w niepogodę szare oczy, czerwieniące się nos, czoło i policzki zawsze, gdy najbradziej chciałabym ukryć swoje myśli, poplątane włosy podniszczone, niekształtne piersi z o ironio ładniejszymi brodawkami, pępek-kreskę, uda zbyt masywne, wciąż trzymające się ciała, wiecznie przekrzywioną prawą stopę, chód prężny, szybki, przez małe ciało komiczny, niezwięzłość słów, urywkowość wygranego spojrzenia, uśmiech sztucznie wyprofilowany, jak i każdy por mojej skóry,
by obmyć się całą z twojego odbicia, Animusie?
m.a.,
plecy zdrapać, za nogi, za kark rwać w górę, do słońca, do łez wysuszeń, do intymnych wzruszeń. wyciągaj mnie z tej głębii, wyżmij mnie, wyciśnij ze mnie ostatnie krople wybujałej wyobraźni, wyrywaj mnie ze szponów, kantów, jaskiń, nie chcę już żyć oszukując mrok raka żarówką, wykuwaj mnie na powrót w słońca marmurze, bym nie tylko odbijać, ale i dawać mogła światło.
obawiam się, że pewnego dnia będzie mi już wszystko jedno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz