środa, 2 lutego 2011

O historyjach, co się powtarzać lubią.

Miała być w mieszkaniu punktualnie o 22, lecz dłuższej wskazówce jeszcze trochę brakowało do dwunastki. Podobno rzuciła to śmierdzące cholerstwo, ale w takiej chwili naprawdę nic innego robić nie sposób. Wyjęła z bocznej kieszonki torby paczkę cienkich papierosów. Przez chwilę wpatrywała się w równo ułożony rządek, po czym włożyła jednego do ust. Na kilka sekund mała iskierka rozświetliła mrok, który zamienił się w szarą, brudną klatkę schodową, z obdrapanymi ścianami, z czerwonym napisem MATEUSZ TO HUJ na wewnętrznej stronie drzwi, przez szpary których przewiewał chłód nocnego wiatru. Mimo to w środku cuchnęło stęchlizną i moczem. Miejsce gwarantujące spełnienie wszystkich potrzeb okolicznych włóczęgów. Ohydne. Objęła się rękoma (z niedoczekania, czy z zimna - sama nie wiem), zaczęła stąpać małymi kroczkami, trzymając papieros w ustach wydmuchiwała białe smużki mentolowego dymu. W pewnej chwili wysoka szpilka jej obuwia zahaczyła o szklaną butelkę, która z przewróciła się z hukiem, po czym poturlała się pod ścianę, robiąc przy tym dużo hałasu. Ktoś na parterze zapalił światło, pozioma strużka pod drzwiami rzuciła się w jej modre oczy. Usłyszała kroki, które przecięły świetlistą linię. Uważnie nasłuchiwały odgłosów z korytarza, po dłuższej chwili zniecierpliwione odeszły. Pewnie czekały, by podskoczyć na czyjś widok. A może gotowe do ucieczki, obawiały się czyjegoś powrotu. Może to i lepiej, że ona miała złożyć wizytę na innym piętrze. Zaciągnęła się ostatni raz. Bardzo głęboko, do dolnych warstw płuc. Móc i mieć czym oddychać... Dogorywającą końcówkę rzuciła w mrok, stanęła na pierwszym stopniu schodów i chwyciła ręką poręczy. Było ciemno, ale to żadna przeszkoda, znała tę drogę na pamięć. Starała się nie stukać obcasami, przecież było późno. Pierwsze piętro. Drugie. Zatrzymała się przy szóstce. To tylko jeden numer przed. Przymknęła na chwilę oczy, wzięła głęboki oddech (jak bardzo żałowała, że nie może zapalić raz jeszcze). Liczyła, że to uspokoi jej żołądek, który wrzał już w momencie otrzymania mimowolnego zaproszenia.
- Chcesz wpaść wieczorem?
- Wieczorem... Chyba jestem już umówiona.
- Trudno.
- Chociaż właściwie mogłabym poprzesuwać...  Co w ogóle proponujesz?
- Chodźmy do mnie. 
Najprostsze i najczęstsze zaproszenie do łóżka. Nie lubiła, gdy pozbawiał magii tego wszystkiego. Nie, nie miał ciosanego sposobu myślenia, był konkretny. Wiedział czego chce. Ona także, ale dla niej między czarnym, a białym od zawsze było dużo odcieni szarości.
- O której mam być?
- 22. Nie lubię, gdy ktoś przychodzi zbyt wcześnie. Jest nachalny. Spóźnialski jest więc nieobowiązkowy. Bądź punktualna. A, i nie zapomnij szczoteczki. Ja Ci swojej nie użyczę.
Pokonała jeszcze kilka schodów. Stanęła przed drzwiami, przeczesała włosy ręką (naprawdę chcesz być właśnie tą kobietą?), ułożyła je na lewym ramieniu, jak miała w zwyczaju. Nacisnęła dzwonek. Dociskała go z dwie sekundy - tak w sam raz. Lewą ręką wyrównała czarną spódniczkę. Po chwili szybko wytarła palcami kąciki ust - jej maniera. I nic. Tym razem zapukała do drzwi. Wtedy usłyszała kroki. Ani nie wyczekujące, ani nie z niedoczekania. Ot, chód. A może i chłód? Przekręcająca się gałka wywróciła jej świat do góry nogami. Błysnął medalik, który zawsze nosił na szyi. Weszła do środka, on zamknął za nią drzwi, nie zapaliwszy światła w przedpokoju. Objął ją prawą ręką i przycisnął do siebie, przeciągnął dłonią po jej lędźwiach. Twarz trzymał blisko przy jej policzku tak, by mógł ją pokłuć dwunastogodzinny zarost. Bardzo to lubiła. Odsunął twarz, gładząc jej podbródek. Oddychał wydychanym przez nią powietrzem. Jego oczy - las iglasty. Jej - szkiełka, okryte zbyt mocno wytuszowanymi rzęsami, wzniecające pożar. Już za chwilę jego usta delikatnie musną jej czoło, potem nos, kolejno górną i dolną wargę. Zatopią się w namiętnym pocałunku. Już za chwilę ona upuści torbę na podłogę, z której wypadnie paczka papierosów. Będzie mogła przywrzeć do niego całą powierzchnią ciała. Choć to dwa puzzelki z różnych pudełek, które może i pasujące do siebie, nigdy nie zbudują jednego obrazka. Zaraz po tym, on rozepnie zamek jej kurtki, nie odrywając języka od jej szyi, już nieokręconej czarną chustką. Drań. Będzie ją rozbierał w drodze do łóżka. Moment po tym, ona będzie manewrować wprawnymi dłońmi przy jego podbrzuszu. Rozepnie pasek spodni prawą ręką, lewą pierwszy guziczek koszuli. On zwinnym ruchem podniesie ją, by mogła się opleść wokół niego długimi nogami, podciągając przy tym i tak krótką spódniczkę. Tak wygodniej. Po tym przez głowę ściągnie mu do połowy rozpiętą koszulę, odsłaniając bezczelnie prężący się tors. Szczęście ich i zegarka, że on z haftkami nigdy nie miał problemów. Już dotykając i całując jej piersi położy ją na ówcześnie starannie wygładzonej pościeli. Już za chwilę, już za ułamek sekundy, przedzierając wciąż za twarde powietrze, stworzą sobie prywatne niebo. Na te kilka godzin, na łączną wyłączność. Już za chwilę, już za moment, już...
- Na każdym kroku wspominała, że niekiedy postępujesz wręcz idiotycznie, ale żeby aż do tego stopnia? - zrugała mnie Regina. Uniosłam prawą brew znad pozaginanych kartek. - Nie czyta się po kilka razy takich książek. - rzuciła. Wstała z łososiowej kanapy, wychodząc z pokoju trzasnęła drzwiami.
Bo w kobiecie o pustym sercu, znajdzie się miejsce dla każdego człowieka. Faktycznie!


Należą Ci się przeprosiny, Najcenniejsza Igło w stogu siana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz