niedziela, 2 stycznia 2011

fuj.

Człowiek w swoim prostactwie jest obrzydliwy. W alkoholu, potem w dotyku nie zna umiaru. Bliskość jest nie do zniesienia, a myśli starają się wyrwać Cię jak najprędzej z tych czułości. Mężczyźni przyzwyczajeni do łatwych kobiet, nie widzą trudności w błądzeniu dłońmi pod pierwszą lepszą sukienką.
Straszydło, dziękuj Bogu, że Małgorzata nawet jak śpi, to i tak kontroluje 51% twojego umysłu. "Sznuruje usta, powtarza wielkie NIE". Że też musieliście trafić na taką felerną plastelinę, która nie chce się ugniatać w waszych dłoniach. Funkcjonuję bez kaca. Moralnego też.

'ach, panie, panowie,
czemu ciepła nie ma w nas?'

No ja do końca tego nie rozumiem. Naprawdę rozgrzewanie łóżka w istocie jest przyjemniejsze, niż ocieplanie myśli? No i proszę, pytanie-bumerang: jaki element nie pasuje? Jednostka, czy otoczka? Nasuwa się tylko jeden wniosek jasny i klarowny, a mianowicie potrzeba zmian. Ciężko być nieprzystosowanym, ciężko, kiedy ludzie są ciężkostrawni. Wygląda na to, że na kompromis się nie zanosi.

'Nie pokocham w tym miesiącu ani roku,
może nawet bez miłości minie wiek,
może serce się po prostu lęka tłoku.'

Nie ma miłości, nie ma naprzemiennego kołatania serc, nie ma magnetyzmu ciał, nie ma jedności myśli. JA nie widziałam miłości. JA widzę tylko marne rozgałęzienia, pozbawione trzonu. (A jechałaś kiedykolwiek tym tramwajem? Tak i na szczęście w miarę szybko wysiadłam, nim się roztrzaskał). Mistrzu, jeśli w jakiejkolwiek formie egzystujesz w jakiejś czasoprzestrzeni, to chcę żebyś wiedział, że ja w Ciebie nie wierzę.

*

Obudziłam się w swoim łóżku, rano, na w pół do życia, przygnieciona masą cegieł. Ciężko mi było je znad siebie zdejmować, zwłaszcza, że część z nich przygniatała moją głowę. Wyparłam kilka kończynami, potem poszło już z górki. Zjechałam po niej uderzając kością ogonową w twardą podłogę. Kurww... Chryste jak boli... Podpierając się prawą ręką, lewą zaś rozmasowując obolałe miejsce, wstałam i ruszyłam chwiejnym krokiem do łazienki, omijając po drodze porozrzucane cegły.
- Skąd ich się tyle nabrało... - zapytałam sama siebie pod nosem. Odkręciłam kurki i ochlapałam twarz wodą. Związałam niedbale włosy, oparłam się dłońmi o zlew i spojrzałam w lustro. Przybliżyłam się do jego tafli, zmarszczyłam czoło, podniosłam brwi, wydęłam usta.
"Dziwne, może to jeszcze nie ten wiek." - pomyślałam, doszukując się odbijającego się gdziekolwiek czasu. Prócz czerwonych odcisków cegieł nie dostrzegłam nic szczególnego. A co jeśli czasu tak naprawdę nie ma, tylko człowiek wpisał go w pory dnia i roku? Minęło kolejne 366 dni - i cóż to znaczy?
- Trzeba kupić nowy kalendarz. - powiedziała z uśmiechem Małgorzata, opierając się o framugę w drzwich łazienkowych.
- Niewielka, w końcu wstałaś! - krzyknęłam zaskoczona i bardzo szczęśliwa. Nareszcie moja Mała Mi znów jest w stanie patrzeć na mnie swoimi roziskrzonymi oczętami.

W czasie, gdy Małgorzata wyruszyła w miasto w poszukiwaniu odpowiedniego kalendarza na nowy rok, ja postanowiłam ogarnąć ten cały ceglany rozgardiasz. Tylko jak pozbyć się z mieszkania takiej ilości cegieł? Do głowy wpadały przeróżne rozwiązania, no ale przez okno ich nie mogłam wyrzucić, znieść takiej ilości z trzeciego piętra też nie byłabym w stanie, a takie papranie się z jedną po drugiej zajęłoby zbyt dużo jakże cennego czasu. Tik tak tik tak tik tak... Miałyby zostać w domu? Ale co ja z nich zrobię... Może nowatorskie doniczki? E, to głupie. Może... Tunel? No i po co to komu... FORTECĘ! A nie... Chociaż?... Zaczęłam przesuwać stopami cegły w kąt pokoju, potem ułożyłam z nich kwadrat. Dwa na dwa. Brzmi znajomo? Z rękoma włożonymi w kieszenie spodenek przyglądałam się fundamentom. Właściwie dlaczegóż by nie? Przecież i tak szukam jakiejś ciekawej alternatywy do rzeczywistości w której żyję. Wizja własnego, prywatnego świata wydawała się bardzo kusząca. Kucnęłam przy obramówce i zaczęłam układać kolejne cegłówki. Gdy zbudowałam murki do wysokości kolan, dokładanie kolejnych warstw zaczęło przysparzać mi wiele kłopotów. Robiło się coraz ciężej, bardziej samotnie, niekiedy wściekle. Dochodząc do wyższych poziomów, konstrukcja upodabniała się do mojego wyobrażenia, jednakże ja czułam się coraz gorzej. Czoło rozpalała gorączka, spod połamanych paznokci zaczęły płynąć cienkie strużki ciemnoczerwonej krwi. Wszystko pulsowało pod licznymi otarciami, co powodowało promieniowanie bólu. Coraz więcej cegieł wypadało mi z rąk, które spadając miażdżyły palce u stóp. Dysząc ze zmęczenia, rozpryskiwałam wokół krople mętnej śliny. Przekrwione oczy napłynęły łzami. Opadłam z sił. Runęłam na swoją budowlę, zniknęłam w jej ciężkich odmętach. Wszystko złe, co mnie spotyka uderzało o mnie z gwałtowną, niespotykaną siłą, powodując trwałe uszkodzenia głowy. Ból paraliżował neurony. Teraz on był przekaźnikiem informacji, między mózgiem, a ciałem. Wrzeszczał "OPRZYTOMNIJ W KOŃCU! PRZEJRZYJ NA OCZY!". Odchodziłam, wewnątrz coś zaczęło pękać, rwać mnie na pół.
Czarno.
Zacisnęłam mocno powieki, nie chciałam już nigdy ponownie ich otworzyć. Poczułam zimną falę, która delikatnie owinęła moje ciało. Ciepły gest przy mojej twarzy. "Obudź się. Ej, Piekna, wstawaj!". Wydarłam sie z tego stanu, zobaczyłam Małgorzatę siedzącą przy mnie, trzymającą mnie za ramiona.
- Co Ci sie stało? Przestraszyłaś mnie! Jesteś cała spocona i zdyszana. Majaczyłaś we śnie... - powiedziała rozedrganym głosem.
Rozejrzałam się dookoła. Ani śladu cegieł.
- Co zrobiłaś z cegłówkami? - zapytałam dotykając delikatnie piekącego czoła. Odkleiłam palce, rozsmarowując na nich czerwonawą maź.
- Jakimi znowu cegłówkami? - zapytała na w pół zdziwiona, na w pół przerażona.
- A nie... Musiało mi się przysnić... - odpowiedziałam sama nie wierząc własnym słowom. Gwałtownie poderwałam się z podłogi, obraz zawirował, przylgnęłam do ściany.
- Co się z Tobą dzieje? - krzykneła. - Przerażasz mnie! - podbiegła i mocno się we mnie wtuliła. Przełknęłam ślinę, wzięłam kilka głębokich wdechów. Po chwili stałam już mocno, stabilnie na podłodze. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam zaróżowione odciski na swoim czole. Zacisnęłam mocno powieki. Otworzyłam. Po urazach nie było śladu.
Przyjęłam.
Zrozumiałam.
Zapamiętam.
- Gosiu... Już. Już w porządku. Chwila słabości. - odsunęłam ją od siebie, mrużąc jeszcze oczy i próbując unieść kąciki ust.
- Zobacz. Zrobiłam Ci kalendarz. - powiedziała, wyciągając zza siebie zszyte białe, czyste kartki. Uniosłam nieznacznie brwi, ona dodała - Przecież czasu nie ma.
(Naprawdę nie dzieje się nic.) x2

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz