czwartek, 24 czerwca 2010

Pralnia.

Przeszłyśmy z Małgorzatą całe miasto wzdłuż i wszerz, i nic. Ja rozumiem, że po naszej mikrometropolii naprawdę nie można się Bóg wie czego spodziewać, ale żeby nigdzie nie było porządnej pralni? Tak, piorą umazane czerwoną szminką jeansy, upaćkane fluidem koszule, pozbywają się chemicznie plam po piwie i będących jego następstwem rzygowinach, ale tym razem szukamy czegoś innego. Więc pytamy grzecznie już w ostatniej pralni na mapie, czy możemy skorzystać z któregoś tam bębna. Przemiła-że-porzygać-się-idzie paniusia wskazuje nam jakiś na samym, brudnym końcu. My nie narzekamy, dla nas to nawet lepiej, pranie wymaga wyjątkowej prywatności. Wtem w drzwiach stanęła babcia ciotki Marty, której mąż kiedyś spotykał się z kuzynką Baśki, tą od strony wujka Piotrka, który jak pamiętacie sprzedał mi ten felerny piekarnik. Babcia miała na głowie przekrzywiony, moherowy beret w odcieniu brudnego różu, który na szaroburych włosach Babci wyglądał prawie komicznie. Ale nie dałyśmy się zwieść niepozorności Babci, dobrze wiem, że ta jędza nie cierpi Małgorzaty i nawet w pralni będzie robić wszystko, by uprzykrzyć jej życie.
- Biegnij do bębna i nie oglądaj się za siebie, niedługo do Ciebie dołączę. - usłyszałam z ust Małgorzaty.
- Nie zostawię Cię tu samej! Bez Ciebie nigdzie się nie ruszam. - odpowiedziałam.
- Nie trać czasu! Dam sobie radę.
Odwróciłam się szybko, lecz moim oczom ukazał się prawdziwie przerażający widok. Różowy Beret migiem, jak na Babcię, przemieszczał się między stertami ubrań, krzesełkami i znudzonymi ludźmi, którzy zamiast urozmaicić sobie życie praniem własnych skarpet, przychodzą do pralni i wlepiają oczy w wirujące ubrania. Choćby nie wiem jak bardzo byli uważni w swoim obserwowaniu to i tak Małgorzacie uda się w najmniej oczekiwanym momencie podmienić pojedyńczą skarpetę z jednego koszyka, wrzucić ją do drugiego i na odwrót. Nie wiem po co to robi, ale sprawia jej to wyraźną uciechę. Teraz jednak nie było jej do śmiechu, gdyż Babcia próbowała zapchać nasz bęben swoimi cieniutkimi rajstopeczkami i poprzecieranymi biustonoszami. Ohyda, nawet jak na starszą babcię i obskurną pralnię.
- Proszę ją zatrzymać! Ta kobieta stwarza niebezpieczeństwo dla otoczenia! - Małgorzata wrzeszczała na całe gardło - Ma w swojej reklamówce stanik z welurowymi ramiączkami!
Sprytne zagranie, ludzie nienawidzą weluru. Przerażona panni zza lady krzyczała coś w rodzaju "Nie ruszać się" i "Niech pani odda swoją reklamówkę". Wszyscy byli zajęci Różowym Beretem i jej welurowym problemem, wtenczas my mogłyśmy spokojnie czynić naszą powinność przy pralce numer 262939.
- I jak? Jesteś gotowa? - zapytałam.
- Jak zawsze. Wchodzę pierwsza.
Małgorzata otworzyła naszą pralkę, klęknęła przy otworze i włożyła prawą nogę, zaraz potem lewą, skuliła się, i już siedziała w środku. Ja szybko przeleciałam wzrokiem po programach i... I nigdzie nie mogłam znaleźć guzika z napisem "PRANIE MÓZGU".
- Chyba mamy problem. Tu nie ma takiej funkcji. - powiedziałam.
- Jak to nie ma takiej funkcji?! Przełaziłam z Tobą całe miasto, żeby usłyszeć, że nie ma takiej funkcji?! - wrzeszczała. To nie było dobre posunięcie, bo wszyscy zgromadzeni odwrócili swoją uwagę od Babci i jej welurowch ramiączek, których wcale nie miała, i zaczęli się bacznie przyglądać naszym poczynaniom.
- Cholera, Gośka suwaj się! - warknęłam, po czym wcisnęłam wszystkie guziki na panelu znajdujące się w obrębie mojej dłoni. Zaczęłam szybko włazić do bębna, zgniatając przy tym ramię Małgorzaty. Nagle poczułam mocny uścisk wokół mojej kostki, a zaraz po nim wielką łapę, która zaczęła błądzić w okolicach mojego biustu. Ochroniaż jednym, zgrabnym ruchem wyciągnął mnie z pralki.
- Pani zwariowała? Włazi pani do pralki? To jest istny szpital psychiatryczny! Co pani chciała zrobić?! - krzyczał dwumetrowy ochroniarz. Szkoda tylko, że już nie trzymał dłoni tam gdzie przedtem, było naprawdę przyjemnie.
- Noo, chciałyśmy wyprać sobie mózgi. - odpowiedziałam niepewnie.
Ludzie wokół ryknęli śmiechem. W tym momencie zastanawiałam się, co mnie zirytowało bardziej: to, że stałam na środku pralni, z nieco podwiniętą koszulką i w lekko przemoczonym ubraniu będąc klaunem i zarazem przełamaniem rutyny dla gapiów, czy to, że Małgorzaty jak zwykle nikt nie widział.

1 komentarz:

  1. Niesamowity geniusz.
    Swoje umiejętności mogłabyś przedstawić w "Mam Talent". I na pewno byś wygrała, gdybyś tylko zaśpiewała, bądź zatańczyła przy pisaniu takich opowiadań.

    OdpowiedzUsuń