Tak, to jest powód. Zatrzęsę i zapłaczę się na śmierć, pisząc to wszystko od początku.
Kur.
*
Za oknem istna wiosna. Ciepło. Słonecznie. Przyjemnie. W krótkim rękawku i z butelką chłodnej wody mineralnej w torbie. Przed oknem, zupełnie na odwrót. Biednemu zawsze chłód w serce.
Czy potrafię powiedzieć to raz jeszcze? Już wyduszenie z siebie tego za pierwszym razem wiele mnie kosztowało…
Urządziłyśmy sobie z klepsydry piaskownicę. Pozornie byłyśmy od siebie daleko, nawet nie zauważyłam, kiedy dorosłaś. Jak dobrze wiedzieć, że mimo przesypanego piasku, nadal jesteśmy do siebie tak obrzydliwie podobne. Droga J, nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić, jak bardzo Ci zazdroszczę. Potrafiłaś uczynić się szczęśliwą, nawet przez najkrótszy moment. Potrafiłaś uchwycić cząstkę tej bliskości i dzielić się nią, i czerpać z niej tak wiele, i tak długo, jak to było możliwe. I choć to tęsknota do czegoś, co nieosiągalne, cieszę się, że ci się udało. Przyglądałam się twoim ustom, dłoniom, nozdrzom, wciągającym łapczywie różane powietrze. I tylko patrząc w twoje oczy, mogłam zatopić się w najwierniejszym zwierciadle moich źrenic.
A przecież nie istnieje nic, co by nie było warte spróbowania. Położyłam się w łóżku i wtuliłam w odpowiednio ułożoną pościel. Całe szczęście, że mój słomiany zapał uaktywnia się właśnie w takich momentach... A może nie?
W powietrzu cuchnie złotą rybką.
*
To zawsze są historie o mężczyznach i kobietach!
Dobrze, co bym nie zapętliła się przed samą sobą…Podjeżdża punktualnie. Swoim granatowym Volkswagenem zajmuje wolne miejsce parkingowe. Gasi silnik, ale nie wyłącza zapłonu. Krótkie światła padają na drzwi wejściowe do klatki schodowej. Włącza oświetlenie obok lusterka. Gaszę lampkę przy biurku, przyglądam mu się. Jak zawsze nad wyraz elegancki, idealnie wpasowany we własny krój. Nie odpina pasów. W lusterku wygładza ołowiany krawat. Zbyt obyty, by oznajmić swoje przybycie trąbieniem, czy też wyjściem i oparciem się o maskę samochodu, i zarazem zbyt powściągliwy, by podejść po mnie, aż pod same drzwi. Odchodzę w pośpiechu od okna, zostawiam niedbale rozsunięte zasłony. Kierunkuję swój bieg obkręcając się przy framudze drzwi. Po ciemku z trudnością staram się nie przydzwonić żadną częścią ciała w białe ściany w ciasnym przedpokoiku. Szybko wkładam lakierowane buty. Wiązanie sznurowadeł przychodzi mi z wielką trudnością z winy wilgotnych dłoni i drżących palców. Intuicyjnie wyciągam klucze z zamka. Otwieram drzwi, chwytam srebrną marynarkę z lśniącego materiału, lecz ta uparcie trzyma się wieszaka. Zrywam ją gwałtownie. Usuwam na wpół oderwaną metkę i wychodzę z mieszkania. Po omacku staram się włożyć klucz do dziurki. Udaje się, przekręcam zamek ‘na dwa’. Zbiegam ze schodów do wysokości pierwszego piętra. Zwalniam, wkładam wytaliowaną marynarkę, oddychając przy tym głęboko. Wygładzam klapy i rękawy. Przeczesuję lewą ręką włosy, prawą dłoń kładę na krawacie. Uśmiecham się. Wyobrażam sobie, jak pomagam mu wiązać krawat. Jego dłonie przylegają do moich smukłych palców, zwinnie zawiązujących węzeł półwindsorski. Muskam nieostrożnie jego szyję… Tymczasem dochodzę już do drzwi wyjściowych. Naciskam klamkę, uchylam drzwi i wciskam się w przestrzeń między nimi, a ścianą budynku. Razi mnie światło lamp samochodowych. Machinalnie zakrywam oczy dłonią. Wieczór byłby atmosferycznie całkiem znośny, gdyby nie wiatr, który od razu mierzwi moje włosy. A przecież to nie jego porywistości dziś oczekuję. Idę ku niemu, wkładam wolną rękę w kieszeń ciemnych spodni, staram się ukryć moje zdenerwowanie. Moje oczy przyzwyczajają się do światła, na zewnątrz dopiero się ściemnia. Nie widzę, jak wstrzymując na chwilę oddech, wpatruje się w moją jasną sylwetkę. Otwieram drzwi, wsiadam do środka i zatrzaskuję je za sobą. Patrzę przed siebie, szamocząc się z pasami. W końcu udaje mi się je zapiąć. Opamiętuję się po chwili i wyciągam dłoń w jego kierunku.
- Dobry wieczór. – mówię. On spogląda to na mnie, to na moją otwartą dłoń. Uśmiecha się minimalnie. Jego oczy są ciepłe.
- Witaj. – odpowiada miękko. – Przepraszam, za te światła.
Podaje mi rękę. Utrzymując przez chwilę nieznaczny uścisk, gładzi delikatnie kciukiem moją skórę. Nie wiem, jak odczytać ten gest, do czasu, gdy wysuwając rękę, przesuwa palcami po wewnętrznej stronie mojej dłoni. Zastanawiam się, czy w innych sytuacjach też jest tak subtelny. Splatam palce, kładę ręce na kolanach. Przekręca klucz, odpala silnik. Ruszamy. Podczas jazdy niewiele rozmawiamy. Z początku pyta, co u mnie i jak mi idą przygotowania do sesji, i mimo iż odpowiadam dość zachęcająco, on nie podejmuje dłuższej rozmowy. Zaczynam wyczuwać wolno narastające napięcie. Za szybą rytmicznie migają sosny. Zerkam ukradkiem w jego stronę. Twarz ma rozluźnioną, skupia się na prowadzeniu samochodu, jednakże twarde ręce mocno ściskające kierownicę, burzą cały spokój jego ciała. Przyglądam się jego opalonej skórze i włosom, które zdążyły rozjaśnić promienie późno-wiosennego słońca. Wyobrażam sobie, jak sunę palcami wzdłuż jego rąk, zaciskam dłonie na jego silnych, szerokich ramionach. Nasze przylegające do siebie klatki piersiowe unoszą się w jednym rytmie przyspieszonych oddechów. Kieruję ku niemu twarz, by być jeszcze bliżej… Wówczas słyszę przeraźliwy pisk opon, siła hamowania gwałtownie wyrzuca moje ciało do przodu. Pasy wżynające się w moją skórę z powrotem przygwożdżają mnie do fotela. Otwieram, przedtem mocno zaciśnięte powieki. Słyszę, jak dyszy. Jest cały spięty, nienaturalnie wyprostowany wbija się w siedzenie. Szeroko rozwartymi oczami patrzy na drogę. Zaniemawiam.
- Nie wiem, co to było. – mówi z trudem, cicho. - Zdawało mi się, że coś… jakieś zwierzę przebiega przez drogę… - duka. Odwracam głowę w jego stronę. Jest przerażony.
- Tak się bałem, że mogło… Ci się coś stać. – szepcze, przerywając strumieniami wydychanego powietrza. Jego źrenice pokrywają się szklaną powłoką. Po raz pierwszy, będąc tak przestraszonym, czuję nagłą falę uderzeniową szczęścia o głębokim zasięgu. Luzuję pasy i przechylam się w jego stronę. Kładę rękę na jego prawym ramieniu, wtulam czoło w to miejsce.
- Nic złego się nie stało. Po wszystkim. – mówię, spinając mięśnie twarzy. Czuję jak zaczyna gładzić wydzielane przez siebie kępki moich włosów.
- Już w porządku.
*
Rozcieńczam Martini Spritem w proporcjach 1:2, po czym podaję szklankę chłopakowi.
- Tylko załatwię sprawę z Elizą i zaraz do ciebie przychodzę. – mówię, uśmiechając się. Widzę, że nie chce, bym odchodził nawet na krok. Nie czuje się swobodnie w nieznanym towarzystwie. Nie dziwię się, mi też trudno by się było odnaleźć wśród starszych ludzi, zwłaszcza za pierwszym razem. „Chłopak jest inteligenty, w razie czego poradzi sobie” – myślę i odchodzę, by znaleźć Elizę. Przychodzi mi to z łatwością, stoi przy kominku, otoczona wianuszkiem chichoczących nad wyraz głośno, a zarazem irytująco koleżanek. Zaczynam iść w ich kierunku, pewnym, prężnym krokiem. Ku mojemu zaskoczeniu, kokiety odstępują od niej, odsłaniając całą jej sylwetkę. Ona prostuje się automatycznie, wypina do przodu małe piersi, opięte dopasowaną, czarną, satynową sukienką. Mimo iż materiał sięga przed kolano, wiem, że skrywa pod nią czarne, delikatne pończochy. Zwykła je wkładać na ważniejsze okazje. Kładzie ręce na biodrach, a jej długie, kasztanowe loki, opadają zalotnie na lekko uniesione ramiona. Unosi prawą brew i wydyma lekko usta.
- Od liceum jesteś tak okropnie zmanierowana… - mówię, stając przed nią.
- Od liceum starasz się strzyc wszystkich swoją błyskotliwością. – odpowiada, wznosząc oczy ku górze. Zagrać w tę gierkę ostatni raz?
- Sugerujesz, że się stępiłem? – pytam zaczepnie.
- Sugeruję, że jeszcze się nie naostrzyłeś. – odpowiada, przechylając się w moją stronę.
Chwytam ją za rękę i delikatnie przysuwam jej dłoń do moich ust. Łapię się na tym, że zerkam w tym czasie w stronę młodego. Siedzi na czerwonej, skórzanej kanapie, popijając drinka. Patrzy w naszym kierunku. Otrząsam się, po czym odsuwam od twarzy niemuśniętą dłoń Elizy.
- Gratuluję. – dodaję.
- Och, jest czego. I kogo. – dodaje śmieszny, ubrany w czarną koszulę i siwe spodnie od garnituru facecik, znalazłszy się nawet nie wiem w którym momencie u boku kobiety. Całuje ją w ucho i kładzie swoją dłoń na jej okrągłym, wyraźnie zarysowanym podbrzuszu. Eliza strzepuje z siebie jego rękę i karci cicho. Skutecznie, jak się okazuje. Facet od razu pionizuje sylwetkę i przestaje się nieelegancko szczerzyć.
- Tatusia również. – rzucam, po czym odwracam się w przeciwnym kierunku i odchodzę. Takich baranów nawet się nie strzyże… Spoglądam w kierunku kanapy i dostrzegam całującą się parę.
Serce mi staje dęba.
Zamykam powieki, rozcieram kąciki oczu kciukiem i wskazującym palcem. Przecież to nie on. Zdaje się, że bardzo negatywnie odbijają się na mnie dzisiejsze wydarzenia. Szukam wzrokiem w pomieszczeniu czarnej koszuli i srebrnego krawarta… Są. Siłą zaciągane na parkiet przez jakąś dziewczynę, wyraźnie będącą w stanie lekkiego upojenia alkoholowego. Chłopak zapiera się ze wszystkich sił, w myślach już dawno pewnie czmychnął na najwyższą półkę regału, byleby jej żylaste ręce nie próbowały go więcej obejmować w talii. Przyglądam się tej sytuacji, przygotowując sobie podobnego drinka, co chłopakowi, tylko w innych proporcjach. Kiedy dziewczyna zaczyna ostentacyjnie ocierać się o jego krocze, on daje za wygraną, przeprasza ją i odchodzi. Ona próbuje go zatrzymać, ale on już stanowczo odrywa ją od siebie. Poprawił mi humor. Podchodzę do niego szybko i obejmuję jego ramię.
- Naprawdę nie wiem, który z nas bawi się tu lepiej. – mówię, szczerze uśmiechając się. Chłopak patrzy na mnie wielkimi, brązowymi oczami i po chwili wybucha śmiechem.
*
Leżą obok siebie na rozłożonej, zamszowej kanapie w gościnnym pokoju, na pierwszym piętrze w domu gospodarzy całej tej schadzki. Miała mieć ona charakter radosnej uroczystości w gronie najbliższych, ale jak się rozwinęła, tak się rozwinęła. Feliks i Artur już dawno stracili ochotę na zabawę w takim towarzystwie. Artur, u boku Feliksa leczy traumę, w którą wpędziła go przed kilkunastoma minutami bardzo chętna nieznajoma. Feliks, u boku Artura, próbuje się bronić przed napastującym wzrokiem swojej byłej. Na podłodze leżą dwie marynarki i dwie pary czarnych, męskich pantofli. Światło z lampy stojącej w rogu oświetla podnoszącego się Artura, który rozwiązuje swój krawat. Feliksa, jest już poluzowany, rozpięty też jest kołnierz jego białej koszuli. Przez cały czas gładzi Artura po prawym udzie. To dekoncentruje Artura. To działa na niego do tego stopnia, że na najbliższą godzinę gotów jest stracić swoją już opadającą lekko głowę.
- Myślisz… Że moglibyśmy pójść razem do łóżka? – pyta niepewnie Feliksa.
Feliks przestaje gładzić go po nodze, prostuje palce, dotyka go teraz całą powierzchnią dłoni. W pomieszczeniu zapanowało długie, ciągnące się niemiłosiernie milczenie. A przecież w samym jego środku trwa potężna wewnętrzna walka.
- Nie. – odpowiada w końcu Feliks.
- Może masz rację. To za dużo by zmieniło. – rzuca szybko chłopak.
- Nie wiem. Może. – odpowiada, niewzruszony.
- Poza tym jesteś moim instruktorem i… tak nie można. – ciągnie smutno.
- Wszystko można. To, że nadal byłbym szkolącym cię ratownikiem, w niczym by nam nie przeszkadzało.
Artur spuszcza nogi na podłogę, siada na kanapie. Ze splecionymi palcami, rękoma opartymi na udach i pochyloną głową. Rusza nerwowo palcami u stóp.
- Więc do cholery, dlaczego nie? – pyta rozdrażniony, nie patrząc w stronę Feliksa.
Feliks prostuje się i przysuwa się do niego.
- W jaki inny sposób miałbym ćwiczyć swoją siłę woli, która i tak już stoi na krawędzi? – szepcze. Przysuwa twarz do szyi Artura. Zamyka oczy i ciężko przełyka ślinę. Strumień gorącego, wydychanego powietrza kieruje na obojczyk chłopaka. Jednym tchnieniem wypisuje na powierzchni jego skóry cały alfabet Braille’a.
*
A tymczasem Małgorzata Niewielka odwraca się na drugi bok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz