- Przepraszam bardzo, pani zwraca do mnie? - zapytał starszy mężczyzna w popielatym kapeluszu. Czy błędnym wzrokiem zaczepiłam go wypowiadając te słowa? Czy mógł moje problemy jakoklwiek odnieść do swojej osoby? Czy ja wyglądam na osobę niepoczytalną i odczytując miedzywiersze chciał dać mi do zrozumienia, że potrzebuję specjalistycznej pomocy?
NIE.
MOŻE.
NAJWIDOCZNIEJ.
Kiedy miałam wdać się w rozmowę, którą zamierzałam sprowadzić na nieprzyjemne tory, zza zakrętu wyjechał różowy autobus. Ludzie oniemieli z zachwytu, na mnie nie wywarł wielkiego wrażenia. Przecież zawsze jest różowy. Przecież zawsze jest.
Kiedy pojazd odsapnął i począł ładować podróżnych do środka, stwierdziłam, że będę miała duży problem. Większemu po trzykroć bagażowi nie spodobał się pomysł przepychania między podróżnymi, więc na znak protestu po prostu przywarł do podłoża i za nic nie mogłam go z tamtąd ruszyć. Popatrzyłam zmartwiona na autobus. On bez wahania wyjechał z zajezdni na chodnik, i ku mojemu przerażeniu przewałkował moj bagaż.
Naleśnik.
Naleśniczek.
Naleśniciuszek.
Naleśniczuniunio z moich m. poskładałam w kosteczkę i z łatwością włożyłam do kieszeni. Z różem odbijającym się w moich oczach podziękowałam i weszłam do środka. Pasażerowie malutcy jak nigdy dotąd skumulowani byli w lewej, tylnej części autobusu, patrzyli na mnie już zupełnie inaczej niż na przystanku. Ich oczy nadawały mi wartość, byłam cenna i nasycona wielkim wrażeniem. Usiadłam na wolnym miejscu i wbiłam oczy w szybę. Za nią szarawe miasto cherlawe, jak każdego dnia gniło przez tryskającą z każdej twarzy rutynę. Mimo iż przeżyte, to dynamiczne, mimo że znane, to niezwykłe. Mimo iż samochody stały się resorakami, a drzewa brokułami. Dziwne. Przecież wcale nie ma nas dużo, kto się tak ciśnie?
Szlag.
Czym napełniały mnie oczy pasażerów? Nie wiem. Podwójne, lśniące ładowareczki.
Nabieram.
Przybywam.
Rozrastam.
Trwałam w tej niewygodnej pozie, nienaturalnie wygięte plecy sprawiały mi nieprzyjemny, promieniujący ból. Czoło napierało na szyberdach, odbijający kwadracik na delikatnej skórze. Powieki drżały, ręce dygotały, gardło zamknęło dopływ powietrza. Obraz ciemniał, o wywracające źrenice otarły się już tylko wściekle żółte rurki.
*
Głośno, czarno. Duszę się. Pociągnęli mnie na dół?
A nie, to tylko bagaż leżał na mojej twarzy.
Myślę... Egzystuję.
Leżę na zimnym, mokrym chodniku. Oddać płaszcz do czyszczenia.
Zrzucam m. z głowy, podnoszę i rozglądam się. Hura! Nareszcie w domu! Chwytam za rączkę torby, całą sobą napieram na drzwi wejściowe, wylewam z siebie radość. Nie-ma-to-jak-w-do-mu! Nie-ma-to-jak-w-do-mu! Biegnę pod numer siódmy, przeskakując po trzy schodki. Dłuży się jakbym leniwie wchodziła na siódme piętro, pokonując w trzy minuty jeden schodek.
Jest.
Jest!
JEST!
Nerwowo wyciągam klucze z kieszeni płaszcza, co prawda wypadają dwa razy, po czym buntują się przeciwko włożeniu do zamka.
To z niedoczekania.
Przekręcam klucz, wręcz wyważam drzwi, wpadam do mieszkania. I nic. Czemu nikt na mnie nie czeka?... Stawiam bagaż obok pojemnika na parasole. Są dwa nowe. Jeden czerwony, a drugi w czarno-szarą pepitkę. Przechodzę przez przedpokój bez ściągania butów. Nigdy mi się to nie zdarza, jednak patrząc na stan czystości podłogi dochodzę do wniosku, że i tak go nie pogorszę. Staję we framudze drzwi do salonu i przecieram przerażone oczy. To nic nie dało. Na parapecie upstrzonym niedopałkami nadal siedzi światła osobistość, której twarz mignęła mi kilka razy bodajże podczas nocnych obserwacji nieba. Oparta o regał młoda aktorka zawstydzona swoimi myślami próbuje ukryć rozgrzane policzki pod ciemnymi kosmykami włosów, nieustannie jej poprawiając. Owalny, wzorzysty dywan brudzi ubłoconymi buciorami świeżo upieczony krawiec, który potyka się o zbyt długi centymetr owinięty kilka razy wokół szyi. Na okrągłym stoliku cierpi rozbity wazon, rozrzucone kwiaty - czerwone punkty podkreślające tragedię. Na łososiowej kanapie, będącą już jedynie okurzonym strzepkiem ukochanego mebla siedziała upita sytuacją Małgorzata, trzymająca na kolanach Kocura tego z przeciwka, co ma i rower.
- Co się tu dzieje... - dławiłam się słowami, które nie mogły przebić się przez gulę cisnącą gardło.
Nikt nie usłyszał. Całość trwała nadal.
- Kto pozwolił wam na przebywanie w moim mieszkaniu... Kim jesteście... - ciężkie słowa z hukiem upadały na podłogę. Zebrani spostrzegli na wpół przepuszczalną, zmęczoną postać.
- Małgorzato. Co tu robicie... - zapytałam odwracając wzrok od zniszczeń.
- Poznaj moich towarzyszy. -zaczęła ochoczo. - Opuściłaś mnie tak nagle, nie byłam pewna kiedy i czy wrócisz. Są naprawdę bardzo mili, nie zrobili mi krzywdy. Przeciwnie, opiekowali się mną. - odparła z malowniczym uśmiechem. - Bardzo się tu zadomowili, mieszkamy raze...
- Zgliszcza. Nazywasz je jeszcze mieszkaniem? Pobojowisko. W nim nie można się zadomowić! - wrzasnęłam na obecnych. Przeraziły mnie ich spojrzenia.
Jednorakie.
Jedne i te same.
Bezduszne.
Bez tchu.
- Wynoście się... - sapnęłam, spuszczając głowę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz