Przypomniały mi się powroty z wakacji. Rozpakowując walizkę po przyjeździe do domu, rozstawiałam po kątach przedmioty, będące od tamtego momentu żywym, a jednak martwym świadectwem pięknych wspomnień. Ślady po ludziach i zdarzeniach. Najpiękniejsze wschody i zachody ziszczających się pragnień.
Jest we mnie pamięć o miejscu, które przez pięć lat tkało mi wyściółkę dla 'agenta'. Dziś pozostał mi sentyment. Pamiętam pierwszą szczęśliwą, bezsenną noc. Czy często ją wspominam? Chyba nie. Była zbyt niezwykła, by wycierać o nią codzienne, przechodne myśli. Pamiętam pierwsze wychwycone z szeptu "kocham cię". Brzmiało, nieświadome swojego ciężaru. Pamiętam narodziny pociesznych, po raz pierwszy różowych oczu Ani. Wiecie, że po raz pierwszy oswojono mnie wówczas ze zwrotem rozpoczynającym się od "Aniu..."? Jak ja tego nie cierpiałam. Teraz jest mi to chyba bez różnicy, co nie zmienia faktu, że irytuje nadal.
Twój erotyzm jest wart filiżanki kawy.
Tyle mogę zapłacić za podglądanie języka
oblizującego spierzchnięte wargi.
Mogę przewidzieć każdy gest
o kilka ruchów do przodu.
Oboje oglądaliśmy ten film.
Odbiegłam od tematu. Wpatrując się w zaprzyjaźnione sprzęty, czuję się podobnie, jak wtedy, latem. Ciężko jest spowolnić obroty, gdy tak przyjemnie się pracowało na tych najwyższych. Na ogół nie zdarza mi się tak prędko do czegoś przyzwyczaić. Zaskoczona jestem tym bardziej, że oswoiłam obie perspektywy. A może raczej to ja zostałam oswojona. Za okiem jest równie przyjemnie, jak przed nim. Po raz kolejny utarłam sobie nos. Coraz częściej rozważam opcję całkowitego jego odcięcia. Powoli zaczyna uwierać. Może i nie tylko mnie.
"Gdybym mógł zostać tu,
zasnąć w lesie twoich źrenic
i niczego bym nie zmienił już.
Gdybym mógł.
Znów i znów 'gdybym mógł'..."
Nie. Szczerze, te oczy nie są specjalnie zachwycające. Nieduże, dwie plamki gubią się się na delikatnej twarzy. Ale lubię te czarne słońca z brązowymi promieniami, będące centrum oliwkowego nieba.
Acz nie daruję ci tej parzystej nocy przespanej twarzą do ściany.
A gdy przyszedł już nareszcie jako prawda, nie jak sen,
pościeliła mu pod nogi swych włosów zwiewny len,
przytuliła jego głowę do swej piersi, do swych rąk,
by pragnienia nie znał lęku, by czekania nie znał mąk.
Wszystkie róże swych ogrodów, gdy dla niego w szczęściu rwie,
on porzuca ją na zawsze, bo jej nie mógł wołać we śnie.
Wiesz Aniu... Chyba nadszedł czas, byś przestała wymieniać kwiaty tej nadziei.
Wystarczy mi jedynie zarys, bo... cóż ci mogę dać?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz