Nie ma przenaj-rzeczy. Mogą być tylko przerzeczy, albo najrzeczy. Kobieta może być przepiękna, najpiękniejsza, ale nie przenajpiękniejsza. Przenajświętszy sakrament to bujda. Nie to co nasza przenajmiłość, nieprawdaż?
Im więcej myślę, tym bardziej zaczynam wątpić. Można kochać malutko, bardzo, różowo, lekko, mądrze, dziko, miękko, na niby, nad życie, jak siebie samego? Miłość ma tylko jeden pułap. Miłość to krew. Wypływa silnym uderzeniem, rozsadza tętnicę, by wyżej, by więcej, by szybciej, by mocniej. Po przeminięciu napięcia płynie łagodnie w żyłach, nieco leniwie. Jeśli minie zastawkę, nie cofnie się. Jeśli jej nie dosięgnie - cyt, cyt, cyt... No to mamy problem. Kocha się raz, a dobrze. Z siłą sięgającą pewnego poziomu. Taką miłość trzeba gdzieś przelać, najlepiej na kogoś. Jeśli ktoś wleje w nas - jeszcze lepiej, mamy dwie pełne szklanki. Przelewając do pustego - mamy szklankę do połowy pełną i do połowy pustą. Satysfakcjonujące? Lepiej zostaw ją dla kogoś innego. Mając dwie szklanki puste... No niby nic takiego. Ale tak sucho jakoś. A co jeśli mamy tylko jedną pełną szklankę?
Powtóreczka z dwutysysięcznego dziesiątego. Godzina grubo po 22, lampka przy biurku oświetla czerwone, popękane naczynie. Odbijają się na blacie ciemne pioruny przecinające zaróżowione niebo. I tak siedzę na krześle wyklejając ten pełen przenajmiłości prezent malutkimi, czerwonymi cekinami w kształcie serduszek, które ku wielkiej uciesze Niewielkiej, zbutntowane wystrzeliwują z pęsety przy każdej próbie mocowania ich na szkle. Opierała się o prawą stronę biurka, tuląc kubek z herbatą. Zwykłą, o dziwo. Zerkała co chwilę znad uniesionych wysoko, wysoko brwi.
- Uparta jesteś. - powiedziała.
- Dlaczego tak uważasz? - zapytałam, cały czas koncentrując wzrok na przyklejanym serduszku.
- Przecież Ci mówiłam... W ten sposób jej tego nie powiesz, ona i tak nie zrozumie. - powiedziała pretensjonalnie.
- Ajjj... Nie czepiaj się. Są kryzysy, są wniebowzięcia. A to doskonale symbolizuje nasze uczucie. - odpowiedziałam, chwytając pęsetą kolejne cekiny.
Małgorzata prychnęła tak mocno w kubek z herbatą, że rozchlapujące się krople o mały włos nie przemoczyły różowych ozdobniczków. Już zdenerwowana, huknęłam na Gośkę tak, że biedna wyszła z pokoju i pewna jestem, że podkuliłaby ogon, gdyby tylko go miała. Ale wracając do mojej walentynki pełnej przenajmiłości... Przy trzecim rządku serduszek szło już całkiem nieźle, jakoś to wszystko zaczeło estetycznie ze sobą współgrać. W międzyczasie skleiłam sobie palce dwa razy, przykleiłam się do kleju, a jedno serduszko przykleiło się do włosów. To i tak lepsze, niż zeszłoroczna wykałaczka wystrzeliwująca w kierunku mojego oka. Dochodzi 23, a ja dalej pieczołowicie pracuję nad kwiatuszkiem. Kwiatek w doniczce zakwita, rozkwita, ale zawsze jest. Taka moja prywatna alegoria miłości. Mała Mi lekko uchyliła drzwi, wetknęła swój rozczochrany łeb i szeroko rozwartymi oczkami poprosiła o zgodę na przekroczenie progu...
- Nie chciałam rozlać tej herbaty, naprawdę... - mówiła, prawie nie otwierając ust. Podchodziła coraz bliżej, trzymając ręce za plecami.
- Nie chciałam na Ciebie huknąć... Wiem, jak bardzo ta cała sytuacja Ci nie odpowiada... Ale to przechodzi. Mówię Ci. - powiedziałam i ucałowałam ją delikatnie w czoło. Przyklęknęła przy moim krześle i położyła mi na kolanach sznurek, tasiemkę i jakąś okurzoną zabawkę.
- To tak na wszelki wypadek, jakbyś zmieniła zdanie. - powiedziała patrząc spod brwi.
- O nie... Powiedziałam, nie będziesz robiła powtórki z Łatuńskiego, rozumiemy się? Nie na mojej zmianie. - powiedziałam stanowczo i sypnęłam w nią garścią cekinów, którymi miałam obsypać walentynkę.
- To Cię śmieszy, mieć na głowie tyle serc?
Wiesz, Małgorzato... Jeśli moje przemyślenia okażą się słuszne, to mamy przejebane.
Jeszcze chwila i to miejsce by mi umknęło...
OdpowiedzUsuń