sobota, 26 czerwca 2010

Poduszka.

- Jest godzina 11.54. Chyba już nie zdążę. - powiedziałam zmartwiona.
Ciepłe, niedzielne przedpołudnie. Niebo: niebiesko-zachmurzone. Temp. powietrza: 23,4 stopni Celsjusza. Dokładnie w tamtym tygodniu, dokładnie o tej porze siedziałam dokładnie w piątej ławce od ołtarza i z zniecierpliwieniem czekałam, aż rozpoczną. Dwa tygodnie temu o tej porze niczym uniżona służka klęczałam przed drewnianą kratką z wielkim postanowieniem poprawy z grzechów, które powielam od jakichś ośmiu lat. Czy zło weszło mi w nawyk? Współczuję tym po drugiej stronie kratki, znają już na pamięć przewinienia tych przechodzących obok i odwracających wzrok, lub sprawdzających godzinę na właśnie stającym zegarku, i tych wyrażających szacunek rzucanym 'Szczęść Boże'.
Tak czy siak w tej chwili stałam przed lustrem z na wpół wyprostowanymi włosami, w spodniach od piżamy, z papierosem w ustach.
- Chyba? Chyba na pewno. - rzuciła od niechcenia Małgorzata. - Raczej nic Ci nie zrobią za to, że raz Tam nie poszłaś, co?
- No niby nie, ale nigdy nie opuszczałam niedzielnej mszy - odpowiedziałam i sięgnęłam po tusz do rzęs.
- Więc?... Co się stanie, jak raz Cię Tam nie będzie?
- Nic, a nic - odrzekłam i rozchyliłam lekko usta, a papieros delikatnie zakołysał się na mojej dolnej wardze.
- I nie pal tego świństwa. - warknęła Małgorzata i zwinnym ruchem wyciągnęła fajkę z moich ust i zgasiła ją na parapecie.
- Cholera. Patrz, co przez Ciebie zrobiłam - odwróciłam się do siedzącej przy otwartym oknie Małgorzaty, prezentując czarną kreskę rozciągającą się od rzęs, kończącą się przed brwią. - Teraz to na pewno się nie wyrobię.

Słońce miało dziś dobry dzień. Wyłożyłam się na ławce przed sklepem, gdzie promienie gładziły moją twarz, podczas gdy Małgorzata kłóciła się z ekspedientką o cenę poduszek z ręcznie wyszywanymi, oliwkowymi poszewkami. Jej zdaniem nie były warte tylko kilku złotych, chciała za nie zapłacić 3 razy więcej niż proponowała cena detaliczna. Sprzedawczyni oburzona stwierdziła, że nie będzie tolerowała takiego zachowania i poprosiła ją o wyjście. Małgorzata wzięła pod pachę dwie poduszki, rzuciła na ladę banknot, który uważała za słuszny ich wartości i szybko wybiegła ze sklepu. No cóż, takich ludzi się nie spotyka.
- Czemu właściwie tam chodzisz? - zapytała, gdy wstawałam z ławki.
- Mają naprawdę dobre wyroby w przystępnych cenach, poza tym miła obsługa i w ogóle.
- Nie miałam na myśli tego potwornego pawilonu, w którym uwałacza się pracy ludzkich rąk i wynagrodzeniu za nią. Mam To na myśli - powiedziała i skinęła głową w stronę wieży kościelnej.
- Od małego rodzice zabierali mnie w każdą niedzielę do kościoła. Potem weszło mi to w krew, szłam tam po prostu z przyzwyczajenia. W pewnym momencie mojego życia odczułam wielką potrzebę oparcia się w Bogu. Potem wiesz co się wydarzyło i... I teraz nie wiem jak to jest.

*

- Myślisz, że to aby na pewno bezpieczne?! - krzyknęłam do Małgorzaty znajdującej się jakieś 3 metry nade mną.
- Pewnie, że nie! - odpowiedziała i uśmiechnęła się tak szyderczo, jak tylko ona usmiechnąć się potrafi.
I wchodziłyśmy wyżej. Rozgrzana blachodachówka parzyła skórę moich dłoni, jednak wspinając się po wieży kościelnej, bardziej myśli się o każdym ruchu zwiększającym wysokość.
- Gośka, ja się boję! To za wysoko! - mój głos brzmiał żałośnie. I śmierdział tchórzem.
Ona nawet się nie obejrzała, już tylko centymetry dzieliły jej rękę od wielkiego, metalowego krzyża wieńczącego sam szczyt wieży.
- Auć! - jęknęła Małgorzata i przyłożyła palec do ust - cholernie gorący. Uważaj, chwyć mnie za rękę.
- Tu jest pięknie... Chryste, jak tu wysoko! Nie patrz w dół, proszę nie patrz w dół.
- Uspokój się. A teraz pytaj.
- Tylko nie podsłuchuj tak bardzo. To bardzo dziwne, no ale po coś tu wchodziłam, niech to też doceni. Boże, powiedz mi jak to się dzieje, że liczni mówią o Twojej miłości, ale nieliczni jej doświadczyli? Czemu, gorliwość modlitwy wierzącego jest mniej wartościowa, niż chwilowa myśl ateisty o możliwości Twojego istnienia? Czemu dajesz nam nadzieję na to, że może być lepiej, a gdy już udaje nam się w to uwierzyć, wszystko w jednej chwili obraca się przeciw nam?
- Skończ już. Myślisz, że tak uda Ci się to załatwić? Wiesz, rozczarowałaś mnie. Myślałam, że w Jego obliczu zachowasz się... Inaczej - odrzekła zażenowana Małgorzata.
- No, a jak Twoim zdaniem mam mu wyrzucić to wszystko? - zapytałam.
- Ja mam Ci mówić, jak masz z Nim rozmawiać? A kim ja jestem?
- No właśnie! Kim Ty jesteś, że chcesz mi mówić, jak to załatwiać? Ty nawet w Niego nie wierzysz. - odpowiedziałam z wyrzutem.
- A Ty? Stoisz teraz na wieży kościelnej i wydaje Ci się, że w ten sposób się do Niego zbliżysz! - krzyknęła.
- Do jasnej cholery, to był Twój pomysł! - wrzasnęłam i bardzo niefortunnie wygięłam swoje ciało.

*

Obudziłam się późnym wieczorem w żywopłocie otaczającym kościół. Miałam lekko poobdzierane ubrania, z moich pleców i lewego łokcia promieniował silny ból. Co właściwie się stało? Nie miałam bladego pojęcia. Cały czas jednak czułam na sobie czyjś wzrok. Nie przeszywający, nie złowrogi, tylko opiekuńczy. Zrobiło mi się cieplej. Pod głową miałam dużą poduszkę z ręcznie wyszywaną poszewką. Bardzo ładna. Chyba ją wezmę do domu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz