Wkładam serce do piekarnika. Ustawiam opytmalną temperaturę, to będzie jakieś, a ja wiem... ze 196 stopni Celsjusza. Powinno się udać, przecież włożyłam w nie tyle pracy. Ulepiłam taki ładny regularny kształt, wygładziłam, odczekałam pewną ilość czasu, a przede wszystkim cały czas odpowiednio spulchniałam odżywkami. Tak się podobno robi. No, to zamknęłam drzwiczki, odsunęłam krzesło i usiadłam.
1 minuta - zaczęłam kołysać nóżkami, bo jeszcze tak do końca do podłogi nie dosięgają.
3 minuta - założyłam nóżkę na nóżkę...
- Ojjj... A skąd taki siniak na kolanie? Pewnie od zbyt częstego klękania.
14 minuta - opieram się łokciem o pięknie nakryty stół. W końcu po upieczeniu należy je skonsumować w obliczu otaczającej mnie kultury i przyzwoitości.
23 minuta - zieeeeewam.
- Coś strasznie długo to trwa. No ileż można czekać?
27 minuta - wstaję i zaczynam nerwowo krążyć po kuchni. Pomału zaczynam przypominać wygłodniałego, niebezpiecznego drapieżnika upchniętego do zbyt ciasnej klatki. Lada chwila przebiję się przez tytanowe pręty, wyszczerzę kły, rozstawię pazury i przebiję się do Waszych tętnic. Tak, będę tańczyć do rana w rytm Waszych zwalniających tętn.
38 minuta - Nie, jednak nie. Delikatny zapach powoli rozchodzący się po kuchni ukoił moje zszargane nerwy.
42 minuta - Ponownie siadam na krześle, ale tym razem wręcz kładę się na stole. Przymykam oczy i rozkoszuję się unoszącą się wonią z piekarnika. Przymykam oczy, by móc dokładnie przedstawić mojemu ciału i umysłowi koncepcję na przyswojenie serca.
51 minuta - ...
77 minuta - Budzę się. Serce spłonęło, wraz z piekarnikiem.
Ci niewielcy już tak mają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz