Babci i jej welurowch ramiączek, których wcale nie miała, i zaczęli się bacznie przyglądać naszym poczynaniom.
- Cholera, Gośka suwaj się! - warknęłam, po czym wcisnęłam wszystkie guziki na panelu znajdujące się w obrębie mojej dłoni. Zaczęłam szybko włazić do bębna, zgniatając przy tym ramię Małgorzaty. Nagle poczułam mocny uścisk wokół mojej kostki, a zaraz po nim wielką łapę, która zaczęła błądzić w okolicach mojego biustu. Ochroniaż jednym, zgrabnym ruchem wyciągnął mnie z pralki.
- Pani zwariowała? Włazi pani do pralki? To jest istny szpital psychiatryczny! Co pani chciała zrobić?! - krzyczał dwumetrowy ochroniarz. Szkoda tylko, że już nie trzymał dłoni tam gdzie przedtem, było naprawdę przyjemnie.
- Noo, chciałyśmy wyprać sobie mózgi. - odpowiedziałam niepewnie.
Ludzie wokół ryknęli śmiechem. W tym momencie zastanawiałam się, co mnie zirytowało bardziej: to, że stałam na środku pralni, z nieco podwiniętą koszulką i w lekko przemoczonym ubraniu będąc klaunem i zarazem przełamaniem rutyny dla gapiów, czy to, że Małgorzaty jak zwykle nikt nie widział.

środa, 23 czerwca 2010

N A S P R Z E D A Ż

Państwo sobie wyobrażą drzwi. Dość wysokie, by mógł przez nie przejść ten przystojny gentleman nie strącając z głowy kapelusza, i dość szerokie, by mogła się w nich zmieścić ta obszerna dama w liliowym boa. Drzwi na tyle solidne, że szanowni państwo nie zdołaliby się przez nie przebić, choćby parli państwo z całej swej siły, która w rzeczywistości leży tylko w państwa portfelach. Z wewnętrznej strony ktoś naciska na mosiężną, zdobioną klamkę, drzwi się otwierają, mogą państwo wejść. Przed państwem rozpościera się zielony dywan, widzą państwo? Dywan podobno potrafi latać, ale to chyba jednak tylko pogłoski. Kiedyś chciałam to sprawdzić i wyszłam z nim przed dom i... Ahh, nie interesuje to państwa. Proszę mi wybaczyć ten nietakt. Stąpają państwo po tym niezwykłym dywanie, wchodząc w głąb sali. Wypełnia ją zapach świeżo lakierowanego drewna, nieskazitelnie pomalowaych ścian w kolorze gorszkowym i brudnej forsy. Ale to nikomu nie przeszkadza. Czyste pieniądze nie pachną, nie zdradzają swojej obecności. Państwo wolą śmierdzieć swoim bogactwem, to dobrze, to doskonale, to nam sie przyda. Proszę państwa, proszę zająć znajdujące się tu krzesła. Są one drewniane, są obite ciemnozielonym, welurowym materiałem, ich podłokietniki są nad wyraz wygodne, proszę się oprzeć, pewnie są państwo bardzo przemęczeni. Jeśli każdy z państawa znalazł już miejsce siedzące to... Ahh dobrze, już zaczynamy.

*

Ahh dobrze, już zaczynamy. Zgromadzili się państwo tu w celu osiągniecia swego celu. By zdobyć swą zdobycz. By umieć, by zrozumieć, by się nauczyć, by wyzbyć uczuć.
Obok mnie stoi kobieta ubrana w samą siebie, która nigdy samej siebie nie pokaże. Która nie jest w stanie poczuć, bo nie zna uczuć, nie jest w stanie pokochać, bo nie wie co to kochanie. Ta oto mieści w sobie wiecej, niż na to wyglada, potrafi dawać to, co przekracza wyobrażenia, by potem redukować, by nie spełniło oczekiwań.

*

Przymiot wywoławczy:  S Z C Z Ę Ś C I E
Brak odzewu.
Przymiot wywoławczy: U C I E C H A
Brak odzewu.
Przymiot wywoławczy: S P O K Ó J
Brak odzewu.
Przymiot wywoławczy: R O Z U M
Brak odzewu.
Przymiot wywoławczy: R O Z S Ą D E K
Brak odzewu.
Przymiot wywoławczy: C Z A S
Brak odzewu.
Przymiot wywoławczy: S E R C E
Brak odzewu.

Brak odzewu z strony państwa.
Error 404
Mayday, Mayday
Tracimy ich.
...

Dorzucam życie i biorę.


wtorek, 22 czerwca 2010

Tylko sobą być nie mogę.

Jestem sumieniem Wszechświata.
Jestem poczuciem winy Wszechświata.
Jestem jestem rumieniącymi się policzkami Wszechświata.
Jestem posklejanymi rzęsami Wszechświata.
Jestem rozdwojonymi paznokciami Wszechświata.
Jestem przyśpieszonym tętnem Wszechświata.
Jestem ręką zakrywającą oczy Wszechświata.
Jestem ulubionym dźwiękiem Wszechświata.
Jestem prędkim krokiem Wszechświata.
Jestem nerwowym oddechem Wszechświata.
Jestem tchnieniem w życie Wszechświata.
Jestem spoconym czołem Wszechświata.
Jestem treścią pokarmową Wszechświata.
Jestem neuronem Wszechświata.
Jestem biciem serca Wszechświata.
Samemu nigdy Wszechświatem nie będąc.

Dla Ciebie jestem tylko paproszkiem. Taką małą, nic nie znaczącą cząstką kurzu. Którą się strzepuje z ubrania. Bo nie jest do niczego potrzebna. Bo psuje komfort fizyczny i psychiczny. Bo trąca kiczem i brudem. Bo burzy dobre wrażenie estetyczne.
Ludzie panicznie się boją kurzu. Może dlatego, że nie są w stanie go zwyciężyć? Jeśli nie można czegoś sobie przyporządkować (lub po prostu zniszczyć), to trzeba nauczyć się z tym żyć.

liczba kopniaków = liczba głasków
bilans zjebań i zajebistości.
wszystko w normie.


sobota, 19 czerwca 2010

Mam kły, mam pazury

Niekiedy jest tak, że człowiek zaczynając pewną czynność, po prostu zostawia ją rozgrzebaną. Powinnam wbić pazurzyska w te szczekające ścierwa i wytrzeć ich gęby o nieoheblowane deski.
Nie zrobiłam tego, bo się bałam.
Nieprawda. Gdybym się bała, nie prowadziłabym tego do końca. Poza tym robiłam gorsze rzeczy.
Nie zrobiłam tego, bo nie chciałam się nikomu narażać.
Nieprawda. W głowie już zaciśniętymi pięściami uderzałam ich wypudrowane twarze, coraz mocniej, coraz  celniej. Powoli zaczęła rozbryzgiwać się na nich krew, kruszące się kości, chrupiące stawy, pogruchotane zęby brzmiały w moim umyśle jak dźwięki, których szuka się całe życie. Zamieniam się w potwora, mój ludzki instynkt zaniknął już dawno, teraz pragnę tylko odwetu. Za wszystkie niepowodzenia mojego życia założyłam wam powróz na rozdrapanych szyjach, od razu zabarwił się na czerwono od przetarć. Mobilizuję mięśnie do pracy i zaciskam go  na tyle mocno, na ile pozwala mi moja drastyczność. Dziki mord, rozchlapująca się krew, masochistyczne ekstazy. Czy czegoś więcej mi trzeba?
Nie zrobiłam tego, bo nie miałam armii.
Półprawda.
Nie zrobiłam tego, bo tam był.
Półprawda.
Nie zrobiłam tego, bo nie jestem już sobą.
Prawda.

niedziela, 13 czerwca 2010

Tik tak, tik tak.

"Zdecyduj sam" to nic innego, jak zrzucenie odpowidzialności na jedną osobę. W przypadku Małgorzaty na mniej niż jedną. Będą półczłowiekiem popodgryzanym przez altruistyczne Piranie, nie ma na tyle siły, by przenieść to wszystko na wyjałowiony grunt własnej świadomości, a co za tym idzie, by wziąć to wszystko na swoje wyłamane barki. How can I help you, Margaret? Wie kann ich dir helfen, Grete? Co tym razem, Małgorzato?
To, co miało mi sprawić najwięcej radości stało się najmniej wyczekiwaną okolicznością najbliższych dni. Przykrym obowiązkiem, który jest się zmuszonym wypełnić. Czarkę przelać.

*

Tymczasem Wielki Bal zbliża się Wielkimi krokami. Ręce zaczynają mi wilgotnieć, żołądek wywraca się 'na lewą' stronę, w gardle zbyt szybko wysycha ślina. Mimo to obaw brak; równowaga cieczy zostanie zachowana, może nawet przekroczona.

Więcej piwa! Czas utopić te motyle.

wtorek, 8 czerwca 2010

Spróbuj!

Z zachodu powiał ostry, surowy wiatr niosący niepokój na swoich rozgległych barkach. W jednej chwili poczułam się cholernie nieswojo. Całe otoczenie nagle zmieniło swój przyjemno-melodyjny wydźwięk na szarpidrucący zgrzyt zwiastujący nadchodzący bolesny upadek z dużej wysokości. Pierwsza myśl, to "uciekaj, ile sił w nogach". No więc poderwałam moje ciało i zaczęłam uciekać przed tą czarną chwilą. Albo ścigać się z nią. Albo gonić ją. A może biegałam w kółko, a ona bawiła się ze mną w tragiciubabkę? Nie, ostatnia myśl nie miała odbicia w rzeczywistości, bo z każdym maksymalnie wydłużonym krokiem zbliżałam się do wielkiej, murowanej ściany, długiej na prawo i lewo, wysokiej na górę i dół. Bez sensu byłby dalszy bieg wzdłuż bądź wszerz, a tym bardziej przebijanie się przez zaporę, więc odwróciłam się w nadzieji, że może jednak ujrzę za sobą wyrastającą z nikąd drogę ucieczki ku światłu. Eh, jak bardzo się myliłam.
Nie wiem, czy człowiek może doświadczyć gorszego widoku, jak Ich z wolna zbliżających się i odcinających drogę, dawkujących jego życie. Cienie, które rzucali powoli zaczęły podmywać moje bose stopy, które powoli wraz z kostkami i łydkami zanużały się w Ich mroku. To koniec. Szybka Śmierci - módl się za mną. Jak na znak, rzucili mi się jedni na szyję, drudzy do gardła. Ulatniające się tchnienie uniosło się ponad schroniskiem ciała.
...
Przebiliśmy się przez mur. Był ze styropianu.

sobota, 5 czerwca 2010

Między.

Jak mam to wytłumaczyć?
Może spróbuję na przykładzie alegorii... Nie, to nie będzie alegoria, ale to pierwsze słowo, jakie przychodzi mi do głowy.
Z czasem nadchodzi taki dzień, kiedy każdy człowiek staje na rozdrożu.
Gdy wybiorę, dam znać.