Żal mi się robiło mojej Małej Mi, gdy patrzyłam na jej kalkę smętnie mieszającą herbatę. Gdybym tylko mogła właśnie w ten sam sposób wsypać do niej trochę cukru... Postawiłam więc sobie cel z wyższej półki - uszczęśliwienie Gochy za wszelką cenę, nawet pozłacanego odpowiednika bransoletki, która tak bardzo jej się podobała. Na droższy mnie nie stać. Wyłączyłam telewizor, w którym przed chwileczką zachęcano mnie do kupna środka czyszczącego o nadzwyczajnym działaniu żrącym, przetestowanym na wszystkich gatunkach zwierząt. Ku mojemu zmartwieniu Małgorzata siedząca na oparciu łososiowej kanapy nadal beznamiętnie wbijała oczy w ekran, mieszając chłodną już herbatę. Może w czarnej przestrzeni pudełka doszukiwała się tekstury jego koszuli? Albo podobieństwa z jedną z jego źrenic? Podeszłam do wieszaka, zdjęłam torebkę i po 3 minutach poszukiwań wyciągnęłam z niej stary portfelik.No i kolejne zmartwienie. Otóż przegroda na "grubsze", wcale nie była gruba. Musiałam więc skupić się na mniej materialnych sposobach.
- Mała? Masz ochotę gdzieś wyjść? Może pójdziemy do naszej kawiarni, co? Choć trochę poprawisz sobie nastrój latte. - zapytałam stojąc we framudze drzwi.
Małgorzata zwróciła głowę w moim kierunku, jej postawa była wielkim NIE. Właściwie nie popatrzyła na mnie, bo jej oczy nie przypominały oczu człowieka, ni żywego stworzenia; były jak matowe guziki przyszyte do szmacianej lali leżącej pod kurzową kołderką za szafą od pięciu lat.
- Ahm... No dobrze - mruknęłam pod nosem. - To może po prostu na spacer? Odetchniesz na świeżym powietrzu, może podejdziesz do sprawy z zupełnie innym nastawieniem? - spróbowałam jeszcze raz.
Tym razem nawet nie zareagowała.
- Jeśli nie chcesz wychodzić na zewnątrz, to możemy posiedzieć w domu. Zawsze mogę skoczyć na dół, do wypożyczalni po jakiś film. Słyszałam, że właśnie weszło...
- Zamknij się już. - powiedziała. - Gdybyś była w takiej sytuacji na pewno byś nie chciała by ktokolwiek zawracał ci dupę. Więc pomyśl, jak ty wolałabyś być uszczęśliwiana, po czym daj mi święty spokój. - dodała tak surowo, tak obco, że w pewnym momencie nie byłam pewna, czy głos dobiega z kalki Małgorzaty, czy może z miejsca obok. Odruchowo położyłam rękę na kieszeni bluzy sprawdzając, czy paczka papierosów czeka w pogotowiu. Była, jak zawsze niezawodna. Wyciągnęłam z niej dwa papierosy i zapalniczkę, która lądowała w środku, gdy tylko robiła się wolna przestrzeń po ubywających fajkach. Podeszłam do Małgorzaty i wetknęłam jej papierosa w usta.
- Co ty robisz... - zapytała smetnie spoglądając spod brwi.
- Ja właśnie w ten sposób chciałabym być uszczęśliwianą. - odpowiedziałam zapalając swojego papierosa. Następnie przystawiłam zapaloną zapalniczkę do jej papierosa.
- No? - zapytałam.
Wahała się, ale koniec końców przysunęła się do ognia i odpaliła fajkę.
- Oprócz marzeń, warto mieć papierosy... - powiedziała cicho z lekkim uśmieszkiem.
- Strachota.
*
- Zobacz, zobacz. Zamykają księgarnię i robią wyprzedaż wszytkich artykułów. Chodź wejdziemy, co? - Małgorzata patrzyła błagalnym wzrokiem. Tak, już wzrokiem, nie guzikami.
Pchnęłam ciężkie, drewniane drzwi, a powietrze przebił cichy dźwięk dzwoneczka rozproszony harmiderem panującym przy regałach. Każdy chciał wykupić te najbardziej kolorowe, polakierowane, w twardych oprawach książki, nie zważając na ich treść. Można by było wyrwać okładki, obłożyć nimi cegły, położyć w domu na półce i tak by wyszło na to samo. Małgorzata dała o sobie znać głośnymi stuknięciami metalowych fleków.
- Przeklęte kafelki - mruknęła pod nosem i lekko ślizgając się po podłodze podeszła do dużego kartonu wypełnionymi lekko zniszczonymi książkami.
Dla niej to, co z zewnątrz rzadko ma znaczenie. No chyba, że włosy. Chociaż żeby pięknie się prezentowały muszą być przede wszystkim zdrowe od środka. Tak, więc Małgorzata uznaje tylko piękno wewnętrzne, na to wychodzi, że bez wyjątków. Podeszłam do niej i przyglądałam się, jak wygrzebuje książki z samego dna pudełka.
- O mój Boże... - powiedziała drżącym głosem.
- Wiem o czym mówisz... - zawtórowałam.
- Popatrz tylko... Widziałaś kiedyś taki towar?
- Nie... I popatrz jak wygląda...
- Troszkę zniszczony, ale to nie szkodzi. - powiedziała.
- Tak, nie szkodz... C co? Jak zniszczony? Moim zdaniem wygląda wręcz nienagannie! - odparłam zaskoczona.
- Popatrz - powiedziała i podstawiła mi książkę pod nos. - To pierwsze polskie wydanie Fausta z 62 roku. Musieli wygrzebać te książki z piwnicy, w przeciwnym razie nie wiem jak mogło się tu znaleźć to cudeńko.
Objęłam dłońmi jej głowę i obróciłam lekko w prawą stronę.
- A co powiesz o tym cudeńku? - zapytałam zawadiacko. - Znam teń usmiech, Mała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz