niedziela, 12 grudnia 2010

W sam raz, akurat.

Nienawidzę szpitali. Sam fakt, że się tu znalazłam jest tak nieprawdopodobny, jak diagnoza:

*

- Będę uszczęśliwiać ludzi! - krzyknęła Małgorzata zawisnąłwszy na klamce kuchennych drzwi. Przewróciłam oczami i sięgnęłam po kubek z kawą. Nie to, żeby nie porwało mnie jej wręcz charytatywne przedsięwzięcie, sęk w tym, że to już jej czwarty pomysł na siebie w tym tygodniu. Czym prędzej zajęłam język przełykaniem, nigdy nie wiadomo, czego się po takim spodziewać.
- Jak chcesz to robić. - zapytałam z udawanym zainteresowaniem, na które o dziwo Niewielka dała się nabrać. Moja mała, biedna, naiwna...
- Po prostu. Będę robić wszystko, co miałoby ich uczynić szczęśliwszymi. - uśmiechnęła się i kontynuowała -Trzeba będzie umyć okna - zrobię to. Trzeba będzie wybudować dom - zrobię to. Trzeba będzie pokochać mężczyznę - zr...
- Stop - przerwałam jej. - Wszystko ładne i piękne, w dzisiejszych czasach altruizm jest na wymarciu - to się chwali. Natomiast mnie interesuje tylko jedno: po co to wszystko? - zapytałam lekko zirytowana.
- Jak to po co? Zobacz, sama szczęścia zbudować sobie nie jestem w stanie. Oj, już nie rób takiej miny, dobrze wiesz, jak to się zwykle kończyło. Więc może chociaż będę mogła się przyczynić do wymalowania uśmiechu na twarzach innych ludzi. Dobrze wiesz, że ja na to wszystko nie zasługuję, a że egoistką nie jestem, to dlaczegóż by nie pomóc reszcie? - odpowiedziała. Jej źrenice zaczęły krzesać błyszczące iskierki. Niedobrze.

"Doris była wówczas czymś nieskończenie wyższym od Doris, była Kobietą-Wrogiem, który pragnie zagarnąć Jima na własność. Cóż da zniszczenie Doris albo dziesięciu tysięcy jej podobnych, póki Kobieta będzie tryumfowała. Kobietę można pokonać tylko przez ustępstwo, przez to że pozwoli się Jimowi pojechać z nią do Meksyku, że mu się każe zaspokoić ciekawość i połechtaną próżność, i żądzę w nadziei, że wróci (jak wrócił) i powie: "Ona jest odrażająca. Nigdy więcej."
A czy nie wydałaby ci się podwójnie odrażająca, Jimie, gdybyś ją mógł dziś zobaczyć? Czy nie poczułbyś dreszczu zgrozy na myśl o tym, że nawet wtedy jej ciało, które pieściłeś, całowałeś zachłannie, w które wchodziłeś w podnieceniu, miało już w sobie ziarna tej zgnilizny? Ja coś o tym wiem, Jimie. Jestem o tym przekonany. Na pewno z całą stanowczością odmówiłbyś złożenia jej tutaj wizyty. Nie byłbyś w stanie się do tego zmusić."
"Puk puk" - wyszeptały cichutko drzwi. Włożyłam zakładkę między strony, położyłam książkę obok czystej od prawie czterech tygodni (24 dni 21 godzin i 6 minut) popielniczki. Leniwie wstałam z łososiowej kanapy i przeciągnęłam się. Drzwi powtórzyły, tylko nieco głośniej. No idę przecież...
- Cześć. Trzymaj - powiedziała stojąca w drzwiach, zziajana Małgorzata i wcisnęła mi w ręce pognieciony pakunek. Zbiegając, a właściwie zeskakując po schodach, krzyczała na odchodne: "Tylko nie zaglądaj do środka!". Mała Mi, zadziwiasz mnie z każdym dniem coraz bardziej. Zamknęłam drzwi, z głupkowatym uśmieszkiem wróciłam do pokoju, gdzie przezroczystą reklamóweczkę z książką, szczoteczką i kamyczkami, przy popielniczce (24 dni 21 godzin i 8 minut) wymieniłam na książkę. Wróciłam do czytania.

Kilkazaległychfilmówtrzyrozdziałyitrochędobazgranychsłów potem, zaczęło się dziać coś dziwnego. Zaraz, zaraz... Ulubione skarpetki na stopach? Są. Czerwony lakier na paznokciach? No jest. Paczka papierosów? No nie ma. Czy to właśnie brak Dwudziestu tak obniża moje dzisiejsze samopoczucie? Nie wiem. Spokojnie, weź parę głębokich wdechów. Wdech, wydech, wdechwydech, wdechwydechniepomaga! Dobiegam do okna, gwałtownie je otwieram, po czym roztrzaskuję głowę o taflę świeżego powietrza. Jest lżej, ale dalej nie tak, jak trzeba. Oparłam się łokciami o parapet, głowę schowałam w rozedrganych dłoniach. "Nic niby tu nie zmienione, a jednak pozamieniane...". Próbuję się wyciszyć, znaleźć w sobie uniwersalną odpowiedź na każdą niewiadomą. Słyszę szczery, oddalony śmiech. Śmiech czysty, śmiech znajomy, śmiech-nie-mój. Małgorzata... Podekscytowana otwieram oczy, dostrzegam ich... Jak to 'ich'? No nie wierzę... Do drzwi klatki schodowej zbliża się Mała Mi z kimś tam jeszcze, oboje w radosnym uniesieniu. Ha! Dopięła swego! Przyjrzałam się im dokładniej... Niewielcy z natury, jeszcze bardziej malutcy przez odległość dzielącą czubek ich głów od parapetu mego okna, mniej pod rękę, bardziej ręka w rękę. Faktycznie, wygląda na szczęśliwego...

"Ale zarazem to jasno oświetlone miejsce nie jest wcale schronieniem. Bo między butelkami, kartonowymi opakowaniami i puszkami czyhają szokująco żywe wspomnienia posiłków, do których tu robił zakupy, które potem gotował i spożywał z Jimem. Przeszywają George'a jak nożem, kiedy mija półki, popychając wózek na zakupy. Czy może czuć się naprawdę samotny ktoś, kto nigdy nie jadł sam?"

*

"Złamany kręgosłup".
Przecież tak się nie da.
I to tak z nienacka.
Nie wiem, jak to się dalej potoczy. Nawet nie wiem, co się z nią teraz dzieje. Przecież to się nie zrośnie. Nie po czymś takim.
"Chcesz mnie uszczęśliwić? Zniknij z mojego życia!"?
Palant.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz