sobota, 4 grudnia 2010

Ciebie i Ciebie. Naprawdę.

Jak na wolną osobę, czułam się wyjątkowo zniewolona. Przestawiałam mechanicznie nogi. Prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa do zwariowania. Kilkunastostopniowy mróz nie siał spustoszenia wokół zewnętrzenego ciepła w takim stopniu, jak wydarzenie, które wykarczowało mnie od środka. Zimne uczucia obijały się jeszcze, gdzieś między czaszką, a mostkiem w akcie agonii. Sklep. Przynajmniej wypełnię się mgłą. Weszłam, dzyń dzyń. Zachłanność tkanek była tak wielka, że bałam się, by moje organy nie wchłonęły tytoniu zza tektury i szybki. Kolory opakowań przyciągają wzrok skuteczniej, niż "PALENIE ZABIJA". Spazmatyczne skoki gałek z niebieskich lightów z na mocno-czerwone, potem na łagodną zieleń. Szlag. Stanęło na doładowaniu do Plusa. Uspokojenia, bardziej niż ciało, potrzebowało sumienie. Tylko Ty potrafisz mi powiedzieć, czy robię dobrze, czy źle. Powoli tracę świadomość konsekwencji swojego działania. Jakby tu zainstalować Ciebie w mojej głowie?... Wszyć, jak mechanizm przecież się nie da... A może się da? Wyglądałoby to przekomicznie - Kruszynka, z pszyszytym do głowy Kotem. Kruszynka, z przyszytym do serca Ukojeniem. Wiesz, że wykonałabym wszystko, zanim zdążyłabyś o tym pomyśleć? Masz przewagę, powiesz "skacz z mostu", ja z mostu skoczę. Utopienie mnie w łyżce wody nie stanowi najmniejszego problemu. Mało tego, wszystkie problemy chyba by rozwiązało. Ale na to jestem zbyt wielkim tchórzem. Albo jestem za bardzo odważna, by to zrobić. Czegokolwiek bym nie zrobiła... I tak jesteś.

*

Dyskretnej troski trzeba mi...
Nadwrażliwość to mój wróg, przerost duszy, nad rozumem.
W głowę kopcie mnie - może ozdrowieję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz