czwartek, 1 lipca 2010

Drzwi.

"Bibibibip! Bibibibip!" o 5,30 budzik rozpoczął swój recital. Szło mu naprawdę nieźle, jednak gdy doszedł do drugiego refrenu rozzłościł się niesamowicie z racji tego, że pan L. jeszcze się nie rozbudził. Grzmotnął go porządnie w część ciemieniową głowy, wyciągnął żonkile z flakonu i wylał na niego wodę. Gdy z powtorem wsadzał do wazonu lekko spragnione kwiaty, pan L. otworzył lewe oko.
Udało mi się! Dobrze wykonał swoją pracę, mógł się udać na zasłużony wypoczynek. Za jakiś czas pomyśli o Malediwach.
Ale tym zajmiemy się kiedy indziej.

"Gdzie się wycisza to cholerstwo?" to pierwsza myśl pana L. o 5,31. Po dłuższych zmaganiach udało mu się wyłączyć nowy budzik, który otrzymał od siostrzenicy w prezencie na czterdziste urodziny. Wolałby pewnie dostać kobietę, albo chociaż jej imitację. Uśmiechnąłby się nawet na myśl o wypożyczeniu takiej na określony czas. Jednak trzeba się cieszyć z każdego drobiazgu, przecież liczy się pamięć - pomyślał i włożył na stopy ustawione równo przy łóżku kapcie frotte, które sprezentowała mu kuzynka. Leniwie poczłapał do kuchni. Otworzył lodówkę, lecz jej zawartość nie skrywała nic poza resztką masła, nadgniłą połówką pomidora i chłodem bijącym z samego wnętrza. Nie pierwszy raz go coś takiego spotykało, gorzej ze śniadaniem. Westchnął i oparłwszy się o blat zaczął wodzić wzrokiem po białym, lekko popękanym suficie...

*

"To nie koniec świata. Czasami się dzieją takie rzeczy, nie jesteśmy na nie w stanie nic poradzić. Po prostu muszą się stać i już. To, że przez to przeszłam świadczy o mojej sile i odporności na zadawane mi ciosy. Jestem niezależną kobietą i nic nie jest w stanie mnie załamać." - powtarzała w myślach Honorata K. W chwili gdy kończyła poranny makijaż pewnym pociągnięciem mascary jej osiemnastoletnia córka przygotowywała śniadanie.
- Co tam pichcisz, Słońce? - zapytała Honorata K.
- Jajecznicę ze szczypiorem. - odpowiedziała Majka.
- Córuś, kochanie, czemu robisz jajecznicę ze szypiorem? - zapytała niepewnie matka, której w głowie już zamigotała czerwona lampka.
- Czepiasz się, bo ojciec ją lubił? - zapytała pretensjonalnie. Nie miała dziś ochoty na sprzeczki z mamą, ale czuła, że ta wyraźnie próbuje skierować rozmowę na temat rozstania.
- Nie, p-po prostu nie mam ochot... Wiesz, że nie lubię szczypioru... Wywal ją i zrób nową. - próbowała uciąć H.K. Bezskutecznie.
- I co? Znowu mnie czeka powtórka twojego wczorajszego wykładu pt. "Moje życie to pasmo nieszczęść"? Mamo, to sprawa między Tobą, a Tatą. Mnie w to nie mieszaj, a tym bardziej nie staraj się mnie zmusić do opowiedzenia po którejś ze stron. Rozumiesz? - wycedziła przez zaciśnięte zęby Maja. To nie było wszystko, co chciała jej powiedziedzeć. W ułamku sekundy musiała podjąć decyzję o opuszczeniu pola bitwy, bądź o dobiciu przeciwnika. Wybrała to pierwsze, po czym przez cały ranek pluła sobie w brodę.
Coraz bardziej się do Niej upodobniała. Jestem słaba.
- Zawsze to samo... - mruknęła pod nosem Honorata. Oparła łokcie o stół i schowała twarz między dłońmi. O dziwo, nie były one niewidzialne, wręcz przeciwnie, prawie że pokazywały całemu światu bezsilność tej kobiety. Po kilku chwilach poczuła dziwny zapach rozchodzący się po kuchni. Jajecznica! Honorata K. nagłym ruchem odrzuciła krzesło na którym siedziała i podbiegła do kuchenki, na której stała patelnia z przyczernionym śniadaniem. Nie zastanawiając się nad tym co robi, chwyciła gorącą rączkę patelni, chcąc zdjąć ją z palnika. Skutkiem tego upuściła ją na podłogę, na której rozbryzgała się "jajecznica". Z zaczerwienioną ręką skierowaną ku górze, przebiegła po ubrudzonych kafelkach zostawiając żółto-czarne ślady prowadzące przed zlew. Włożyła palce pod kran i nieudolnie odkręciła niebieski kurek.
Poparzone miejsce Honorata K. chłodziła wodą płynącą z dwóch strumieni.

*

Można by rzec, że pan L. miał powodzenie. Większość kobiet, które spotkał w życiu otwierała mu drzwi na oścież, obdarzała go przymilającymi uśmiechami. Często same zaczepiały rozmową. I pomyśleć, że to wszystko dla tych drobiazgów, które im wręczał. Był to chyba jedny plus opowiadający się za wczesnym wstawaniem do pracy.
Pan L. poza swoją pracą i małą kawalerką urządzoną zgodnie ze standardami Ikei, nie miał nic i nic też nie zapowiadało zmiany. Mimo to w każdy pierwszy dzień tygodnia po przebudzeniu witał samego siebie myślą "to właśnie ten dzień". Tak samo było też drugiego, trzeciego, czwartego...

Idąc wdłuż ulicy Bułhakowa przyglądał się każdej otwierającej mu drzwi kobiecie. "Dzień dobry, polecony będzie. Tak, proszę tu podpisać. Do widzenia." powtarzał te kwestie do znudzenia, aż nie doszedł do domku z numerem 11. Uśmiechnął się w duchu na ten widok i zapukał do drzwi.

*

"Puk, puk" rozległo się pukanie do drzwi. Honorata K. nerwowo zakręciła kran, wytarła twarz i rękę papierowym ręcznikiem, po czym wydmuchała w niego nos.
- Ktoś puka do drzwi. - powiedziała stojąca w progu Majka.
- Przecież słyszę! - odkrzyczała lekko podekscytowana kobieta. "Może to on. Tak, czasami o tej porze wracał z pracy. Jak długo można było na niego czekać?! Pewnie musiał wszystko przemyśleć, ale zrozumiał, że właśnie tu będzie mu najlepiej. Przy nas. Przy mnie!" wrzeszczały myśli Honoraty K. nieustannie krążące po orbitach jej głowy.
- To musi być ten dzień. - powiedziała cichutko i nacisnęła klamkę.

*

Pan L. słyszał prędkie kroki zmierzające ku drzwiom. Oczami wyobraźni podążał korytarzem wraz z tą młodą dziewczyną, która kilka dni temu przykuła jego uwagę. Nie wyróżniała się specjalnie z tłumu podobnych, niczym kserokopie ludzi. Miała dwie nogi, dwie ręce, dwoje dużych oczu, zwykłe brązowe włosy i beztroski uśmiech, którym zdawała się nagradzać zasłużonych bohaterów dnia. Tym bardziej intrygowała pana L. tym, że w przeciwieństwie do przedstawicielek płci (podobno)pięknej nie starała się wywrzeć oszałamiającego wrażenia na przedstawicielach płci (nie zawsze)brzydkiej. Otwierała mu drzwi w rozciągniętej koszulce starszego brata, w nie doprowadzonych do jakiegokolwiek wyglądu (już nawet nie mówię o ładnym) włosach, stojąc boso na zimnych kafelkach, uśmiechając się bez przymusu.
Nie, pan L. nie był czterdziestolatkiem, który nabrzmiewał na widok nastoletnich dziewcząt. Coś w tym mogło być, jednakże przez te pierwszorzędne zapotrzebowania przebijał się głód młodości, energii, chęci sięgania po więcej, tego co z pana L. już się bezpowrotnie ulotniło. Jego oczy bardzo polubiły beztroskość i bezinteresowność tej dziewczyny, dlatego nasz bohater stał przed drzwiami domku nr 11 w nadziei, że dziś także będzie mogł je nimi nasycić.

*

Tak oto otwierające się drzwi pozbawiły marzeń, pragnień i nadziei obojga ludzi.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz