poniedziałek, 30 maja 2011

something inside me surrenders.

Earl Graya się nie słodzi. Nawet miodem. - pomyślałam, sięgając po żółty kubek z herbatą, stojący na kuchennym blacie obok cukierniczki. Przysunęłam go do ust, delikatnie dmuchnęłam weń, po czym wzięłam małego łyka. Przełknęłam. Językiem przetarłam po podniebieniu. W sam raz - pomyślałam. Skierowałam się w stronę drzwi prowadzących do przedpokoju. Pchnęłam je prawym biodrem. Niosąc kubek, ostrożnie stąpałam po świeżo umytym parkiecie. Nieprzyjemna woń detergentu, mieszała się z aromatem ulubionej herbaty. Zmarszczyłam nos, usta wygięłam w natychmiastowym grymasie, cichutko szepnęłam - fuj. Dreptając po malutku w stronę pokoju, studziłam herbatę dmuchając do kubka. Ja owszem, ale ona nie lubi gorącej. Położyłam dłoń na klamce, po czym zacisnęłam i rozluźniłam palce dwa razy, aż w końcu powoli otworzyłam drzwi. Promienie słoneczne przebijające okno na wprost niej, malowały na jej gładkim ciele jasne ścieżki. Skóra rozprężona, zaróżowiona, w niczym już nie przypominała wygniecionej, wytartej warstwy. Kości bioder zarysowywały się przy podbrzuszu, wypychały miednicę do tyłu. Miękkie uda były na wpół przykryte prześcieradłem. Stopy delikatnie sunęły po powierzchni prześcieradła. Ręce uniesione nad jej głową zasłaniały słońce, a na jej białą twarz cień rzucało dziesięć wąskich palców. Po przeoranym paznokciami ciele nie było już śladu. Odwróciła głowę w moją stronę. Tęczówki błysnęły dawnym błękitem.
- Dzień dobry. - powiedziała cicho.
- Przyniosłam ci herbatę. - odpowiedziałam niepewnie. Nie wiedziałam, czego się dzisiaj spodziewać.
- Dziękuję. To bardzo miłe z twojej strony. - rzuciła i znów skierowała wzrok ku dłoniom. Nic tu po mnie -pomyślałam.
- Opowiedz mi bajkę. - poprosiła, przymykając powieki, składając ręce na brzuchu.
- Bajkę? - zapytałam, trzymając już rękę na klamce.
- Tak. Opowiedz mi bajkę na dzień dobry.
- Przecież tak się nie robi. Bajki opowiada się na dobranoc. Żeby się dobrze spało... i może coś ładnego przyśniło. - odpowiedziałam nieskładnie.
- A ja chciałabym żeby dobrze mi się wstało i coś ładnego przeżyło. - zaśmiała się cicho. A ja stałam jak głupia przed drzwiami, którymi mogłam czmychnąć; przed Małgorzatą, od której nie mogłam odejść.
Podeszłam więc do niej i usiadłam na skraju łóżka.
- Ale wiesz, że nigdy nie stworzyłam szczęśliwego zakończenia?
- To się okaże.

Semilia jak każdego ranka, położyła obie dłonie na tafli owalnego lustra. Przesuwała długimi, białymi palcami po delikatnej powierzchni, niektóre miejsca naciskając mocniej opuszkami. Wbijając oczy w odbicie, rozchylała lekko różowe, pełne wargi. Jej skóra nie dawała oznak najmniejszego napięcia. Złote, pofalowane włosy opadały na jej gładkie ramiona. Sięgająca do ziemi, biała suknia z jedwabnego muślinu, prosto układała się na jej drobnym ciele. Rozpraszające się promienie porannej jutrzenki tworzyły wokół niej błyszczącą aureolę. Długie, ciemne rzęsy, niczym szczoteczki usuwały sprzed jej bladobłękitnych oczu unoszący się w małej komnacie kurz. Trwała w zachwycie. Jak każdego ranka.

- To ja jestem tą Semilią? - zapytała Małgorzata.
- Nie, cicho bądź. - mruknęłam.

Przed kilkunastometrową, kamienną wieżą stał Książę. Ręce miał skrzyżowane na piersiach i z nieprzyjemnym grymasem na twarzy spoglądał w górę, w małe strzeliste okno. Słońce wznosiło się coraz wyżej po nieboskłonie. Przymykał co rusz zmrużone powieki. Potrząsnął głową, po czym zacmokał dwa razy. Kłusem podbiegł do niego siwy, zaprzężony rumak. Dużym łbem zaczął szturchać jego ramię. Książę opuścił głowę i poklepał go mocno po szyi. Szybkim susem wskoczył nań, wykonał kilka mocnych uciśnień i skierował konia w przeciwną stronę. Podczas galopu zwierzę wierzgało radośnie łbem, starając się wyrwać wodze jeźdźcowi. Rżało co rusz, a jego czarne oczy iskrzyły, prosząc o zabawę. Jednak nasz Książę wcale nie był skory do rozrywek. I mimo iż dzisiejszy wieczór miał spędzić w towarzystwie pięknych dam z pobliskich posiadłości, jego myśli wciąż oplatały kamienną wieżę. Przemieszczał się wąską ścieżką wzdłuż zielonego uroczyska. Słońce przebijało się między gałęziami drzew, rzucając na drogę jasne refleksy. Powietrze już dawno przeszło zapachem świeżego, wilgotnego mchu. W oddali, między migającymi drzewami, stała drewniana, zniszczona chatka. Nieopodal niej płynął leniwie szemrzący strumyk z czystą wodą. Opuścił niewzruszony to piękne miejsce. Kłusował na rumaku do swojej letniskowej posiadłości.

- Teraz pojawi się Mędrzec?
- Słuchaj, bo się wkurzę.

- Co to za wieża, znajdująca się na skraju polany, za lasem? - zapytał Książę pazia, podając mu wodze.
- Och, panie, nie warto się interesować tą historią. - odpowiedział chłopiec.
- Skoro pytam, to znaczy, że warto. Nie tobie jest to oceniać. - warknął.
- Oczywiście, panie. - skinął posłusznie głową.
- Milcz.
- Jak sobie życzysz, panie.
- Mówże, głupcze! - krzyknął zirytowany.
- Ależ panie, kazałeś mi się nie... - jąkając, starał się odpowiedzieć. Książę trzepnął chłopaka po głowie.
- A podobno jest tu z ciebie jakiś pożytek. Opowiedz mi tę historię. - powiedział Książę, biorąc się pod boki.
- Przez jakiś czas okolice te zamieszkiwał bardzo mądry, stary, acz tajemniczy człowiek. Na imię mu było Nafael. Mówiono między sobą, że posiadł on wiedzę magiczną. Ale kto to tam teraz wierzy w jakieś czary-mary...
- Do rzeczy... - niecierpliwił się Książę.
- No właśnie. Jakiś czas temu do naszego lasu dotarły dwie wędrowniczki. Wycieńczone długą drogą w pełnym słońcu, w brudnych postrzępionych suknach. Po drugiej stronie strumienia, z którego piły, stał Nafael i przypatrywał im się cały czas. Tak jak podejrzewał, były to matka z córką. Odeszły z rodzinnego miasteczka, bo gdy umarł jedyny żywiciel rodziny, nie mogły wiązać końca z końcem. Wówczas Nafael przygarnął kobiety do swojej chatki. Po kilku dniach starsza kobieta zmarła. Na następny dzień na skraju polany pojawiła się ta wysoka, kamienna wieża i nie wiedzieć czemu, Nafael zamknął w niej tę młodszą. Po tym wszystkim sam zniknął, od tamtego momentu już myśmy go nie widzieli.
- Czemu stamtąd po prostu nie ucieknie? - zapytał Książę, marszcząc brwi.
- A przyglądałeś się uważnie tej wieży, panie? - odpowiedział pytaniem paź.
- Oczywiście, że tak.
- Panie, a czy spostrzegłeś, że do owej wieży nie prowadzą żadne drzwi?
- Ach, czyli tamto dziewczę imituje księżniczkę, zamkniętą we wieży? - zaśmiał się szyderczo Książę.
- Dziewczę? - zapytał wyraźnie zdziwiony paź. - Panie, jesteś w stanie sobie wyobrazić najpiękniejszą, najdelikatniejszą i najczystszą kobietę, która kiedykolwiek stąpała po ziemi? Przy dziewczynie, zamkniętej w tej wieży, może ona się wydawać jedynie wiejską pastereczką.

- Książę potem już przez cały czas będzie myślał o Semilii, prawda?
- Słuchaj, Niewielka. Kto tu opowiada bajkę?
- No dobra.

Książę przez cały czas trwania spotkania wydanego na jego cześć, analizował pozyskane informacje. Gdzieś pomiędzy myślami umykały zalotne spojrzenia okolicznych panien, śmiałe gesty wytwornych dam. Książę dzisiaj tanga nie zatańczy. - pomyślałam. Przeprosił zgromadzonych gości, po czym udał się do swojej komnaty, by nie spać całą noc.
Następnego ranka, bardzo wcześnie, udał się tą samą trasą przez las na skraj polany, by bardziej przyjrzeć się niezwykłej dziewczynie. I zastał ją tak, jak poprzedniego dnia, w tej samej pozie, zastygłą przed lustrem. Zeskoczył z konia i otrzepał się z kurzu. Podniósł głowę wysoko. Dostrzegł, jak dziewczyna zrywa się z siedzenia i dotyka powierzchni lustra całymi dłońmi. Przywiera całym ciałem do tafli, usilnie gładząc krawędzie. Paznokcie ślizgają się po odbiciu.
Wariatka, nie księżniczka. Jak bardzo próżną trzeba być... - pomyślał. Domyślił się, dlaczego mag zamknął dziewczynę. Popatrzył na nią jeszcze przez moment. Zacmokał dwa razy. Koń z zieloną śliną na pysku zaraz pojawił się obok niego. On znów poklepał go mocno po szyi, splunął i wsiadł na jego grzbiet. Spojrzał jeszcze raz w stronę okna i jego oczom ukazał się zdumiewający widok. Oto i dziewczyna oderwała się od lustra i podbiegłszy do okna, wyjrzała na zewnątrz. Rozedrgane dłonie oparła o krawędź okna, rozchyliła mocno usta, nie wydobywając z siebie żadnego dźwięku. Nie patrzyła ani na Księcia, ani na rozległy las. Patrzyła w słońce. Dopiero wtedy Książę dostrzegł jej piękno. Dostrzegł jej smukłą sylwetkę, zwiewną białą suknię przylegającą do drobnego torsu, złociste loki oplatające jej delikatną, jasną twarzyczkę. Dostrzegł jej tęsknotę i ufność wobec światła. Wpatrywał się w nią w bezruchu. Tylko nagły wiatr zmierzwił grzywę jego rumaka.

- Gdzie mieszka ten Nafael?! - wykrzyknął chłopakowi prosto w twarz Książę.
- Panie, nie ściskaj tak mocno! - pisnął paź, próbując się oswobodzić z silnego uścisku.
- Na litość boską, mów, gdzie on jest. - powiedział stanowczo, puszczając ramiona chłopca.
- Jego tutaj nie ma, panie, mówiłem przecie! - wystękał ze łzami w oczach.
- Skrócę cię o głowę, zobaczysz! Gdzie jest ta jego chatka?!
- Na skraju uroczyska... - odpowiedział i opadł z sił.
- Hej, ty tam! - krzyknął do jednej z kobiet - Zajmij się nim! - i wskoczył na rumaka.
Na przestrzał przez las echo niosło głośny tętent kopyt. Cienkie gałęzie smagały go po twarzy, liście i owady wplątywały we włosy, a bryzgająca, wilgotna ściółka plamiła jego bogaty strój. Dla niego nie miało to żadnego znaczenia. Miał tylko jeden cel - znaleźć się przy dziewczynie z wieży. Zza drzew zaczęła się powoli wyłaniać malutka, zniszczona chatka, której drewniane deski były porośnięte mchem. Książę zeskoczył z konia, podbiegł do drzwi i mocno pchnął je do środka. Drewno było już tak bardzo spróchniałe, że część drzwi ułamała się. W środku panowała ciemność. Wszedł do środka i ujrzał tam wysokiego, chudego starca z orlim nosem i zielonymi, błyszczącymi oczami. Wstrzymał na chwilę oddech.
- Młodzieńcze, dlaczego zniszczyłeś mój dom? - zapytał ciepłym tonem, jak gdyby Książę prawie że nie wyważył całych drzwi wejściowych.
- Czy ty jesteś Nafael? - zapytał.
- Tak, oto ja. - odpowiedział, skinając głową.
- Wypuść dziewczynę z wieży. - rzekł stanowczo.
Staruszek spojrzał na niego podejrzliwie. Uśmiechnął się, przymknął powieki i zaczął gładzić swoją długą, siwą brodę.
- Mój Książę, nie rozumiesz, dlaczego zamknąłem tam Semilię.
- Chcę, żeby była wolna. Widziałem, jak tęskni do świata i wolności. - zaprotestował.
- Nie mogę jej stamtąd wypuścić. Jeśli to zrobię - ona zginie. To nie jest świat, w którym mogłaby czuć się bezpiecznie.
- Więc przyprowadź mnie do niej. Chcę być obok niej.
- Do takiego poświęcenia może być zdolny tylko ten, który pokochałby ją nade wszystko...
- Jestem nim.
- Albo ten, który nie jest w stanie nic zrozumieć. Godzisz się na wszelkie trudności byleby...
- Jest taka... Jasność bije z jej głowy, ciepło z serca. Jak można nie kochać piękna? Piękna w najczystszej postaci!

Semilia zwrócona w ciemny kąt, skrywała twarz w dłoniach. Nie stanowiło to różnicy. Wokół niej od samego początku była tylko czerń. Pustka, której pokonywanie nie ułatwiało nawet wyciąganie rąk po omacku. Odwróciła się i intuicyjnie skierowała w stronę lustra. I wówczas stało się coś dziwnego. Dotychczas, gdy spoglądała w nie, mogła zobaczyć każdy zakątek świata, który przez całe życie trwał przed nią w ukryciu. Ale teraz zamiast pustego siedzenia przed lustrem, w tafli odbijał się on. On, którego mogła oglądać przez swoje magiczne zwierciadło, gdy stał przed jej wieżą. Którego obserwowała nieustannie od chwili ich pierwszego spotkania. Którego dotykała, pieściła, obsypywała pocałunkami. W którego się wtulała, lecz w zamian otrzymywała tylko chłód twardej tafli lustra. Teraz i on uderzał pięściami w szklany mur. Obydwoje przyparli do niego, uderzając mocno zaciśniętymi pięściami gdzie popadnie, w taflę, w ramę, rozdrapując i wgryzając się w niewidoczną granicę. Semilia powoli zaczęła opadać z sił. Osunęła się, padając na kolana, spuściła głowę i oparła brodę o krawędź ramy. Jej dłonie dotykały miejsca, o które po drugiej stronie lustra Książę oparł spocone czoło. Wpatrzony w jej blado-niebieskie tęczówki zrozumiał, że starzec zamknął ją przed światem, tworząc tym samym bezpieczny azyl, z którego mogła poznawać życie choć w części. Tutaj nic nie mogło skrzywdzić tak bardzo nieświadomego siebie piękna. Z oczu Księcia zaczęły płynąć wąskim strumieniem łzy. Semilia poniósłszy swoje zapłakane oczy, zaczęła ocierać jego odbicie. On muskał ustami jej wilgotne policzki. Książę otarł swoje wargi i spostrzegł, że są mokre. Spojrzał gwałtownie w stronę dziewczyny. Klęczeli przed sobą dotykając dłońmi swoich twarzy. Na kamiennej ścianie komnaty już nie było lustra.
- Zniknęła granica was dzieląca, ponieważ pojęliście waszą tajemnicę. - zaświszczał znajomym głosem wiatr.
Wstali z kamiennej podłogi. Patrzyli w swoje ciemnoniebieskie tęczówki, które wtórowały roześmianym wargom. Oboje stali na środku zielonej polany, którą otaczał las.

W chatce panował półmrok. Po wpadających przez szpary w drzwiach smugach światła wspinały się cząsteczki kurzu. Nafael stał na środku pomieszczenia, trzymając w jednej ręce lustro. Wpatrywał się w nie, przyglądając się z zainteresowaniem całemu przebiegowi wydarzeń. Uśmiechnął się delikatnie, gładząc swoją długą, siwą brodę. Kto kocha, ten wierzy w niemożliwe. - pomyślał, po czym uniósł lustro nad głowę i z siłą rzucił nim o drewnianą podłogę. Lustro roztrzaskało się na trzysta sześćdziesiąt pięć drobnych kryształków.

- Koniec.
- A żyli długo i szczęśliwie?
- Oczywiście.
- Dziękuuuję - przeciągnęła Małgorzata Niewielka, odkładając na szafkę nocną kubek po herbacie.






A Wielki Bal trwa. Już ponad rok ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz