Gdzie się tworzy dusza...
Echo rozsyłało moje wołanie na bezdenny świat. Rozniosło się i całe stało się celnym pociskiem wystrzelonym na oślep, w niebyt. Samotnie szybowało między planetami, ślizgało się po orbitach, czując chłód, nieżyt, pustkę, która zionie brakiem stworzenia. Rozbiło się o sumienia ze stali, żelazne bariery skrytych umysłów, rzeczywistość, w której "my" nigdy nie zaistniało. Rozdrobniło, zadudniło deszczem w pokrzywionych rynnach. Rozszczepiło na samodzielne, ideowe smużki. Smużki te obrastały dłuższy czas w pragnienia, zaszywały się w chęciach. Dzieje się. Na powrót zaczynają się przybliżać, spragnione siebie, łąknące złączenia, krążą już nieśmiało wokół siebie, o ciepło naprzemian błagając, jeszcze szeptem. Drżące niepewnie, na powrót zaczynają wierzyć. Czule, ale już nigdy tak jak przedtem, patrząc, ale jakby stojąc nieco dalej, po drugiej stonie srebrnych szkieł. Poruszają przestrzeń, trącają nieboskłonem, zrzucają w dół parę ciemnych gwiazdek. Już niedługo w ślad za nimi, po lekko przetartej ścieżce, po tchnieniu jutrzenki prześlizgnie się pierwszy pierwiastek jasności. Za jakiś czas, wzorem pierwszego zjedzie drugie i trzecie mgnienie, zaraz po nich posypie się złoty pył lśniącej bryzy. Trę językiem po aksamitnym podniebieniu. Piaskiem sypną nam w oczy, by cudownie rozpuścił się pod powiekami, by przygotował odrętwiałe, ślepe szpary na przyjęcie przyszłego blasku. I staną wszyscy w zadumie, a Ty będziesz stał pośród nich. Świat umilknie w zachwycie, stanie się kryształowym pryzmatem nowego serca. I odejdzie wreszcie napięcie, powietrze oczyści się przygotowane, by otulić ją swoją prostotą. I rozbłyśnie promień, tknie i przeszyje cię igłą, nicią ostrą, byś pozostał Ty, jako jeden, wybraniec, dla którego ośmiela się postawić pierwszy krok. Uniesie ją fala złotych włosów, miękkich, promiennych, czystszych niż aureola. Zejdzie światłem, ścieżkę świetlistą poprowadzi przed Ciebie, wejdzie w niebieskie uniesienie, rozpościeli taflę jedwabną, z twojego palca zdjemie pierścień, otrze twoje dłonie. Na niej ich ślad zostawisz, niech wszyscy dojrzą ciebie, któryś na wieki pieczęć odcisnął. I pojmiesz do czego przeznaczone było bijące głucho serce, poznasz dotyk świętej, zstępującej do życia, przypomnisz sobie rytm tańca zwilżonych warg. I skryjecie się przed szpiegowskim wzrokiem waszych cieni. Ty Ona. Niech nawet "i" nie staje wam na drodze.
- PUSTYnny kreator robi ci dobrze? - zapytałam. Zwróciła ku mnie zamglone oczy, grymas przeszywający jej twarz świadczył o tym, że nie robił tego najlepiej.
- Dobra, zabieram cię stąd. - powiedziałam i szarpnęłam ją za chudą rękę. Rzadkie, białe włoski stały dęba, musiała być bardzo przestraszona. Zdecydowałam, że doprowadzę ją do ładu w drodze do domu, szkoda było tracić czasu na ubieranie, podczas gdy on dyszał ciężko, okryty flanelowa narzutką. Chciałam jak najszybciej wyjść z tego podłego mieszkania, wymazać z pamięci obrzydliwy widok. Tego dnia pogoda nie była zwyczajna, jak przystało na tę porę roku. A może była taka na codzień, z małym haczykiem, bo kto wie, czy rzeczywiście zwracałam na nią uwagę. Co to kogo obchodzi, ja zajmuję sobie głowę innymi zmartwieniami. A tak już się jakoś utarło, że zmartwienia w głowach pojawiają się niezaleznie od pogody. W końcu jakoś doczłapałyśmy się do bloku, choć nie było łatwo. Z chodnika na chodnik ciągały nas napastliwe spojrzenia przechodniów. Co im do tego, że zapinam omdlałej nieznajomej rozporek? Ściągam szalik i owijam jej zmarzniętą, chudą szyję. Przyglądam się jej bladej twarzy, mocno zarysowanym kościom policzkowym i spiczastemu podbródkowi. Jest wyższa ode mnie o głowę. Prowadzę ją po schodach, na górę. Kiedy podchodzimy drzwi do mieszkania, jestem już nieco przemęczona, i mimo iż dziewczyna waży mniej ode mnie, to ja zaczynam się na niej podpierać. Wyjmuję kluczę z kieszeni jedną ręką, drugą cały czas trzymam jej ramię. Obejmuje mnie w pasie kościstą dłonią. Otwieram drzwi, wprowadzam ją do przedpokoju. Zamykam za sobą.
- Czuj się jak u siebie. - wysiliłam się na uśmiech. Ściągnęłam buty i kurtkę, po czym poszłam do kuchni nastawić wodę. Troszkę zwlekałam, zanim zaczęłam do niej mówić o czymkolwiek. Myśli kotłowały się w mojej głowie, przesuwając niczym slajdy drastyczne obrazy, które już od dawna starałam się usunąć z mojej pamięci. Na początek powiedziała mi o swojej przeszłości, naziemięzstąpieniu i innych chorobach zakaźnych, które przechodziła, jako dziecko. Doszłam do paru interesujących wniosków, które tworzyły całkiem zgrabny element układanki. Tak czy siak, powzięłam ważną decyzję.
- Nazywasz się Sara i będziesz u mnie mieszkać. Od pewnego czasu, zrobiło się tu pusto. - powiedziałam dopijając swoją herbatę. Uśmiechnęła się delikatnie. Patrzyła cały czas na splecione palce u rąk, które niewinie trzymała na udach. Sprawiała wrażenie, jakby w ogóle nie była zaskoczona moją decyzją. To mnie ciut wybiło. Poprawiła swoje długie, jasne włosy. Mój Boże, jak ja jej zazdroszczę włosów blond...
- Obawiała się tego, że szybko znajdziesz sobie zastępstwo - szepnęła. Tego było za wiele.
- Jak to się stało? - zapytałam, zebrawszy w sobie odwagę.
"Nie będę więcej czekać, wypatrywać cię, cieszyć się przypadkowymi zetknięciami dłoni. Zaraz wychodzę, ale jeśli kiedykolwiek przez tył głowy przeszła ci myśl, że mogłoby być inaczej niż jest, to proszę, wykorzystaj to. Zamykam oczy i znów czekam. Zżeram nerwy, zaciskam dłonie, marszczę czoło."
Otwieram okno, chcę przewietrzyć pokój. Bardzo lubię zapach zimy, szkoda, że nie ma takich świeczek, ani kadzidełek. Ściągam z ramienia długi, złoty włos i zrzucam go na drewnianą podłogę. Gaszę światło. A w głowie już tylko jedna chęć, by więcej nie pisać o miłości. Prościej, by więcej nie pisać.
Nic z tego nie rozumiem.
Hop hooop...
OdpowiedzUsuńJest tu kto?