czwartek, 23 września 2010

Śmieszny bal miłości niewyznanych.

- Tak, tam. Ooo, o, o właśnie tamm... Umm cudownie... - mruczałam przez sen. Najgorszą rzeczą, która mogła mi się teraz przytrafić było obudzenie, które też nastąpiło chwilę po tym, jak Małgorzata wpadła do mojego pokoju.
- Widziałaś ładowarkę do mojego telefonu? - zapytała.
Otworzyłam leniwie oczy i ku mojemu rozczarowaniu ujrzałam przy moim łóżku Małgorzatę w powyciąganej koszulce, oliwkowych szortach, z włosami niedbale związanymi w kucyk. Dziwne, powinien być tam lekko rudawy facet o szarych oczach. Opierając się rękoma podciągnęłam się, i z mało inteligentnym wyrazem twarzy ziewnęłam. Tak, oczywiście to gra na czas, by móc zarejestrować w głowie odpływającą myśl o ostatnim nocnym towarzyszu. Gdy pogodziłam się z faktem, że moje lewe ramię grzeje, a właściwie to ziębi wytapetowana ściana, musiałam wrócić do rzeczywistości. Bardzo cienka linia dzieli te dwa światy. Praktycznie ma ona wysokość powieki.
- Tak. Jest w stołowym, w pierwszej, bocznej szafeczce tej z prawej strony, na górnej półeczce po lewej stronie, z tyłu za pomarańczowymi świeczkami, ale przed czadową wazą ciotki. Znajdziesz? - powiedziałam z głupim uśmieszkiem. To niewielka uszczypliwość za pobudkę w najmniej odpowiednim momencie. Właśnie masował mi kark...
- Super. Cieszę się niezmiernie, że tak martwisz się o moje rzeczy, że skrywasz je w totalnych odmętach mieszkania. - odburknęła.
- Ojejej, zaraz mi się poobraża... Już nie mogę znieść tego ciągłego nocnego wydzwaniania do niewiadomo kogo... - rzuciłam. Swoją twarz w poduszkę także.
- Ty też mogłabyś się za siebie wziąć, wiesz?
- A po cholerę? Naprawdę, dobrze mi tak, jak jest.
- W porządku, opieprzaj się dalej, Królewno. - powiedziała pretensjonalnie.
- Yyyy... Tak. Właśnie taki mam zamiar... - mruknęłam i ponownie nakryłam się kołdrą, ale tym razem po same uszy. - Wracaj, wracaj, wracaj... Zaklinam cię, śnie.

W godzinach popołudniowych zdecydowałam zwlec się z łóżka. Właściwie to miałam niewiele do gadania, moje płuca po prostu też domagały się czegoś speszyl. Po chwili już dziękowały lekkim kaszelkiem, kochane. Następnie zainteresowania zaczął domagać się żołądek. Nie chciałam go rozpieszczać z powodu czystej niechęci mięśni. Kawa i dwa biszkopty. Szału nie ma, ale przynajmniej nie podkreślał już tak głośno swojego niezadowolenia. Uchylone okno w kuchni zapraszało do środka strugi chłodnego powietrza, postanowiłam wrócić do pokoju i otulić się różowym kocykiem. Gdy przechodziłam przez przedpokój moje uszy zdrażnił dźwięk szorowania i ewidentnego nietrafiania kluczem do zamka. Nie wierzę, że znowu to zrobiła... Niepewnie przekręciłam gałkę i otworzyłam drzwi. Bardziej zdziwił mnie tamtejszy widok Małgorzaty, niż niebezpieczna myśl, że znowu mogłaby postrzępić moje nerwy. Obładowana czterema siatkami zakupów z czego jedna z nich przykrywała jej twarz na tyle skutecznie, by ograniczyć jej pole widzenia do minimum, z przyciśniętym do ucha telefonem, z którym czały czas wymieniała namętności, nawet nie zauważyła, że otworzyłam drzwi i nadal próbowała włożyć klucz. Zabawny widok. Wyciągnęłam z jej rąk dwie reklamówki.
- O mój Boże, ale mnie wystraszyłaś! - krzyknęła.
- Zważaj na kogo się powołujesz. - odpowiedziałam z uśmieszkiem i zaniosłam zkaupy do kuchni. Zastanawiało mnie z kim Gocha prowadzi taką czułą konwersację. Nawet nie tyle mnie dziwiły "kochania i słoneczka", tylko przerysowana reakcja, ekstazująca mimika twarzy. Intrygujące, nawet jak na Małą Mi. No nic, włożę lepiej rybę do zamrażarki, zanim się... rozpuści? Pieprzona korporacja.

*

- Może być kominek, ale nie musi. Moglibyśmy być już po, albo i przed. Trzymając między palcami tlące się papierosy, albo cierpieć na ich brak. Będziemy leżeć koło siebie, a może lepiej będzie w dwóch przeciwległych kątach pokoju. Nieważne. Bylebyś był i nigdy nie chciał iść. - szepnęła do słuchawki telefonu Małgorzata.
Rozczuliło mnie to niesamowicie. Miałam ochotę wybiec na balkon i wykrzyczeć światu w parszywą twarz, że istnieje jeszcze miłość najczystsza, dziewicza, która się krzewi i rozrasta w jego zniszczonych i martwych tkankach! Kiedy tak patrzyłam na Niewielką skuloną w wielkim fotelu niczym w potężnych ramionach, przykrytą kocem po same uszy, z aparatem na kolanach i słuchawką przy twarzy, sam mój prawy przedsionek sycił się jej urokiem. Rozkosz. Uczta dla moich złaknionych szczęścia oczu. Nakarmiwszy się tym widokiem powróciłam do czytania.

Było to o zmierzchu. Ona odeszła. Położyłem się na kanapie i zasnąłem, nie zapalając światła. Obudziło mnie uczucie, że ośmiernica jest tuż. Kiedy się kładłem, po prostu czułem się źle, obudziłem się natomiast jako człowiek chory. Wydało mi się nagle, że ciemność wygniecie szyby, wleje się do pokoju i zatopi mnie jak atrament. Wrzasnąłem:

- Domyśl się, że jest ze mną źle... Przyjdź, przyjdź, przyjdź!...
Nikt jednak nie nadchodził.

Szlag. Zgasło światło, akurat w takim momencie. I choć dobrze wiem, że M. usłyszy za chwilkę jej kroki koło okienka, to i tak się martwię, że M. nie zdąży na czas. Wstałam z łososiowej kanapy, minęłam Małgorzatę, której usterka w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała, by postukać w żaróweczki i popstrykać włącznikami. Nawet nie mam jak zadzwonić na jakieś pogotowie energetyczne, by wyrazić moją dezaprobatę tym, że musiałam zostawić M. samego, bo Gocha cały czas wisiała na słuchawce... Poczułam się, jak to mówi Ofiara, jakby ktoś trzasnął mnie cegłą w czoło. Wplatając palce we włosy, trzymając się za głowę podbiegłam do fotela na któym siedziała.
- Z kim rozmawiasz. - powiedziałam nerwowo.
- Ciii... Nie teraz. - powiedziała cichutko przykładając palec do ust.
- Co Ty wyprawiasz do jasnej cholery?! Czemu mam być cicho skoro nie rozmawiasz nawet z sygnałem zajętości?! - wrzasnęłam. Ona nie zareagowała, ponownie przyłożyła słuchawkę do ucha. Wściekłość wzrosła we mnie i rozpaczliwie szukała upustu. Zaczęłam uderzać zaciśniętą pięścią w widełki aparatu.
- Widzisz?! Tam nikogo nie ma! Co ty sobie roisz idiotko!?
Odłożyła słuchawkę.
- Widzę. I wiem, że nikogo nie ma po drugiej stronie. Ale gdybym odważyła się zadzwonić, pewnie by tam był. - odpowiedziała ze stoickim spokojem. Łzy spływały mi po policzkach. Nie ze współczucia, nie z rozczarowania, tylko z bezsilności. Przylgnęłam do niej całym ciałem i pociągając nosem zapytałam:
- Czemu to robisz? To mamienie samego siebie, to nie prowadzi do szczęścia, ale do obłędu. Nie, nie, nie... Mała, NIE!
- Widzisz... Czasami nie sam cel satysfakcjonuje, ale drogi do jego zdobycia. Działanie. Nieustanna walka. Takie rozmowy są bardzo wygodne, mogę je sprowadzać na własne tory, prowadzić trening wyobraźni. - odrzekła z uśmiechem.
- Wiedz, że mi się to nie podoba. - powiedziałam i uklęknęłam przy fotelu kładąc głowę na jej kolanach.
Ona odsunęła mnie, wstała i wyszła z pokoju. Zaczęłam żałować tego, że mimo iż nieświadomie, zaczęłam grzebać w jej podświadomości. Wyrzuty sumienia. Kac moralny. Wtem Małgorzata wróciła do pokoju wręczając mi bardzo wygniecioną karteczkę.
- Poznałam go tamitam, nazywa się Takitak. Nawet nie wiesz, jak wiele czasu spędziłam przy aparacie z tą karteczką, nie wykręcając numeru. Boję się, że może nie być tak idealnie, jak tego bym chciała. To, co mam tutaj - dotknęła palcem skroni - nie może równać się niczemu w tej rzeczywistości. Nie chcę tego schańbić, próbując cokolwiek krzesać. - odpowiedziała, położyła moją głowę na swoich kolanach i zaczęła nucić piosenkę. Coś o milczeniu, o skryciu miłości największej, nabierającej wartości w myślach. Nie pamiętam, ale nie szkodzi.
Spodziewam się pięknych snów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz