Ile szczęśliwych myśli zostaje zaduszonych pod kołdrą, kiedy się samotnie śpi w swoim łóżku, i ile nieszczęsnych snów się nią ogrzewa?
Dzisiaj stworzę sobie nowego bohatera.
Dałabym mu (czyli będzie to mężczyzna) ciało. Ciało rozmiar M-L, wzrost 180cm. Byłby niczym nie wyróżniającym się mężczyzną. Dałabym mu brązowe, krótkie włosy. Brązowe włosy są zwykłe. Pospolite oczy... Może zielone? Z brązowym pigmentem i z niebieskim refleksem. Niech by miał nijakie oczy. Mętne. Podkrążone, głęboko osadzone. Pozbawione blasku. Płowiejące powoli, jak jego wyżej wspomniane włosy. Pobieliłabym mu delikatnie skronie, ale nie jestem pewna, czy mężczyzna po trzydziestce może mieć już kępki siwych włosów. Pojedyncze - to na pewno. Ale czy jest to pospolite... Niech będzie. Lepsze posrebrzone skronie, niż rosnące czoło. Dałabym mu lekko zrośnięte brwi. Po co? Zawsze takie osoby zwracałay moją uwagę. To znaczy, że zaczynam coraz bardziej lubić swojego bohatera. Widzicie, jak ja się szybko przywiązuję?... Dałabym mu niczym od linijki wykrojone usta, bardziej blade, niż różowe, lekko spierzchnięte, od częstego przygryzania warg. A może by tak... Nie, papierosa do ust był mu nie włożyła. Szkoda by mi było takich ładnych ust. Z orlim nosem łączyłyby je dwie, lekko zarysowane zmarszczki. Czyżbyś w przeszłości często się uśmiechał, Albercie? Co spowodowałoby, że już dzisiaj nie pogłębiałbyś swoich zmarszczek? Hmm...
Ubrałabym cię w ciemno-szarą kurtkę zapinaną na metalowy zamek błyskawiczny, bez wyższego kołnierza, bo znając twoją nieuwagę, przycinałbyś często podbródek. Owijałbyś więc szyję czarnym szalikiem. Ubierałbyś czarne, proste... ale nie przylegające! Sztruksowe spodnie. Pasek? Nie, rozmiarówka ubrań odpowiadałaby wymiarom twojego podręcznikowego ciała. Teraz pozostałoby mi umiejscowić cię w przestrzeni. Poszłabym po linii najmniejszego oporu i umieściłabym cię w dniu jutrzejszym. Zostałabyś usadzony... w kinie, czy w teatrze? W kinie. Jest bardziej przystępne. Ale w swojej niecodziennej pospolitości umieściłabym cię w kinie studyjnym, po tej mniej interesującej stronie ekranu, w siódmym rzędzie na jedenastym siedzeniu. Zawsze dwa razy na jednym filmie.
Tak. Te wszystkie wydarzenia będą miały miejsce jutro.
No, to zaczynamy.
O godzinie 05,50 zadzwoni jego elektroniczny budzik. Nie będzie mógł zdzierżyć jego dźwięku, dlatego kupi właśnie taki zegarek, gdyż tylko on będzie w stanie go zwlec z łóżka o tak wczesnej porze. Jak każdy przeciętny człowiek, będzie lubił spać do późnych godzin przedpołudniowych. Tak więc, jak każdego wcześniejszego dnia, wstanie jutro, by wyłączyć tak bardzo drażniący go budzik, stojący na regale po drugiej stronie pokoju. Kiedy już go wyłączy, przeczesze palcami prawej ręki włosy, po czym podrapie się po klatce piersiowej. Nie. Będzie sypiał w bokserkach i w spranej koszulce z jakiegoś festiwalu z 2001 roku. Włoży więc rękę od spodu pod koszulkę i podrapie się po plecach. W poniedziałki Albert nie będzie jadał śniadań. Tak, jak w religii chrześcijańskiej w wigilię Bożego Narodzenia utrzymuje się ścisły post aż do wieczora, tak samo mój bohater będzie przygotowywał się do ważnego misterium wizualnego, jakim będzie cotygodniowe wyjście do kina. Przejdzie więc ze swojego pokoju, przez wąski korytarzyk, do małej kuchni. Wciśnie przycisk czajnika elektrycznego, który zawsze będzie podłączony jest do prądu. Czas oczekiwania na wrzątek, poświęci na wyjęcie z wiszącej na ścianie szafki żółtego kubka i herbaty Earl Grey. Będzie lubił zaczynać dzień od Earl Grey. Wyjmie jedną torebkę z pudełka, rozwinie sznureczek z metką i będzie próbował włożyć kołyszącą się torebkę do kubka. Uda mu się za trzecim razem. Po chwili oprze się rękoma o blat, obróci głowę w lewą stronę, będzie obserwował powoli wychylające się słońce. Czas przegoni go po raz kolejny. Elektryczny czajnik zacznie buchać parą, wyłączy się samodzielnie (a się wycwanił...). Albert sięgnie po niego, i zaleje kubek wrzątkiem. Zaciągnie się codziennym zapachem ulubionej herbaty.
Zaklejanie pięt plasterkami spowoduje, że Majka wybiegnie z domu o minutę za późno. To wszystko przez nowe wiosenne buty, które ją obtarły dwa dni wcześniej. Jednak biegnąc na przystanek wcale nie będzie myślała o niezagojonych stopach, autobusie, który właśnie wyjedzie zza rogu, ani o tym, że jej bilet miesięczny utracił ważność. Honorata K. się rozwodzi. Wczoraj ojciec złożył papiery rozwodowe. Majka wskoczy do tylnych drzwi autobusu, które zaraz po tym się zamkną. Za nią będzie stał Albert. Nawet nie zwróci uwagi na jej zbyt mocno podwiniętą od biegu spódniczkę. Od razu położy dłoń na jej ramieniu, ona gwałtownie odwróci się w jego stronę.
- Proszę okazać bilet. - powie sucho.
Po autobusie od razu przebiegnie fala niedyskretnych komunikatów "O kurwa, kanar!" i "Gdzie ten cholerny bilet...". Majka w tym czasie przetrząśnie swoją beżową torbę, by wyciągnąć z niej nieważny bilet miesięczny. Albert w tym dniu będzie bezwzględny i nieczuły na błagalny wzrok Mai. Wypisze jej mandat, po czym będzie się posuwał wzdłuż sparaliżowanego tłumu pasażerów. Myślami natomiast będzie już wybierał najwygodniejsze miejsce, w centralnym punkcie sali kinowej.
Albert będąc już w domu, będzie przed lustrem przywiązywał muchę do kołnierza błękitnej koszuli. Będzie wolał muchy od krawatów, ponieważ ich malutkie skrzydełka przyjemnie łaskoczą jego szyję. Wystrojony, wypachniony, wyprany z codzienności i brudu miasta będzie przyglądał się swojemu odbiciu. Będzie się zastanawiał, czy nic nie wydarzy się w drodze do kina. Będzie się zastanawiał, czy przywita go znajomy biletowy ze złotym zębem. Ale najusilniej będzie się zastanawiał nad tym, czy ona też tam będzie. Ona, kobieta w krótkich blond włosach z czarnymi odrostami, w szkłach kontaktowych, na które zamieniła okrągłe okulary, z diastemą w górnej szczęce, we fioletowej apaszce, która ni jak nie komponuje się z jej brązowym płaszczem. Ona, która od tegorocznych seansów będzie towarzyszyć mu podczas każdej projekcji. Albert doskonale będzie pamiętał ich pierwsze spotkanie przy kasie biletowej. Miał stać wówczas za nią w kolejce na tyle blisko, by pozwolić sobie na świadome zaciąganie się wonią jej tanich perfum. Dla niego miał istnieć jako najdroższy zapach, który jest już i aż, ale zarazem tylko otoczką kobiety, którą miałby pokochać. Pokochać dzięki wzajemnemu poszanowaniu, spokoju, zgodności i uprzejmości, gdy jedno dla drugiego miałoby trzymać miejsce obok, w czasie, gdy widownia napływa do sali kinowej. Kiedy ona nawet nie będzie pamiętać, jak to się stało, że ten dziwny gość za każdym razem będzie zajmował dla niej miejsce; on będzie pieczołowicie zapisywał w kalendarzu każdy dzień, seans, opis filmu, sceny, przy których ona będzie się uśmiechać, wzruszać, wstrzymywać oddech. To z tego powodu Albert będzie pojawiał się w kinie dwukrotnie na projekcjach jednego filmu. Za pierwszym razem będzie przeżywał kobietę, za drugim razem będzie przeżywał film. Tak też miałoby być i tym razem.
Albert wyjdzie z mieszkania, drzwi zamknie 'na dwa', nie szarpiąc za klamkę. Będzie zbiegał z drugiego piętra, przeskakując co drugi stopień - dość typowe, jak na Alberta. Wyjdzie z brudnej klatki schodowej na ulice brudnego miasta. Będzie szedł brudnym chodnikiem, aż do brudnych pasów, przejdzie przez brudną jezdnię, aż dwie brudne przecznice dalej stanie przed kinem. Dla niego będzie to jedyne czyste miejsce w tym mieście. Dla niego pieniądze wkładane za półkole w szklanej szybie, będą jedynymi słusznie spożytkowanymi. Dla niego korytarz prowadzący do sali kinowej będzie jedynym namacalnym czyśćcem. Dla niego jedenaste miejsce w siódmym rzędzie będzie jedynym dla niego przeznaczonym. Przymknie na chwilę oczy, delikatnie uśmiechnie się, po czym zdejmie czarny szalik i położy go na siedzeniu obok. Tak droga widownio, Albert będzie na kogoś czekał. Da państwu wyraźny sygnał, by się państwo nie przysiadali. Nie proście, to nie miałoby sensu, on i tak odpowie "Przepraszam, ale tu jest zajęte." Albert nie da się wykiwać.
Tymczasem trzy rzędy dalej, po stopach już siedzących widzów, będą deptać krótko ścięta blondynka, już bez ciemnych odrostów i mężczyzna, niosący jej brązowy płaszcz i torebkę. Albert uśmiechnie się uprzejmie do staruszka, weźmie szalik z siedzenia obok i położy go na kolanach. Lampy wyciemnią się, a na srebrnym ekranie rozbłyśnie kolejny odległy świat, odbijający się w pustych oczach widzów i jednych szklanych, należących do mężczyzny, który odtąd filmy będzie oglądał tylko raz.
W takim wypadku nie stworzę cię, Albercie.
bardzo cichutkie dziekuję :)
OdpowiedzUsuńdobranoc!
ja też:)
OdpowiedzUsuńKomentarz tak na miejscu,że pozostaje mi tylko się uśmiechać w milczeniu..;-)
OdpowiedzUsuń